PROLOG
3 listopada 1998 roku
„Chłopak wyglądał dziwnie”. To właśnie Rafał Ostrowski, pracownik przydrożnego baru Pod Jodłami, powiedział później przesłuchującym go policjantom.
„Wyglądał dziwnie, a ja od razu się zorientowałem, że coś z nim nie tak”.
Nie była to do końca prawda. Najpierw Ostrowski poczuł tylko ukłucie niepokoju, zbyt lekkie, by się nad nim zastanawiać. Zresztą wydawał akurat skomplikowane zamówienie (dwie porcje żurku, w tym jedna z dodatkową kiełbasą, trzy cheeseburgery, frytki o różnym stopniu posolenia, mnóstwo coli, jeszcze więcej piwa) i nie miał do tego głowy. Dochodziła dziewiąta wieczorem, ale w barze przy trasie wylotowej z Żywca nawet o tej porze było sporo osób. Dwóch kierowców ciężarówek, grupa hałaśliwej młodzieży, która po odebraniu swojego jedzenia przepychała się właśnie przy jednym ze stolików, i oczywiście ten chłopak od dobrych dziesięciu minut wgapiający się w wiszące nad ladą prościutkie menu.
Teraz, gdy Ostrowski mógł przyjrzeć mu się uważnie, niepokój przybrał na sile.
Dzieciak wyglądał na jakieś piętnaście, szesnaście lat – trochę zbyt młody, by przebywać w barze samotnie o tej porze, zwłaszcza że musiał przecież przyjść tu pieszo, wędrując poboczem drogi w ten paskudny, ciemny i zimny listopadowy wieczór. Włosy miał jasne i ścięte metodą, którą za szkolnych czasów Ostrowskiego nazywano „od garnka”, na policzku rozlewał się podchodzący już pod oko siniak, a lewą rękę trzymał pod przezroczystą foliową peleryną, tak jakby była złamana albo co najmniej zwichnięta. Brudne od błota buty, żałoba za paznokciami prawej dłoni, zgarbiona sylwetka i niepewny wzrok... Ostrowski rejestrował coraz więcej szczegółów, nieuchronnie dochodząc do wniosku, że gówniarz po awanturze z rodzicami nawiał z domu. Dlaczego jednak uciekinier zamiast dżinsów i bluzy z kapturem, czyli standardowego mundurka współczesnej młodzieży, nosił zaprasowane w kancik spodnie i granatowy blezer, spod którego wyzierała koszula z białym kołnierzykiem, tego Ostrowski już nie wiedział. Ostatni raz widział tak ubranego nastolatka jeszcze na początku lat osiemdziesiątych, gdy wszystko było na kartki, żona wciąż go kochała, a jedyny syn, teraz narkoman spędzający czas na dworcu w Katowicach, chodził do pierwszej klasy liceum.
Chłopak wyglądał dziwnie. Właściwie to wyglądał jak jeden wielki chodzący kłopot, a co jak co, ale kłopotów Ostrowski ostatnio starał się unikać. Pół roku wcześniej zgodził się zeznawać w sprawie kobiety zgwałconej na tyłach baru i do dziś tego żałował. Zamiast pracować, łaził po sądach, a kumple gwałciciela dopadli go pewnego wieczoru i skopali tak, że dwa tygodnie przeleżał w szpitalu. Nie, Ostrowski dostał już nauczkę i nie zamierzał więcej zgrywać samarytanina. Dlatego zajął się wycieraniem blatu, ignorując chłopaka. Wolał, by młody sobie poszedł albo by ktoś inny zwrócił na niego uwagę i mu pomógł – bo to, że dzieciak potrzebuje pomocy, nie ulegało wątpliwości.
Problem w tym, że w barze byli teraz już tylko oni dwaj oraz grupa podpitych młodych ludzi, którzy traktowali chłopaka jak powietrze. Jeden z nich potrącił go nawet w drodze do toalety. Nie przeprosił, po prostu szedł dalej, jakby wpadł na krzesło, a młody odsunął się i skulił jeszcze bardziej.
Ostrowski odwrócił wzrok. Idź stąd, powtarzał w duchu. Po prostu stąd idź.
Młodzi ludzie hałasowali przy stoliku, zagłuszając monotonne bębnienie uderzającego o szyby deszczu, a Ostrowskiemu przyszło do głowy pytanie, czy ktokolwiek z nich jest wystarczająco trzeźwy, żeby prowadzić. Nieważne zresztą. To też nie był jego problem.
