1.
Wrocław, 15 lipca 2001 r.
Telefon dzwonił już od kilkunastu sekund. Borowski był wściekły, że zostawił komórkę na biurku, a nie przyniósł jej ze sobą do sypialni. Zrobił głęboki wdech i uniósł się na łóżku. Zsunął nogi i po omacku poszukał kapci. Spojrzał na leżący na stoliku nocnym zegarek. Dochodziła trzecia w nocy.
– Już ja sobie z tobą pogadam – mruknął cicho do siebie.
Była niedziela i dzisiaj miał wolne. Nie spodziewał się żadnego telefonu z pracy.
Wszedł do gabinetu i podniósł aparat. Zerknął na wyświetlacz i zobaczył, że dzwoni jego młodszy brat. Od śmierci rodziców w wypadku trzy lata temu Janek był jego najbliższą rodziną. Starali się spędzać jak najwięcej czasu razem. Zapraszał brata do siebie na święta, w zeszłym roku wziął go na wczasy do Egiptu. Starał mu się wynagrodzić brak rodziców i to, że wcześniej nie miał dla niego czasu. Borowski także potrzebował Janka. Od rozwodu z Edytą czuł się samotny. Co prawda, praca zajmowała go całkowicie, ale niekiedy musiał odpocząć, napić się piwa lub tak zwyczajnie pogadać z jakimś facetem.
– Janek, wiesz, która godzina? Jest niedziela, a ty wydzwaniasz po nocy... – powiedział do telefonu.
Po drugiej stronie panowała cisza.
– Janek?
– Paweł, znowu to zrobiłem... – Usłyszał głos brata.
Borowski zamknął oczy. Słowa Janka przestraszyły go i sprawiły, że nogi się pod nim ugięły. Miał nadzieję, że to, co się zdarzyło pięć lat wcześniej i co ledwo udało się zatuszować, nigdy już się nie powtórzy. Wciągnął ze świstem powietrze i spytał:
– Jak bardzo to poważne?
– Tak jak poprzednio, nawet bardziej. Przepraszam.
– Janek...
– Przepraszam, to silniejsze ode mnie. Pomóż mi.
Borowski wiedział, że zrobi wszystko, aby ochronić brata.
– Gdzie jesteś?
– Na kolonii w Karpaczu. Paweł, ratuj mnie. Obiecuję, że już nigdy tego nie zrobię. Będę się leczył. Proszę. Ja nie mogę iść siedzieć.
– Spokojnie. Zaraz coś wymyślę. Nie pójdziesz siedzieć – obiecał Borowski. – Czekaj na mój telefon.
Rozłączył się i położył aparat na biurku.
– Kurwa mać. Ja pierdolę – zaklął.
Zaczął chodzić po gabinecie. Na drinka było za wcześnie. Poza tym musiał mieć trzeźwy umysł. Spodziewał się teraz wielu problemów. Wiedział, że czeka go kupa roboty.
Karpacz, 15 lipca 2001 r.
Jan odłożył telefon i spojrzał na skulonego w kącie pokoju chłopca. Był na siebie zły za to, co mu zrobił. Dzieciak miał zaledwie dziesięć lat i to był jego pierwszy wyjazd na kolonię.
Jan był wychowawcą i od razu jak ujrzał Tomka, to poczuł, że będzie musiał się do niego zbliżyć. Ten chłopiec go podniecał. Jan wiedział, że coś takiego jest nie tylko powszechnie nietolerowane, ale też karalne. Już pięć lat temu ledwo wyszedł cało z podobnej sprawy. Był z klasą, której jest wychowawcą, na wycieczce szkolnej w Kłodzku. Wycieczka trwała trzy dni, a on już pierwszej nocy zrobił obchód po sypialniach. W sali, gdzie nocowali chłopcy, spędził najwięcej czasu. Obserwował śpiących uczniów i czuł narastające podniecenie. Wyciągnął członek i zaczął się masturbować. Skończył na podłogę i roztarł nasienie butem.
