Prolog
Choć nieznani szerokiej publiczności i nie rzucający się w oczy na kartach podręczników historii, na losy Gwatemali, a poniekąd całej Ameryki Centralnej w dwudziestym wieku, mieli prawdopodobnie największy wpływ dwaj mężczyźni: Edward L. Bernays i Sam Zemurray, którzy nie mogli się bardziej różnić pod względem pochodzenia, temperamentu i powołania.
Sam Zemurray urodził się w roku tysiąc osiemset siedemdziesiątym siódmym nieopodal Morza Czarnego w rodzinie żydowskiej, a jako że była to epoka straszliwych pogromów na ziemiach rosyjskich, zanim skończył piętnaście lat, uciekł, u boku ciotki, do Stanów Zjednoczonych. Znaleźli schronienie w domu krewnych w Selmie w Alabamie. Edward L. Bernays też pochodził z rodziny żydowskich emigrantów, jednakże o wyższej pozycji społecznej i ekonomicznej; miał w rodzinie wybitną osobistość: wuja, Zygmunta Freuda. Tych dwóch Żydów łączyła pewna obojętność wobec religii, za to dzieliło niemal wszystko. Edward L. Bernays chełpił się mianem ojca public relations, specjalności, której może nie wymyślił, lecz którą miał wynieść (kosztem Gwatemali) na nie znane dotąd wyżyny, czyniąc z niej główną broń polityczną, społeczną i ekonomiczną dwudziestego wieku. To określenie jest bliskie prawdy, choć samouwielbienie popychało go nieraz do patologicznej przesady. Po raz pierwszy zetknęli się w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym ósmym i od tego czasu datuje się ich współpraca. Zemurray poprosił o spotkanie, a Bernays przyjął go w małym gabinecie, w którym urzędował w tamtym okresie, w sercu Manhattanu. Wyrośnięte chłopisko, nieogolone, ubrane byle jak, w wypłowiałą kurtkę i toporne trzewiki, prawdopodobnie nie wywarło wielkiego wrażenia na Bernaysie, noszącym się elegancko, wysławiającym starannie, pachnącym yardleyem, o manierach arystokraty.
– Zabrałem się za pańską książkę o propagandzie i niewiele z niej pojąłem – oznajmił Zemurray w ramach prezentacji. Mówił po angielsku z pewnym trudem, jakby wahając się przy każdym słowie.
– A przecież została napisana językiem bardzo prostym, zrozumiałym dla każdego, kto potrafi czytać – darował mu życie Bernays.
– To może i moja wina – przyznał olbrzym, nie speszony ani odrobinę. – Fakt, marny ze mnie czytelnik. Do szkoły chodziłem jako dzieciak, w Rosji, i nigdy nie nauczyłem się do końca angielskiego, jak pan pewnie słyszy. A już najgorzej, jak mam napisać list, pełno w nim byków ortograficznych. Od filozofowania wolę działanie.
– Cóż, skoro tak, to doprawdy nie wiem, w czym mógłbym być panu pomocny, panie Zemurray. – Bernays nachylił się, jak gdyby zamierzał wstać.
– Nie zabiorę panu dużo czasu – powstrzymał go rozmówca. – Kieruję firmą sprowadzającą banany z Ameryki Centralnej do Stanów Zjednoczonych.
– United Fruit Company? – zapytał Bernays zaskoczony, przyglądając się uważniej gościowi o wyglądzie łachmyty.
– Mamy ponoć bardzo złą opinię, i w Stanach Zjednoczonych, i w całej Ameryce Centralnej, to jest w krajach, gdzie prowadzimy działalność – ciągnął Zemurray, wzruszając ramionami. – I wygląda na to, że pan jest osobą, która mogłaby coś na to poradzić. Przychodzę zaoferować panu stanowisko dyrektora public relations w mojej firmie. Zresztą niech pan sam nada sobie tytuł, jaki panu najbardziej pasuje. I żeby nie tracić czasu, niech pan poda wysokość wynagrodzenia.