Chłopak przy barze poruszył się, niepewnie przestępując z nogi na nogę, i w tym momencie Ostrowski popełnił błąd. Uniósł głowę, ich oczy się spotkały i zachęcony młody podszedł bliżej.
– Chcę zjeść hamburgera – powiedział.
– Nie wydajemy o tej porze posiłków – burknął Ostrowski.
– Amerykańskiego hamburgera. Jak w reklamie.
– Słuchaj, młody, to nie McDonald, jasne? Tutaj kończymy pracę o dziewiątej. – Nie była to prawda, ale Ostrowski mógłby się założyć, że chłopak nie zadał sobie trudu przeczytania wiszącej na drzwiach tabliczki.
Dzieciak wyglądał, jakby miał się rozpłakać. Grzebał przez chwilę sprawną ręką w kieszeniach spodni, a potem rzucił na blat garść wymiętych banknotów.
– Mam pieniądze – oznajmił z dziwną mieszaniną hardości i lęku.
Ostrowski popatrzył na znajome twarze: kilka stów z Waryńskim, Kościuszko na pięćsetce i Kopernik na tysiącu. Chryste Panie.
– Jaja sobie robisz? – warknął, teraz już mocno rozeźlony.
Chłopak zamrugał.
– C...co?
To nie jest dowcip, pomyślał Ostrowski. Otaczały go ciepłe kuchenne wyziewy: woń żurku i tłuszczu, w którym smażyły się frytki, kiełbasy z cebulką oraz piwa, a mimo to nagle poczuł pełznący po plecach chłód, jakby znalazł się na zewnątrz, w zacinającym zimnym deszczu.
– Te pieniądze nie są ważne – oznajmił, starając się, żeby jego głos brzmiał spokojnie. – Słyszałeś o czymś takim jak denominacja?
Chłopak jeszcze raz przestąpił z nogi na nogę. Nie odzywał się, ale też najwyraźniej nie miał zamiaru sobie iść. Jego czoło przecinała pionowa bruzda.
Ostrowski pochylił się i zniżył głos.
– Dobra, młody – powiedział, zdobywając się na maksimum dobrej woli. – Zafunduję ci tego hamburgera, jeśli obiecasz, że zjesz, a potem stąd znikniesz. Umowa stoi?
Chłopak powoli skinął głową. A później zbliżył usta do ucha Ostrowskiego i szepnął kilkanaście słów, po których barman zrozumiał, że jego dobra wola nie ma żadnego znaczenia. Unikał kłopotów, ale oto kłopoty znowu znalazły jego.
Poprosił młodego, żeby zaczekał, a sam poszedł na zaplecze wykręcić znajomy numer.
Sierżant Andrzej Nowak zawsze lubił dzieci. Sam wychował trójkę, a pracując jako dzielnicowy, Bóg wie ilu pomógł wyjść na ludzi. Dlatego dał temu chłopakowi dwie minuty, żeby dokończył hamburgera. Dwie minuty, myślał, niczego nie zmienią, a młody przynajmniej będzie miał jakieś miłe wspomnienie, bo sądząc po tempie, w jakim znikał posiłek, ta obrzydliwa buła z mięsem naprawdę mu smakowała.
Czekał więc cierpliwie, podczas gdy o szyby uderzały fale jesiennego deszczu. Bar był już teoretycznie zamknięty i Rafał Ostrowski, ten dziwny barman, który od razu oznajmił, że cokolwiek by się działo, on nie zamierza zeznawać, wycierał właśnie ostatni kufel. Nowak miał wrażenie, że skądś zna jego twarz, ale chwilowo się nad tym nie zastanawiał. Skupił uwagę na chłopaku. Młody beknął cicho, zasłaniając usta, i wytarł ręce w papierową serwetkę.
– Masz jeszcze sos na brodzie – podpowiedział mu sierżant. Dzieciak wymruczał coś, co brzmiało jak przeprosiny, i sięgnął po drugą serwetkę.
– Teraz mnie pan aresztuje? – zapytał, mnąc ją w kulkę i rzucając na zatłuszczony talerz. Sprawiał wrażenie zawstydzonego bardziej popisem obżarstwa niż wcześniejszym wyznaniem.
– Teraz, synu, znajdziemy twoją matkę. A wcześniej jeszcze powiesz mi, jak ci na imię, żebym wiedział, jak się do ciebie zwracać.