W kolejną noc popełnił największą zbrodnię, jaką może popełnić nauczyciel przeciwko swojemu uczniowi. Usiadł na skraju łóżka Sławka i włożył swoją dłoń pod kołdrę. Dzieciak się zbudził i patrzył na niego przerażonym wzrokiem. Jan kazał mu być cicho. Zaczął dotykać dziewięciolatka, jednocześnie pieszcząc się po przyrodzeniu. Nie doszedł wtedy, bo usłyszał hałas na korytarzu. Wyjął dłoń spod kołdry i stanął przy łóżku. Gdy hałasy ucichły, gestem głowy pokazał Sławkowi, aby poszedł za nim. Dzieciak się opierał, ale Jan mu powiedział, że musi być posłuszny. Zaprowadził go do swojego pokoju i rozkazał się pieścić. Sławek prosił go, aby nic mu Jan nie robił. Błagał. Borowski nie słuchał. Zależało mu tylko na spełnieniu. Zmusił chłopca do tego, aby go possał. Sławek ze łzami w oczach zastosował się do jego polecenia. Jan w pewnym momencie obrócił go i popchnął na łóżko. Dzieciak płakał. Nie doszło wtedy do gwałtu. Jan usłyszał na korytarzu zamieszanie i szybko podciągnął spodnie. Sławkowi zapowiedział, że ma to być ich tajemnica. Oświadczył, że wszystkiego się wyprze, a jego oskarży o kłamstwo. Otworzył drzwi na korytarz i zobaczył Kasię Adamczyk stojącą wraz z Heleną Szachniewicz. Nauczycielki podeszły i Kasia oznajmiła, że zniknął jeden z chłopców. Jan spytał, czy mają na myśli Sławka. Gdy potwierdziły, wyjaśnił, że chłopiec zbudził się w nocy z powodu koszmaru. Otworzył szerzej drzwi i pokazał nauczycielkom zapłakanego ucznia. Powiedział, że od kilku minut stara się go uspokoić i wytłumaczyć, że to tylko zły sen. Jan wiedział, że mu wtedy uwierzyły, nie miały powodu, aby stwierdzić, że kłamie.
Sprawa molestowania wyszła na jaw po powrocie z wycieczki. Borowski został wezwany do gabinetu dyrektora. W środku siedziało dwóch policjantów. Stwierdzili, że muszą z nim porozmawiać i że wszystkiego dowie się w komendzie. Przewieziono go na Grabiszyńską, gdzie usłyszał, że Sławek poskarżył się matce na to, co on mu zrobił. Matka bez zwłoki złożyła zawiadomienie. Podczas przesłuchania Jan nie przyznał się do niczego. Poprosił, aby powiadomiono brata o zatrzymaniu. Noc spędził na dołku. Rano został przesłuchany i wypuszczony.
Przez dwa tygodnie martwił się o swój los. Ze szkoły dostał informację, że przez wzgląd na kadrę pedagogiczną i reputację szkoły dobrze by było, jakby wziął urlop. Po dwóch tygodniach od wizyty policji w szkole został wezwany na przesłuchanie do prokuratury. W trakcie rozmowy z prokuratorem Kozłowskim dowiedział się, że matka Sławka wycofała oskarżenie. Był zaskoczony. Dopiero wtedy dano mu do zrozumienia, że wszystko załatwił Paweł, jego brat. Jan był wolny, ale Kozłowski zapowiedział mu, że następnym razem tak łatwo się nie wywinie.
Spojrzał teraz na szlochającego Tomka. Nie chciał mu zrobić krzywdy. Wiedział, że sprawa jest poważna, bo nie doszło zaledwie do molestowania, ale odbył z chłopcem pełny stosunek. Oczywiście jeśli można użyć słowa „zaledwie” w takim przypadku.
Podszedł i stanął za chłopcem.
– Jak komuś o tym opowiesz, to nikt ci nie uwierzy.
Chłopiec milczał.
– Powiem, że kłamiesz. Powiem, że nie zrobiłem ci nic złego, a ty mnie chcesz bezpodstawnie oskarżyć. Nikt ci nie uwierzy i wyjdziesz na kłamczucha.
Podszedł bliżej. Tomek mocniej się skulił. Jan wiedział, że jakakolwiek próba dotknięcia chłopca może wywołać u niego atak paniki, strachu i agresji. Dzieciak mógł zacząć wrzeszczeć, co sprowadziłoby na niego problemy.
– Ubierz się i idź do sali spać. Ja nikomu nie zdradzę, co tu się stało. Zdajesz sobie sprawę, że miałbyś spore kłopoty, jakby ktoś się dowiedział?