Tak nawiązała się relacja między tymi dwoma jakże różnymi mężczyznami, wyrafinowanym publicystą, uważającym się za akademika i intelektualistę, i grubo ciosanym Samem Zemurrayem, człowiekiem, który doszedł do wszystkiego własnymi siłami, zuchwałym przedsiębiorcą, co z oszczędności wynoszących sto pięćdziesiąt dolarów zbudował firmę, która uczyniła go – choć wcale na to nie wyglądał – milionerem. Nie odkrył on banana, rzecz jasna, lecz dzięki niemu ten egzotyczny owoc, znany niegdyś zaledwie garstce mieszkańców Stanów Zjednoczonych, wchodził teraz w skład codziennego pożywienia milionów ludzi i zyskiwał coraz większą popularność w Europie oraz innych regionach świata. Jak to osiągnął? Niełatwo to stwierdzić z całkowitą pewnością, ponieważ życie Sama Zemurraya obrosło legendami i mitami. Ten prymitywny przedsiębiorca wydawał się wyjęty raczej z kart powieści przygodowej niż z przemysłowego światka USA. A on sam, któremu, w odróżnieniu od Bernaysa, można było zarzucić wszystko oprócz próżności, nie opowiadał nigdy o swoim życiu.
Zemurray odkrył banana w lasach deszczowych Ameryki Centralnej podczas swoich podróży; przeczuwając zysk, jaki mógłby osiągnąć z handlu tym owocem, zaczął dostarczać go łodziami do Nowego Orleanu i innych miast USA. Od samego początku spotkał się z przychylnym przyjęciem. Wkrótce rosnący popyt sprawił, że ze zwykłego handlarza przeistoczył się w plantatora i międzynarodowego przedsiębiorcę. Tak narodziła się United Fruit Company, która na początku lat pięćdziesiątych obejmowała swoją siecią Honduras, Gwatemalę, Nikaraguę, Salwador, Kostarykę, Kolumbię i szereg wysp na Karaibach i przynosiła większy zysk niż przeważająca większość firm w Stanach Zjednoczonych, a nawet gdziekolwiek indziej na świecie. Imperium to było niewątpliwie dziełem jednego człowieka: Sama Zemurraya. Od niego zależał teraz los setek ludzi zatrudnionych w jego firmie.
Aby to osiągnąć, pracował od świtu do zmroku i od zmroku do świtu. Zjeździł, w koszmarnych warunkach, całą Amerykę Centralną i Karaiby, walcząc o terytorium, na pistolety i noże, z podobnymi sobie łowcami przygód, setki razy sypiając na gołej ziemi, padając ofiarą moskitów i różnorakich chorób tropikalnych, przekupując władze i oszukując ciemnych wieśniaków i tubylców, negocjując ze skorumpowanymi dyktatorami, przy pomocy których – wykorzystując ich zachłanność lub głupotę – nabył tereny o wielkości przekraczającej rozmiary niejednego państwa europejskiego, tworząc tysiące miejsc pracy, prowadząc linie kolejowe, budując porty i łącząc dzicz z cywilizacją. Tak w każdym razie twierdził Sam Zemurray, gdy musiał się bronić przed atakami kierowanymi na United Fruit Company – nazywaną w całej Ameryce Centralnej La Frutera, a niekiedy po prostu Ośmiornicą – nie tylko przez ludzi zazdrosnych, lecz także przez konkurentów z USA, którym w rzeczy samej nigdy nie pozwolono na uczciwą rywalizację w rejonie, gdzie United Fruit sprawowała tyrański monopol w zakresie produkcji i komercjalizacji banana. W tym celu na przykład w Gwatemali zapewniła sobie całkowitą kontrolę nad jedynym karaibskim portem tego kraju, Puerto Barrios, nad siecią energetyczną i nad biegnącą od wybrzeża do wybrzeża koleją, której Zemurray był właścicielem.