Chłopak milczał. Sierżant zastanawiał się już, czy dzieciak nie jest przypadkiem opóźniony, ale chyba nie. W każdym razie oczy miał bystre. Czujne i bystre.
– No więc?
– Jestem Piotrek, ale...
– Ale co? Masz jakąś ksywkę?
Pokręcił głową.
– Kiedyś chyba nazywałem się inaczej. Nie pamiętam jak.
Nowak westchnął.
– Dobra, zostawmy to na razie. Gdzie mieszkasz?
– W Podkowach.
– To jakaś wieś niedaleko?
– Tak, wieś. Chyba. Niedaleko, ale nie wiem dokładnie gdzie.
– Synu, czy ty w ogóle jesteś czegokolwiek pewien? Na przykład że twoja matka naprawdę nie żyje?
– Tak, mówiłem już panu. Zabiłem ją.
– I nie ćpałeś przedtem niczego?
– Nie, ja... Nie.
– A potem?
– Też nie.
– W porządku. – Nowak odwrócił się w stronę barmana, którego oczy połyskiwały w szparze drzwi prowadzących na zaplecze. – Wie pan, gdzie tu jest wieś Podkowy?
– Nie mam pojęcia.
Świetnie, pomyślał Nowak ze znużeniem. Zapowiadał się rewelacyjny wieczór.
– Dobra, synu, zbieraj się. Poprowadzisz mnie. Chyba że chcesz wcześniej pojechać do lekarza? Masz złamaną rękę?
– Nie, tylko zwichniętą. Nie boli aż tak bardzo.
– W takim razie możemy jechać. Skoro trafiłeś tutaj, to trafisz też z powrotem do domu.
Godzinę później sierżant tracił resztki nadziei. Oblewany lodowatymi strugami polonez podskakiwał na wertepach, a wycieraczki ledwo nadążały z usuwaniem wody. Nowak mógłby się założyć, że zaliczył już każdą większą kałużę w promieniu dwudziestu kilometrów, sporo z nich po kilka razy. Światła samochodu wyławiały z rozedrganego deszczem mroku tabliczki z nazwami miejscowości: Buczkowice, Rybarzowice, Godziszka. Żadnych Podków. Nowak, który większość życia spędził w okolicy Kotliny Żywieckiej, nigdy nie słyszał o takiej miejscowości, a wypytywani przez radio koledzy z posterunku nie potrafili znaleźć jej na mapie.
– Słuchaj, synu – zaczął, gdy po raz kolejny minęli tabliczkę z napisem „Rybarzowice” – jeśli to ma być jakiś głupi dowcip...
– To nie dowcip. Ja naprawdę nie pamiętam, którędy szedłem.
– Musisz przecież coś wiedzieć. Jak jechałeś z mamą do Żywca, to którędy? Co mijaliście?
– Nigdy nie jeździłem do Żywca.
– A do Bielska? Albo Katowic? Gdzie chodziłeś do szkoły?
Piotrek nie odpowiedział. Nowak przypomniał sobie własne dzieciństwo, czasy, gdy z kumplami szalał na rowerach. Znał wtedy każdy kąt od Jeziora Żywieckiego aż po Straconkę, a do rodzinnej wsi mógłby trafić z zawiązanymi oczami. Ile wtedy miał lat? Trzynaście, czternaście? A ten chłopak przecież był starszy, więc jakim cudem zgubił się tak blisko domu? Twierdził, że wyszedł, kiedy w telewizji zaczynały się Wiadomości, czyli o dziewiętnastej trzydzieści, natomiast w barze znalazł się przed dwudziestą pierwszą. W półtorej godziny można przejść około dziesięciu kilometrów, a biorąc poprawkę na deszcz i ciemność, pewnie nawet mniej. Zbyt krótki dystans, by usprawiedliwiał tak całkowitą dezorientację. Coś tu nie grało i nie chodziło wcale o dowcip. Nowak widział już w życiu mnóstwo wygłupiających się szczeniaków i wiedział, że ten akurat jest śmiertelnie poważny. A jeśli grał, to, cholera, zasługiwał na Oscara.
Kurwa mać, pomyślał z rosnącą frustracją. Coś się wydarzyło, coś bardzo złego – niekoniecznie morderstwo, może po prostu poważny wypadek – a on, kręcąc się bez celu jak gówno w przerębli, w żaden sposób nie mógł pomóc.