Tomek odwrócił twarz w jego stronę. Oczy mu się szkliły.
– Dobra – westchnął Borowski. – Sytuacja ma się tak. Jeśli to wyjdzie na jaw, trafisz do poprawczaka. Takich rzeczy nie wolno ci robić. To, aby nikt się o tym nie dowiedział, to dla twojego dobra. Ja obiecuję, że nikomu słowa nie pisnę. Nie chcę, abyś nie zobaczył już rodziców. Jak przyjedzie policja, to od razu cię zamkną.
Tomek skrył twarz w dłoniach.
– Słuchaj, zróbmy tak. Ty pójdziesz teraz do pokoju. Nikomu nie mów o tym, co tu się działo. Ja też nikomu nie powiem. Jakby ktoś pytał, to udajemy, że nie wiemy, o co chodzi. Zgoda?
Czuł, że jest już blisko tego, aby chłopiec się zgodził na zachowanie gwałtu w tajemnicy.
Zachciało mu się siku. Obudził się i zobaczył, że w pokoju nie ma Tomka. Polubił tego chłopca, dobrze grał w piłkę i pochodził z jego osiedla. Piotr znał go z widzenia. Nie zamienili wcześniej jednego zdania, ale jak wylądowali na tym samym turnusie kolonijnym, to zbliżyli się trochę do siebie.
Poszedł do ubikacji i się wysikał. Już miał zamiar wracać do łóżka, gdy usłyszał, że ktoś idzie korytarzem. Otworzył lekko drzwi i zobaczył, jak przez korytarz idzie pan Janek z Tomkiem. Jego rówieśnik wyglądał nieswojo. Oczy miał zaszklone, co chwila pociągał nosem. Piotr wiedział, że jego kolega płakał. Przymknął drzwi, aby nie zostać odkrytym. Nie wiedział, co się stało Tomkowi. Płacz mógł oznaczać kilka rzeczy. Tomek mógł tęsknić za rodzicami, mógł też mieć w nocy koszmar. To drugie Piotrek raczej wykluczył. Gdyby Tomkowi śniło się coś złego, to pewnie obudziłby wszystkich w sali swoim krzykiem. Piotr nie wiedział, czy ma pójść do sypialni i spytać, czy wszystko w porządku. Nie chciał robić zbytniego zamieszania. Zaczął myć ręce i już miał zamiar wyjść z łazienki, kiedy zobaczył, że otwierają się drzwi i w progu staje pan Janek. Patrzył na niego dziwnie. Piotr widział na twarzy wychowawcy strach. Przez ułamek sekundy zobaczył też coś, co go zaskoczyło. Pan Janek był zły.
– Co tu robisz? – spytał wychowawca.
– Siku byłem. Zachciało mi się – odpowiedział Piotr.
Wychowawca przyglądał mu się uważnie. Widać było, że chce jeszcze o coś spytać, ale zrezygnował.
– Zrobiłeś? – spytał w końcu pan Janek.
– Tak.
– To idź spać.
Piotr skinął głową i ominął wychowawcę stojącego w progu. Skierował się do sypialni. Był już przy drzwiach, gdy zobaczył, że wychowawca ociera czoło chusteczką.
Wszedł do sali i podszedł do łóżka Tomka. Przez chwilę stał i patrzył. Chłopiec powoli odwrócił się w jego stronę. W oczach miał łzy. Piotr był tym widokiem zaskoczony. Coraz poważniej zastanawiał się, czy nikt nie zrobił jego koledze przykrości.
Widok jednego z chłopców w toalecie zaskoczył go całkowicie. Jan nie miał pojęcia, czy dzieciak nie podsłuchał niczego z jego rozmowy z Tomkiem. Bał się.
Wiedział, że jego brat nie pozwoli, aby zamknięto go w więzieniu. Wiedział, że Paweł zawsze stanie za nim, niezależnie od tego, co on uczyni. To, że ma problem, jest oczywiste dla nich obu. Jak cała sprawa ucichnie, to on pogada z bratem i wspólnie pomyślą nad jakimś sposobem na ograniczenie jego popędu.
Może jakaś terapia? Może jakieś farmaceutyki?
