Kilkukrotnie w swojej karierze policjanta służby kryminalnej obserwował dryfujące zwłoki. Lecz po raz pierwszy spotkał się z tym, żeby ciało oplatał sznur, który przywiązany do spoczywającego na dnie ciężkiego przedmiotu, nie pozwalał topielcowi odpłynąć.
Ale w opinii Grossa nie to było najważniejsze.
Chodziło o coś jeszcze.
O coś, co sprawiało, że trup utrzymywał się na powierzchni niczym wytrenowany pływak, który na chwilę rozluźnił mięśnie i teraz odpoczywa, korzystając z praw fizyki i wyporności ciała.
Bo przecież topielcy w słodkich wodach zawsze idą na dno.
Nad jezioro w Bielczynach komisarz Gross dotarł dwie godziny wcześniej.