– Proszę pana? – chłopak odezwał się nieśmiało.
– Tak?
– Ten cmentarz...
– Co z nim? – Nowak dopiero teraz zwrócił uwagę na pełgające w mroku ciepłe ogniki. Młody miał rację, to musiał być cmentarz. Kilku świeczkom, tym najbardziej osłoniętym, udało się przetrwać od Wszystkich Świętych.
– Mijałem go. Tak mi się wydaje.
Nowak zwolnił, starając się nie dopuszczać do siebie nadziei. Piotrkowi już kilka razy zdawało się, że poznaje okolicę.
– Po prawej czy lewej stronie?
Chłopak zastanowił się.
– Po lewej.
Tym razem nie dodał „chyba”. Sierżant uznał to za dobry znak.
– Czyli musimy zawrócić.
Koła zabuksowały w błocie. Tył stuknął w coś lekko, mokre liście zamiotły jedną z bocznych szyb, o dach drapnęła gałąź.
Samochód pełzł powoli przez rozpluskaną ciemność.
– Tędy. Nie, chyba jednak tędy – komenderował chłopak, a Nowak jechał, zaciskając zęby.
Stanęli w końcu przed rozwidleniem, przy kapliczce, w której smętny drewniany Chrystus mókł, trzymając w dłoniach jeszcze bardziej smętny bukiet sztucznych kwiatów. Jedna droga w prawo, druga w lewo. Obie sprawiały wrażenie trasy raczej dla traktorów czy samochodów terenowych niż dla zwykłego poloneza, ale może tak się tylko wydawało, bo w mętnym żółtoszarym świetle samochodowych reflektorów trudno być czegokolwiek pewnym.
Może.
Spojrzał na Piotrka, a ten pokręcił głową. Po jego policzkach spływały duże dziecięce łzy.
– Nie pamiętam... Mijałem tę kapliczkę, ale nie wiem, czy przyszedłem z prawej, czy z lewej strony. W każdym razie...
– No? – sierżant warknął i młody wcisnął się głębiej w fotel, jakby chciał w nim zniknąć.
– Jesteśmy gdzieś niedaleko, naprawdę...
– Poczekaj tutaj. – Wyjął ze schowka latarkę, a po chwili namysłu też zachomikowanego na czarną godzinę snickersa i rzucił go chłopakowi.
Lodowata fala uderzyła Nowaka, gdy tylko otworzył drzwi. Wysiadł i wyprostował się, z trudem przezwyciężając instynkt, który nakazywał kulić się i osłaniać głowę. Na zboczu po prawej połyskiwały dwa światełka, jedno bliżej, drugie dalej. Walcząc z wiatrem ciskającym mu w twarz strugi deszczu, ruszył w stronę tego pierwszego. Wąska ścieżka wiodła do furtki, za nią w mroku majaczył zarys domu. Sierżant zawahał się, sięgając do klamki. W ciemnościach słyszał wściekłe ujadanie psa, ale też szczęk łańcucha, pchnął więc furtkę i wszedł do ogrodu.
Po kilkunastu sekundach dobijania się do drzwi otworzył mu lekko pijany mężczyzna. Z wnętrza domu dobiegało pobrzękiwanie kieliszków i śmiech, ktoś ładnym nawet głosem śpiewał „A kto z nami nie wypije...”. Pachniało świeżo upieczonym ciastem i Nowak dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest głodny.
Przedstawił się i pokazał legitymację. Gospodarz wybałuszył oczy.
– Do nas? Przecie...
– Nie do was. Wie pan może, gdzie tu jest wieś Podkowy?
– Podkowy? – Facet z trudem zbierał myśli, był jednak wystarczająco trzeźwy, żeby w końcu się udało. – Drogą pan pójdziesz, od kapliczki w lewo. I w górę. Tylko że to nie żadna wieś, a przysiółek. Trzy chałupy, w dwóch już nikt nie mieszka...
– A w trzeciej?
– No, taka kobita tam żyje.
– Nie ma przypadkiem nastoletniego syna?
– Syna? Skąd, w życiu. Sama jak palec jest.
– Daleko to?
– Z dziesięć minut. Pieszo, bo samochodem to pan tam nie wjedziesz.
– Dobrze, dziękuję. – Nowak chciał zabrać faceta ze sobą jako przewodnika, ale żal mu było odrywać człowieka od rodzinnej imprezy.