Jan Borowski zdawał sobie sprawę, że jest pedofilem. To, co robił dzieciom, było obrzydliwe, powodowało u niego torsje. Czuł do siebie obrzydzenie za każdym razem, gdy spojrzał na jakieś dziecko inaczej, niż jest to akceptowalne w społeczeństwie.
Cóż z tego jednak, że wiedział, iż dopuszcza się czynów, za które grozi nie tylko kara pozbawienia wolności, ale też społeczny ostracyzm, skoro kilka dni, kilka tygodni później znowu pojawiały się jego chore żądze?
Usiadł na łóżku i zastanawiał się, czy da radę z całej sprawy wyjść obronną ręką. Poprzednio udało się wszystko zatuszować, ale teraz sytuacja była trudniejsza. Doszło do gwałtu i ktoś może zauważyć dziwne zachowanie chłopca. Jan miał nadzieję, że Tomek dochowa tajemnicy i nikomu nie powie, co zaszło w nocy. Jak to wyjdzie na jaw, zaczną się problemy. Zaczął się martwić.
Nie chciał teraz zachodzić do sali, gdzie spał zgwałcony przez niego chłopiec. Porozmawia z nim rano i ponownie go zastraszy.
Wszystko go bolało. Nie mógł zasnąć. Nie miał pojęcia, dlaczego pan Janek mu to zrobił. Wychowawca przyszedł w nocy do sali i usiadł na skraju jego łóżka. Tomek czuł jego obecność, ale nie otwierał oczu. Nie wiedział, w jakim celu pan Janek do niego przyszedł.
Lubił tego mężczyznę. Od pierwszego dnia turnusu wychowawca starał się zakumplować z chłopcami. Powiedział im, aby zwracali się do niego „Panie Janku”. Mówił, że nie sprawia mu to żadnego problemu i lubi, jak dzieci traktują go bardziej jako kumpla niż jako dorosłego. Tomek był zaskoczony tym zachowaniem nauczyciela, bo w szkole, do której chodził, nikt z pedagogów w taki sposób się nie kolegował z uczniami.
Pierwszy dzień w towarzystwie wychowawcy sprawił, że poczuli się ważni. Mieli prawdziwego dorosłego kolegę. Pan Janek grał z nimi w nogę, stał na bramce i wyłapywał większość piłek. Po obiedzie zabrał ich do świetlicy i pozwoli grać na konsoli. Przez cały czas starał się, aby mu zaufali. Pokazywał im różne sztuczki z kartami, opowiadał kawały, a nawet obiecał zorganizowanie ogniska. Ognisko i pieczenie kiełbasek zaplanowane było na wczoraj. Wieczór mieli spędzić na dobrej zabawie. Niestety, pogoda się pogorszyła i padał deszcz. Pan Janek, tak jak i dzieci, był tym faktem zasmucony.
Kiedy wychowawca siedział u niego na łóżku, to on w pewnym momencie postanowił, że uda, iż dopiero teraz się zbudził. Przeciągnął się i spojrzał na nauczyciela. Ten uśmiechnął się do niego i poprosił, aby Tomek z nim poszedł. Mówił, że bolą go plecy i potrzebuje kogoś, kto mu wmasuje maść. Tomek nie wyczuł podstępu. Chciał pójść. Nie widział nic złego w pomaganiu wychowawcy.
Gdy znaleźli się w pokoju pana Janka, to sytuacja gwałtownie się zmieniła. Tomek nie potrafił przypomnieć sobie szczegółów, ale wiedział, że został skrzywdzony. Bolał go brzuch.
Jak pan Janek odprowadził go do pokoju i wyszedł, to on zaczął płakać. Kilka minut później przyszedł Piotrek i spytał, czy wszystko w porządku. Nic nie było w porządku.
Leżał teraz na łóżku i zastanawiał się nad tym wszystkim. Brzuch nadal bolał, podobnie jak tyłek. Wstydził się tego, co zaszło. Wiedział, że jakby ktoś o tym usłyszał, to zaraz zaczęłoby się na ten temat gadanie. Koledzy wyśmialiby go i wskazywali palcami.
Oczywiście to, że stałby się obiektem żartów, to nic. Tomek bardziej bał się tego, że o całej sprawie dowie się policja i zamkną go w poprawczaku. Tego by nie przeżył.