Obaj, choć diametralnie różni, tworzyli zgrany zespół. Bernays niewątpliwie bardzo pomógł w polepszeniu wizerunku firmy w Stanach Zjednoczonych; sprawił, że bez skrępowania można się było do niej przyznawać w wysokich kręgach politycznych w Waszyngtonie, i powiązał ją z (obnoszącymi się z arystokratycznym pochodzeniem) milionerami w Bostonie. Dotarł do branży reklamowej okrężnymi drogami, dzięki dobrym stosunkom z ludźmi różnego pokroju, przede wszystkim z dyplomatami, politykami, właścicielami periodyków, rozgłośni radiowych i kanałów telewizyjnych, bogatymi przedsiębiorcami i bankierami. Był człowiekiem inteligentnym, sympatycznym, bardzo pracowitym, a jedno z jego pierwszych osiągnięć polegało na zorganizowaniu tournée po Stanach Zjednoczonych Carusa, słynnego włoskiego śpiewaka. Jego otwartość i elegancja, kultura, przyjazne maniery zjednywały mu życzliwość innych; sprawiał wrażenie ważniejszego i bardziej wpływowego, niż był w rzeczywistości. Reklama i public relations istniały, rzecz jasna, już przed jego urodzeniem, ale to Bernays nadał tym działaniom, powszechnie stosowanym przez firmy, lecz uznawanym za podrzędne, rangę dyscypliny naukowej na wysokim poziomie; uczynił je niemalże częścią socjologii, ekonomii i polityki. Wygłaszał wykłady na ich temat i prowadził zajęcia na prestiżowych uniwersytetach, publikował artykuły i książki, w których przedstawiał swą profesję jako najbardziej reprezentatywną dla wieku dwudziestego, synonim nowoczesności i postępu. W swojej książce Propaganda (1928) napisał prorocze zdanie, za sprawą którego miał przejść do historii: „Świadoma i inteligentna manipulacja zorganizowanymi zwyczajami i opiniami mas jest ważnym elementem demokratycznego społeczeństwa. Ten, kto manipuluje owym nieznanym mechanizmem społeczeństwa, stanowi niewidzialny rząd sprawujący prawdziwą władzę w naszym kraju… Inteligentna mniejszość powinna stale i systematycznie posługiwać się propagandą”. Tezę tę, przez niektórych krytyków uznaną wręcz za zaprzeczenie demokracji, Bernays będzie miał okazję potwierdzić ze znakomitym skutkiem w przypadku Gwatemali dekadę po objęciu posady eksperta do spraw reklamy w United Fruit Company.
Jego doradztwo bardzo się przysłużyło poprawie wizerunku firmy i zapewnieniu jej poparcia i wpływu w świecie polityki. Ośmiornica nigdy dotąd nie zadała sobie trudu, by swoją działalność przemysłową i handlową przedstawiać jako przynoszącą korzyść społeczeństwu w ogólności, a w szczególności „barbarzyńskim krajom”, w których operowała, a którym – jak to sformułował Bernays – pomagała w wyjściu ze stanu dzikiego, tworząc miejsca pracy dla tysięcy obywateli, którym w ten sposób podnosiła poziom życia i których włączała w świat nowoczesności, postępu, wiek dwudziesty, cywilizację. Bernays przekonał Zemurraya, by firma założyła w swoich dominiach kilka szkół, sprowadziła na plantacje duchownych katolickich i protestanckich, zbudowała ośrodki udzielające pierwszej pomocy i inne obiekty socjalne, ufundowała stypendia dla studentów i nauczycieli – on zaś przedstawiał te działania jako widome dowody zaangażowania na rzecz modernizacji. Zarazem poprzez precyzyjnie zaplanowaną kampanię z udziałem naukowców i techników promował konsumpcję banana na śniadanie i o każdej porze dnia jako niezbędną dla zdrowia i rozwoju obywateli. To on sprowadził do Stanów Zjednoczonych brazylijską piosenkarkę i tancerkę Carmen Mirandę (słynna Chiquita Banana z filmów reklamowych i spektakli, z kapeluszami pełnymi kiści bananów), mającą osiągnąć ogromny sukces, skutecznie promując w swoich piosenkach owoc, który od tej pory na stałe zawitał do amerykańskich gospodarstwach domowych.
Bernays uzyskał także coś, co nigdy wcześniej nie przyszło do głowy Samowi Zemurrayowi – zbliżenie United Fruit do arystokratycznego światka Bostonu i do kręgów politycznych. Najbogatsi bostońscy magnaci oprócz pieniędzy i władzy mieli jeszcze głębokie uprzedzenia: byli zazwyczaj antysemitami, tak więc Bernays musiał dołożyć wielu starań, by na przykład republikański senator Henry Cabot Lodge zgodził się wstąpić do zarządu firmy albo żeby bracia John Foster Dulles i Allen Dulles z prestiżowej nowojorskiej kancelarii adwokackiej Sullivan & Cromwell przyjęli funkcje pełnomocników. Bernays wiedział, że pieniądze otwierają wszystkie drzwi i że nie oprą się im nawet rasistowskie uprzedzenia, pozyskał więc pomoc tych osób krótko po tak zwanej rewolucji październikowej w Gwatemali w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym roku, kiedy United Fruit poczuła się zagrożona. Poglądy i stosunki Bernaysa miały się okazać niezwykle użyteczne do obalenia rzekomego komunistycznego rządu i zastąpienia go bardziej demokratycznym, to jest bardziej sprzyjającym interesom spółki.