Jakoś trafię, pomyślał, kiedy zamykały się za nim drzwi, za którymi zostały ostatnie nuty Sto lat i zapach ciasta.
Trafił, choć zajęło mu to nie dziesięć, a prawie dwadzieścia minut. Nie było tu wprawdzie tabliczki z nazwą miejscowości – nie każdy przysiółek taką miał – ale trzy domy stojące przy górskiej drodze nie budziły w nim wątpliwości. Nowak wybrał ten, który sprawiał wrażenie najmniej zaniedbanego, i po raz drugi tego wieczoru pchnął skrzypiącą furtkę. Światło latarki wyłowiło z ciemności zapuszczony ogród i stertę drewna pod ścianą. Ulewa zamieniła się w lekką mżawkę, za to zerwał się wiatr i sierżant dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest przemarznięty. Mokre spodnie – ostatnio nieco zbyt ciasne w pasie – kleiły mu się do łydek, w butach chlupotała woda, a za kołnierz mundurowej kurtki spływała właśnie lodowata strużka. Wzdrygnął się, łapiąc jednocześnie oddech; wydychane gwałtownie powietrze pozostawiało świetlistą mgiełkę. Ostatnio miał coraz gorszą kondycję, choć jak na prawie pięćdziesięciolatka i tak wciąż niezłą.
Pomyślał o chłopaku siedzącym grzecznie w aucie – o ile rzeczywiście siedział grzecznie – a przede wszystkim o tym, co czekało na niego za drzwiami tego domu. Za pomocą latarki znalazł dzwonek i wcisnął go do oporu, a kiedy niczego nie usłyszał, uderzył kilka razy w malowane na biało drewno. Klamkę nacisnął trzy sekundy później – zbyt mało czasu, żeby ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, jeśli był w środku, ale formalności stało się zadość.
Tak jak się spodziewał, drzwi okazały się otwarte.
Pchnął je i przekroczył próg. Podświadomie oczekiwał stęchłego zapaszku, charakterystycznego dla starych wiejskich chałup, w środku jednak pachniało przyjemnie środkami czystości i jedzeniem. Dla ścisłości: plackami ziemniaczanymi, które Nowak bardzo lubił.
Zapalił światło i wszedł głębiej.
– Halo, jest tu ktoś? Policja!
Nikt nie odpowiedział. Pod nogami przemknął mu szary kształt i sierżant podskoczył nerwowo. Szczur, zdążył pomyśleć, zanim zobaczył, że w pomieszczeniu po lewej schował się tylko mały, chudy kot. Jego łapki pozostawiły na gumowej wykładzinie czerwone ślady. To mogła być farba, ale Nowak nieszczególnie w to wierzył, poszedł więc tam, skąd przybiegło zwierzę.
Dalej, przy prowadzących na piętro schodach, leżał trup.
Sierżant obejrzał go sobie dokładnie, zachowując bezpieczną odległość. Nie musiał podchodzić bliżej, by wiedzieć, że ofiara nie żyje. Nikt nie zdołałby przeżyć z tak wykręconą głową.
Kobieta w średnim wieku, zapewne gospodyni. Ta, która mieszkała tu samotnie.
Którą siedzący w aucie chłopak nazywał matką. A Piotrek nie umiał trafić do domu i kiedyś prawdopodobnie nosił inne imię.
Nowak wycofał się powoli, doskonale świadom, że to nie jest już sprawa zwykłego wypadku czy nawet zabójstwa popełnionego przez niestabilnego emocjonalnie nastolatka. Miał do czynienia z czymś znacznie bardziej skomplikowanym i mrocznym. Tak mrocznym jak ukryte pod schodami, otwarte drzwi do piwnicy. Nie zszedł do niej, bo i po co miałby to robić? Wiedział, co tam znajdzie, i uznał, że inni powinni się tym martwić.
Lato utraconych
Jest rok 1999. W Pogańskim Młynie, starej leśniczówce niedaleko Rudnika dochodzi do krwawej zbrodni – nieznany sprawca atakuje spędzającą tam wakacje pięcioosobową rodzinę. Napaść udaje się przeżyć jedynie najstarszemu z dzieci. Okazuje się, że ocalały chłopak to odnaleziona zaledwie kilka miesięcy wcześniej ofiara porwania. Dwanaście lat temu mały Kuba zniknął bez śladu nad Cz...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio