Kładka, wzdłuż której rosło sitowie, liczyła nie więcej niż kilkanaście metrów długości. Ucieszył się, gdy wreszcie dotarł na sam jej koniec. Stanął tuż przed ostatnim zmurszałym i zapadniętym przęsłem obmywanym przez wodę. Cichy chlupot drobnych fal liżących stare deski zdawał się jedynym dźwiękiem w tej pozornej ciszy budzącego się do życia mroźnego grudniowego dnia.
Mgła unosiła się i odsłaniała coraz większą połać jeziora, którego kolor przypominał gładką, wypolerowaną stal.
Gross rozejrzał się, sięgnął po latarkę, a potem ją włączył.
Strumień światła układał się miękko na tafli, gładząc ją, kiedy policjant przesuwał nim z jednej strony na drugą. W pewnej chwili dostrzegł nieokreślony czarny kształt tuż za trzcinowiskiem.
Początkowo sądził, że widzi pień drzewa.
I wtedy, jak na zawołanie, powiał lodowaty wiatr. Przedmiot się przesunął, a wówczas Gross już doskonale wiedział, z czym ma do czynienia.
Serce zabiło mu mocniej.