Pierwszy alarm podniesiono w okresie rządów Juana José Arévala (1945–1950). Profesor Arévalo, zwolennik „socjalizmu duchowego”, bynajmniej nie prześladował United Fruit. Podpisał jednakże ustawę pozwalającą robotnikom i chłopom na tworzenie związków zawodowych i wstępowanie do nich, co było dotychczas zabronione w dominiach firmy. Ta decyzja mocno zaniepokoiła Zemurraya i innych dyrektorów. Na nadzwyczajnym posiedzeniu zarządu, które odbyło się w Bostonie, ustalono, że Edward L. Bernays pojedzie do Gwatemali, oceni sytuację i perspektywy na przyszłość i oszacuje zagrożenie, jakie mogły stanowić dla firmy działania pierwszego rządu w historii Gwatemali wyłonionego w drodze naprawdę wolnych wyborów.
Bernays spędził w Gwatemali dwa tygodnie. Zamieszkał w hotelu Panamerican w centrum miasta, kilka kroków od Pałacu Rządowego. Odbył rozmowy, za pośrednictwem tłumacza, jako że nie mówił po hiszpańsku, z właścicielami ziemskimi, wojskowymi, bankierami, parlamentarzystami, policjantami, cudzoziemcami osiadłymi w kraju od wielu lat, przywódcami związkowymi, dziennikarzami i oczywiście pracownikami ambasady Stanów Zjednoczonych oraz lokalnym kierownictwem United Fruit. Choć bardzo doskwierały mu upał i moskity, wykonał kawał solidnej roboty.
Na kolejnym posiedzeniu zarządu w Bostonie przedstawił swoją osobistą wizję sytuacji w Gwatemali. Wygłosił raport, posiłkując się notatkami, ze swadą profesjonalisty, bez krzty cynizmu.
– Ryzyko, że Gwatemala przejdzie na komunizm i stanie się przyczółkiem Sowietów w Ameryce Centralnej, zagrażając Kanałowi Panamskiemu, jest bardzo nikłe, a powiedziałbym wręcz, że w chwili obecnej nie istnieje – oświadczył. – Mało kto w Gwatemali wie, co to marksizm albo komunizm, nawet ta garstka, która nazywa siebie komunistami i która założyła szkołę Claridad, żeby upowszechniać idee rewolucyjne. Nie ma takiego ryzyka, chociaż nam byłoby na rękę, żeby wierzono, że jest, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Prawdziwe niebezpieczeństwo leży gdzie indziej. Rozmawiałem z samym prezydentem Arévalem i z jego najbliższymi współpracownikami. Jest takim samym antykomunistą jak panowie i ja. Oto dowody: prezydent i jego zwolennicy nalegają, by w nowej konstytucji Gwatemali widniał zakaz działania partii politycznych mających powiązania międzynarodowe; wielokrotnie powtarzali, że „komunizm jest największym niebezpieczeństwem, któremu demokracje muszą stawić czoło”; zamknęli szkołę Claridad i deportowali jej założycieli. Jednakże, choć może się to wydawać paradoksalne, ich bezbrzeżna miłość do demokracji stanowi poważne zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych. O tym, proszę panów, warto wiedzieć, ale nie mówić głośno.
Uśmiechnął się i powiódł teatralnym spojrzeniem po członkach zarządu, z których część odpowiedziała grzecznym uśmiechem. Po krótkiej chwili milczenia podjął wątek:
– Arévalo chciałby zrobić z Gwatemali demokrację taką jak w Stanach, kraju, który podziwia i uważa za model. Marzyciele bywają zazwyczaj groźni i w tym sensie doktor Arévalo jest groźny. Jego projekt nie ma najmniejszej szansy powodzenia. Jak miałby stać się nowoczesną demokracją kraj o trzech milionach mieszkańców, z których siedemdziesiąt procent to niepiśmienni Indianie, dopiero co wyrośli z pogaństwa albo jeszcze w nim tkwiący, gdzie na jednego lekarza przypada trzech albo czterech szamanów? Kraj, w którym biała mniejszość, głównie latyfundyści – rasiści i wyzyskiwacze – gardzi Indianami i traktuje ich jak niewolników? Wojskowi, z którymi rozmawiałem, też wydają się zanurzeni po uszy w dziewiętnastym wieku i w każdej chwili gotowi do puczu. Prezydent Arévalo przeżył już kilka buntów wojskowych i udało mu się stłumić je wszystkie… Podsumowując, o ile jego wysiłki, by uczynić ze swojego kraju nowoczesną demokrację, wydają mi się płonne, to każdy krok w tym kierunku, nie oszukujmy się, będzie dla nas bardzo szkodliwy.
– Zdają sobie panowie z tego sprawę, czyż nie? – podjął po dłuższej pauzie, którą wykorzystał, by wypić kilka łyków wody. – Oto garść przykładów. Arévalo przyjął ustawę pozwalającą na zakładanie związków zawodowych w przedsiębiorstwach i w posiadłościach rolnych oraz na wstępowanie do nich robotników i chłopów. Podpisał ponadto prawo antymonopolowe, wzorowane na obowiązującym w Stanach Zjednoczonych. Wyobrażają sobie panowie, co oznaczałoby dla United Fruit wprowadzenie w życie środków gwarantujących wolną konkurencję: o ile nie ruinę, to z pewnością poważny spadek zysków. Przypominam, że zyski nie pochodzą tylko z naszej wydajności, z nakładów na walkę z chorobami i szkodnikami czy na poprawę jakości ziem pozyskiwanych na nowe plantacje bananów poprzez wycinkę lasów. Pochodzą także z monopolu, który ruguje potencjalnych konkurentów z naszych terenów, i z naprawdę uprzywilejowanych warunków, w jakich działamy, wolni od podatków, wolni od związków zawodowych, wolni od ryzyka i zagrożeń powodowanych przez jedne i drugie. Problemem nie jest tylko Gwatemala, mała cząstka świata, w którym operujemy. Jest nim groźba zarażenia pozostałych państw regionu oraz Kolumbii, jeśli tam także zalęgnie się pomysł przemiany w „nowoczesną demokrację”. United Fruit musiałaby zmierzyć się z ruchem związkowym, z konkurencją międzynarodową, musiałaby płacić podatki, zapewnić świadczenia zdrowotne i emerytalne pracownikom i ich rodzinom, nie mówiąc o zazdrości i odium, którymi otoczone są zawsze w biednych krajach firmy rentowne, dobrze prosperujące, zwłaszcza te ze Stanów Zjednoczonych. Niebezpieczny, proszę panów, jest zły przykład. Nie tyle komunizm, co demokratyzacja Gwatemali. Choć prawdopodobnie nie dojdzie do skutku, postępy poczynione w tym zakresie będą oznaczały dla nas krok w tył i stratę.
Zamilkł i omiótł wzrokiem członków zarządu, spoglądających na niego z konsternacją lub niemym pytaniem. Sam Zemurray, jedyny mężczyzna bez krawata, kontrastujący niedbałym strojem z eleganckimi dżentelmenami zasiadającymi za długim stołem, odezwał się:
– No dobra, to diagnoza. A jakie leczenie choroby proponujesz?
– Chciałem dać wam najpierw odetchnąć – zażartował Bernays, wypijając znów łyk wody. – Już przechodzę do kuracji, Sam. Będzie długa, skomplikowana i kosztowna. Ale wypleni chorobę z korzeniami. I może przynieść United Fruit kolejne pięćdziesiąt lat rozwoju, prosperity i spokoju.
Edward L. Bernays wiedział, co mówi. Leczenie polegało na jednoczesnym oddziaływaniu na rząd USA i na opinię publiczną. Ani ten pierwszy, ani ta druga nie mieli bladego pojęcia, że istnieje takie państwo jak Gwatemala, a już tym bardziej że stanowi jakiś problem. To była w zasadzie dobra wiadomość.
– To my powinniśmy oświecić rząd i opinię publiczną w kwestii Gwatemali, i musimy zrobić to tak, by nabrali przekonania, że problem jest tak poważny, tak palący, iż trzeba usunąć go natychmiast. Jak to zrobić? Działając dyskretnie i przemyślnie. Organizując sprawy w taki sposób, żeby opinia publiczna, decydująca w demokracji, wywarła nacisk na rząd, by ten podjął stosowne kroki w celu neutralizacji poważnego zagrożenia. Jakiego? Tego, o którym powiedziałem przed chwilą, że to nie Gwatemala je stanowi: koniem trojańskim jest Związek Sowiecki operujący na tyłach Stanów Zjednoczonych. Jak przekonać opinię publiczną, że w Gwatemali zapanował komunizm i że bez zdecydowanego działania Waszyngtonu może ona zostać pierwszym satelitą ZSRR w Nowym Świecie? Za pośrednictwem prasy, radia i telewizji, głównego źródła informacji i kształtowania poglądów obywateli zarówno w kraju wolnym, jak i zniewolonym. Powinniśmy uświadomić prasie niebezpieczeństwo narastające o dwie godziny lotu od Stanów Zjednoczonych i o krok od Kanału Panamskiego.
Trzeba, żeby to wszystko rozwinęło się w sposób naturalny, nie planowany i nie pilotowany przez nikogo, a już na pewno nie przez nas, mających w tym interes. Pogląd, że Gwatemala jest o krok od znalezienia się w łapach Sowietów, nie może pochodzić z naszych gazet republikańskich i prawicowych, lecz z prasy postępowej, czytanej i słuchanej przez demokratów, czyli centrum i lewicę. To ona dociera do najszerszej publiczności. Żeby nadać sprawie pozory największego prawdopodobieństwa, wszystko powinno być dziełem prasy liberalnej.
Sam Zemurray przerwał mu pytaniem:
– Co w takim razie mamy zrobić, żeby przekonać tę parszywą prasę liberalną?
Bernays uśmiechnął się i znowu zamilkł. Jak wytrawny aktor powiódł dumnym wzrokiem po członkach zarządu.
– Po to właśnie jest król public relations, czyli ja – powiedział kpiącym tonem, bez cienia skromności, jakby tracił czas, przypominając obecnym, że Ziemia jest okrągła. – Po to, proszę panów, mam tylu przyjaciół wśród właścicieli, redaktorów naczelnych i szefów czasopism, rozgłośni radiowych i kanałów telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych. Trzeba będzie działać dyskretnie i zręcznie, żeby media nie poczuły się wykorzystywane. Wszystko musi się potoczyć ze spontanicznością, z jaką sama natura dokonuje swych cudownych przekształceń. Wszystko powinno wyglądać, jakby chodziło o rewelacje, które odkrywają i wyjawiają światu wolne i postępowe media. Trzeba będzie umiejętnie masować ego dziennikarzy, bo mają je zazwyczaj mocno rozrośnięte.
Kiedy Bernays skończył mówić, głos zabrał ponownie Sam Zemurray.
– Proszę, tylko nie mów nam, ile będzie kosztował ten dowcip, który opisałeś tak szczegółowo. Tyle traum na jeden dzień całkowicie wystarczy.
– Nie powiem ani słówka – obiecał Bernays. – Najważniejsze, żeby panowie zapamiętali jedną rzecz: firma zyska znacznie więcej, niż wyda na tę operację, jeśli uda nam się nie dopuścić, żeby w tej połowie wieku Gwatemala została nowoczesną demokracją, o jakiej marzy prezydent Arévalo.
Wszystko, co powiedział Edward L. Bernays na tym pamiętnym posiedzeniu zarządu United Fruit w Bostonie, spełniło się co do joty, potwierdzając notabene wspomnianą wcześniej tezę, że wiek dwudziesty będzie wiekiem reklamy jako pierwszorzędnego narzędzia władzy i manipulacji opinią publiczną w społeczeństwach zarówno demokratycznych, jak i autorytarnych.
I rzeczywiście, pod koniec rządów Juana José Arévala, a w szczególności za rządów pułkownika Jacoba Árbenza Guzmána, Gwatemala zaczęła się pojawiać w prasie Stanów Zjednoczonych, w reportażach publikowanych na łamach „The New York Times”, „The Washington Post” czy tygodnika „Time”, wskazujących na rosnącą groźbę dla wolnego świata, jaką stanowił nasilający się wpływ Związku Radzieckiego w tym kraju, wywierany za pośrednictwem kolejnych rządów, które, choć z pozoru demokratyczne, były w rzeczywistości przeniknięte przez komunistów, działały na ich korzyść niczym pożyteczni idioci, ponieważ podejmowały działania godzące w praworządność, panamerykanizm, własność prywatną, wolny rynek i podsycały walkę klas, nienawiść do podziałów społecznych, a także wrogość wobec prywatnej przedsiębiorczości.