Wstał z łóżka i założył kapcie. Nie mógł dać się złapać panu Jankowi. Zamierzał uciec z kolonii i wrócić do Wrocławia. Nie chciał budzić nikogo, więc najciszej jak mógł zabrał z taboretu stojącego przy łóżku krótkie spodenki, koszulkę i skarpety. W drugą rękę wziął buty. Wyszedł na korytarz i szybko się ubrał.
Wrocław, 15 lipca 2001 r.
Alicja Kasperczak obudziła się z krzykiem. Śnił jej się koszmar. We śnie widziała, jak jej syn ucieka przed spadającą lawiną. Bała się o swojego jedynaka, którego wysłała na kolonię do Karpacza. To był jego pierwszy wyjazd. Miała obawy, czy jest wystarczająco dojrzały, aby pojechać samemu. Nie mogła jednak jechać z nim.
Może z tego powodu ten koszmar? – pomyślała.
Wiedziała, że Tomek jest pod opieką wykwalifikowanej kadry pedagogicznej i nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo, zwłaszcza związane z lawiną. Śpiący obok niej mąż usiadł na wersalce i spytał:
– Co się dzieje?
– Koszmar miałam. Śnił mi się Tomek. Lawina schodziła, a on uciekał.
– To tylko sen – powiedział Wojtek. – Chcesz, to zaparzę ci herbaty.
– Nie.
– Słuchaj. Rano zadzwonimy do ośrodka i z nim porozmawiamy. Albo wiesz co? Zrobimy mu niespodziankę i pojedziemy do niego.
Alicja poczuła się lepiej. Objęła Wojtka i przytuliła się do jego piersi.
– Dzięki, że was mam.
– Spokojnie, to był tylko sen. Jestem pewny, że wszystko z Tomkiem w porządku. Nie słyszałem, aby w Karpaczu zeszła jakaś lawina, a poza tym jest noc i dzieciaki nie łażą teraz po górach.
– Wiesz, jak to jest. Tomek ma dopiero dziesięć lat...
– Właśnie. Ma dziesięć lat, a traktujesz go, jakby miał dwa. Dzieciaki w jego wieku spokojnie mogą spędzić dwa tygodnie bez matczynego fartucha.
– Ciekawe, dlaczego ty z takim spokojem to mówisz?
– Bo sam byłem dzieciakiem i uwierz mi, że chłopcy w tym wieku robią różne głupoty. Inni chłopcy. Tomek jest jak na swoje lata bardzo dojrzały. On nie biega tak jak ja w jego wieku po dachach. Nie szaleje jak wiele dzieciaków z jego klasy. Ja, jak miałem dziesięć lat, to ganiałem na dworze, bawiłem się w berka. On woli siedzieć w domu i czytać komiksy. Ewentualnie pokopać piłkę, ale to też jak już mu się każe iść na dwór. A przecież jest dobrym piłkarzem. Widziałem, że mu gra idzie.
Alicja spojrzała na męża zaskoczona.
– I co? Z racji tego, że nie gania jak wariat z rówieśnikami, ale czyta komiksy, to mam uważać, że nie może mu się stać żadna krzywda?
– Tego nie powiedziałem. Chodzi o to, że Tomek jest rozsądniejszy niż inni. To po pierwsze. Po drugie, jak nie ma wprawy w takim łobuzowaniu, to nie zacznie akurat podczas tego wyjazdu.
– A może właśnie będzie chciał dorównać rówieśnikom? Może któryś mu powie, że odstaje, i będzie chciał im coś udowodnić?
Wojtek nic nie odpowiedział. Alicja wstała z łóżka i poszła do kuchni. Czuła, że nie zaśnie już tej nocy.
Karpacz, 15 lipca 2001 r.
Wyjście z ośrodka nie stanowiło żadnej trudności. Nikt nie pilnował drzwi, wystarczyło przekręcić zamek i już można było wyjść na dwór. Początkowo nie wiedział, w którą stronę się udać. Potem zdecydował się poszukać dworca, aby wsiąść do pociągu jadącego do Wrocławia. Szedł powoli, co chwila przystawał. Bolał go brzuch, więc dwa razy usiadł na krawężniku. Bolał go też tyłek. Sięgnął dłonią pod spodenki. Poczuł maź. Wyciągnął dłoń i zobaczył, że jest cała we krwi. Nie rozumiał, co dokładnie się z nim dzieje. Zobaczył nadjeżdżający samochód. Wstał z krawężnika i schował się za kubeł. Auto przejechało kilkadziesiąt centymetrów od niego. Miał szczęście. Postanowił ruszyć dalej.
Nie wiedział, jak długo idzie, ale miał wrażenie, że przechodził już koło tego budynku. Wcześniej skręcił dwa razy i wydawało mu się, że podąża w dobrą stronę. Teraz stanął i zastanawiał się, co dalej. W tym tempie nie zdąży wsiąść do pociągu, zanim się zorientują, że opuścił ośrodek kolonijny.
Skierował się ku głównej drodze i zobaczył, że w jego stronę powoli jedzie policyjny radiowóz.
– Pewnie już po mnie jadą, aby mnie zamknąć w poprawczaku... – powiedział cicho do siebie.
Zerwał się na równe nogi i zaczął uciekać. Policjant prowadzący radiowóz włączył koguta na dachu i przyśpieszył. Tomek nie chciał dać się złapać. Biegł, ile miał sił w nogach. Zacisnął zęby, aby zmniejszyć ból brzucha. Odwrócił się w stronę radiowozu. Ze środka właśnie wysiadała policjantka. Zdawał sobie sprawę, że nie ma szans na ucieczkę. Skręcił w lewo i wbiegł na jezdnię. Usłyszał pisk hamulców i spojrzał na zmierzającą wprost na niego ciężarówkę. Na twarzy kierowcy stara malowało się przerażenie.
Zasłonił się rękami. W tym samym momencie poczuł uderzenie i zapadła ciemność.
Aspirant Szymon Zawadzki wysiadł ze służbowego poloneza. Jego partner, aspirant Andrzej Łabiak, zaparkował obok samochodu drogówki. Zawadzki widział stojącego na światłach awaryjnych stara, należącego do spółdzielni mleczarskiej. Kierowca siedział na przednim zderzaku i palił papierosa. Obok niego stał jakiś policjant z drogówki i robił notatki.
Pod podwoziem ciężarówki znajdowało się przykryte białym prześcieradłem ciało.
– Cześć – powiedział Zawadzki, podchodząc do robiącego zdjęcia technika.
– Dzieciak wbiegł pod koła – oznajmił Grzegorz Tkaczyk, technik komendy z Jeleniej Góry.
– A co w nocy robił dzieciak na ulicy? – spytał policjant.
– No właśnie, to jest dziwne. Tamta załoga OPI patrolowała Karpacz. W pewnym momencie zauważyli, jak chłopak zerwał się na równe nogi i zaczął uciekać. Wrzucili bombę i ruszyli w pościg. Młody wybiegł na jezdnię prosto pod stara.
– Wiadomo, co to za jeden?
Tkaczyk pokręcił głową.
– Nie ma żadnej wiedzy. Nie miał przy sobie żadnej legitymacji, nic. Pewnie to jakiś dzieciak z kolonii. Trzeba będzie objechać ośrodki i popytać.
– Nie musisz uczyć nas roboty. – Zawadzki puścił do niego oko.
Wiedział, że technik ma rację. Ofiara prawdopodobnie była na ucieczce z kolonii. Podszedł do ciała i odsłonił twarz. Chłopiec miał szeroko otwarte oczy. Krew zastygła mu na czole. Blond włosy także były całe w zaschniętej krwi.
– Szkoda małego – westchnął Łabiak.
– Mój Radek jest w podobnym wieku – powiedział Zawadzki.
– A właśnie. Co tam u Izy?
– Co ma być? Straszy, że poda mnie o większe alimenty. Nie wiem, czemu nie złożyła jeszcze papierów do sądu. Może nie chce rozwodu? Nie mam pojęcia – odpowiedział aspirant, zasłaniając ciało.
Wstał i rozejrzał się dookoła. Na ulicy pojawili się już pierwsi gapie. Każdy chciał zobaczyć denata. Kilku policjantów starało się odgrodzić tłum od miejsca zdarzenia.
– Trzeba będzie wydzwonić lekarza ostatniego kontaktu. Prorok też powinien dojechać. Właśnie, kto ma nadzór?
– Gajewski. Ma zaraz być. Jak gadałeś z Tkaczykiem, to dyżurny przekazał, że powinien być w ciągu kwadransa.