Dzienniki i czasopisma Stanów Zjednoczonych, które nigdy wcześniej nie interesowały się Gwatemalą, Ameryką Centralną, czy nawet Ameryką Łacińską, dzięki zręcznym zabiegom i stosunkom Bernaysa zaczęły wysyłać korespondentów do Gwatemali. Ci zatrzymywali się w hotelu Panamerican, którego bar przerodził się niebawem w autentyczne międzynarodowe centrum prasowe, gdzie otrzymywali teczki z materiałami dokumentującymi pogłoski i podejrzenia – między innymi na temat ruchu związkowego jako narzędzia konfrontacji i postępującej destrukcji przedsiębiorczości prywatnej – oraz zdobywali wywiady, zorganizowane lub zarekomendowane przez Bernaysa, z właścicielami ziemskimi, przedsiębiorcami, duchownymi (raz nawet z samym arcybiskupem), dziennikarzami, przywódcami opozycji, pastorami i przedstawicielami najróżniejszych profesji, którzy potwierdzali, przytaczając szczegółowe dane, obawy targające krajem przekształcającym się nieuchronnie w sowieckiego satelitę, poprzez którego międzynarodówka komunistyczna zamierzała zniweczyć wpływ i interesy Stanów Zjednoczonych w całej Ameryce Łacińskiej.
Począwszy od pewnego momentu – a konkretnie, gdy rząd Jacoba Árbenza rozpoczął wdrażanie reformy rolnej – zabiegi Bernaysa względem właścicieli i naczelnych gazet i czasopism przestały być potrzebne: trwała zimna wojna i w kręgach politycznych, biznesowych i kulturalnych Stanów Zjednoczonych zapanował autentyczny niepokój, w związku z czym same media skwapliwie wysyłały korespondentów, by na własne oczy zobaczyli sytuację w tym malutkim państewku opanowanym przez komunistów. Punktem kulminacyjnym była publikacja depeszy United Press pióra brytyjskiego dziennikarza Kennetha de Courcy’ego, w której oznajmiał, że Związek Radziecki ma zamiar zbudować w Gwatemali bazę okrętów podwodnych. „Life”, „The Herald Tribune”, londyński „Evening Standard”, „Harper’s Magazine”, „The Chicago Tribune”, hiszpańskojęzyczna „Visión”, „The Christian Science Monitor”, a także inne tytuły poświęciły wiele stron, by wykazać, przywołując konkretne wydarzenia i relacje, stopniowe pogrążanie się Gwatemali w komunizmie i w orbicie wpływów Związku Radzieckiego. Nie był to żaden spisek: propaganda przykryła rzeczywistość gładką bajką – i to na jej kanwie nieprzygotowani północnoamerykańscy dziennikarze tworzyli swoje kroniki. Przeważająca większość z nich nie zauważyła, że stali się marionetkami w rękach genialnego animatora. To wyjaśnia, czemu tak wybitna postać liberalnej lewicy jak Flora Lewis wypisywała peany na cześć ambasadora USA w Gwatemali Johna Emila Peurifoya. Do zwycięstwa fikcji w dużej mierze przyczynił się fakt, że były to najczarniejsze lata makkartyzmu i zimnej wojny między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim.
Sam Zemurray zmarł w listopadzie tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego pierwszego roku, u progu osiemdziesiątego czwartego roku życia. Od dawna już nie zajmował się interesami, mieszkał w Luizjanie, pławiąc się w zarobionych milionach, i wciąż jeszcze nie mieściło mu się w głowie, że to wszystko, co zaplanował Edward L. Bernays na owym bostońskim posiedzeniu zarządu United Fruit wiele lat temu, spełniło się tak dokładnie. Nie podejrzewał wówczas, że La Frutera, choć wygrała tę wojnę, zacznie się powoli rozpadać i że za kilka lat jej prezes popełni samobójstwo, firma zniknie z rynku i pozostaną po niej tylko złe i najgorsze wspomnienia.
Burzliwe czasy
Dyskretny urok kłamstwaGwatemala, lata 50. Sam Zemmuray, baron owocowy, zatrudnia w swojej firmie kontrowersyjnego Edwarda Bernaysa – specjalistę PR. Nie ma pojęcia, że ten ruch doprowadzi do jednej z największych akcji CIA w Ameryce Łacińskiej, a główną rolę odegra w niej Martita Borrero Parra, uwodzicielska i zmysłowa Miss Gwatemali. Czy namiętność i spryt pozwolą osiągnąć ws...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book
e-book
e-book · audio