Zawadzki odszedł kilka metrów od ciężarówki. Odpalił LM-a i przez kilka sekund milczał. Zaciągnął się mocno i rzucił:
– Zobacz. Jakaś rodzina wysyła dzieciaka na kolonię, a ten postanawia uciec. Jak myślisz, dlaczego zwiał?
– Może tęsknił za starymi?
– Może. Właśnie takiej roboty nie lubię. Mogę jechać na zgniłka, mogę patrzeć, jak strażacy wyciągają z rzeki zwłoki, ale jak ginie dziecko, to coś we mnie pęka.
Łabiak nic nie odpowiedział. Poklepał partnera po ramieniu i poszedł pogadać z policjantami, przed którymi uciekał chłopiec.
Jan Borowski był przerażony. Rano przed szóstą zrobił obchód i stwierdził, że brakuje Tomka. Chłopca nie było ani w sali, ani w toalecie. Jan nie wiedział, co ma teraz zrobić. Nie chciał sam podejmować decyzji, więc obudził wszystkie wychowawczynie.
Razem starali się odnaleźć zaginionego dziesięciolatka. Szukali go wszędzie. Byli zarówno w piwnicy budynku, jak i na strychu. Jan obszedł teren dookoła. Miał nadzieję, że Tomek siedzi gdzieś w pobliskim parku lub na boisku. Nigdzie nie udało się go odnaleźć. Dyrektorka kolonii zadecydowała o powiadomieniu o całej sytuacji policji. Borowski czuł, jak serce zaczyna mu galopować.
– Może się zaraz pojawi... – bąknął, starając się zakląć rzeczywistość.
– Naprawdę pan tak uważa, panie Janku? – spytała Bożena Porabik.
Zaprzeczył ruchem głowy. Wiedział, że dyrektorka ma rację. Dzieciak uciekł i szanse na to, że zaraz wróci, są znikome. Muszą go odnaleźć jak najszybciej. Im dłużej Tomka nie ma, tym większe będą ich czekać konsekwencje.
– Panie Janku, ja zadzwonię na policję, a pan niech zbierze chłopców. Może ktoś z nich wie, dlaczego Tomek uciekł – powiedziała dyrektorka.
Tego Borowski się także obawiał. Przypomniała mu się sytuacja, gdy spotkał w nocy w toalecie Piotra. Chłopiec może tylko udawał, że nie widział wychodzącego z jego pokoju Tomka. Może podsłuchał, jak rozmawiali. Pętla zaciskała się wokół jego szyi.
– Tak, pani dyrektor. Już ich zbieram.
Patrzył, jak dyrektorka idzie do siebie. Stwierdził, że zanim zwoła dzieci, będzie musiał zadzwonić do brata.
Wszedł do swojego pokoju i wziął nokię do ręki. Wybrał numer i czekał na połączenie. W końcu usłyszał głos Pawła.
– Cześć. Wiesz, że całą noc nie spałem po twoim telefonie?
– Jeszcze raz przepraszam.
– Dzisiaj przyjadę do Karpacza. Może uda się odkręcić to, co spierdoliłeś. Może trzeba dzieciaka zastraszyć.
– Ten dzieciak uciekł.
– Co?
– No w nocy zwiał. Teraz go szukamy, ale zaraz dyrektorka zadzwoni na policję.
– Kurwa mać.
– Ja temu dzieciakowi wmówiłem, że jak komuś piśnie o tym, co zaszło, to policja go aresztuje i trafi do poprawczaka.
– Ty waliłeś go w dupę i jego mają zamknąć? Kurwa, Janek...
Jan milczał. Nie wiedział co powiedzieć.
– No co miałem zrobić? Bałem się. Paweł, ja się będę leczył.
– Na pewno. Już ja ci to zagwarantuję.
W telefonie zapadła cisza.
– Paweł? Jesteś?
– Tak. Słuchaj mnie uważnie. Masz teraz zacząć szukać dzieciaka. Masz być najbardziej aktywnym poszukiwaczem. Oby dzieciak się znalazł, bo jak coś mu się stanie i wejdzie prokuratura, to może być krucho.
– Mam zebrać dzieci i spytać, czy ktoś wie, gdzie ten Tomek poszedł.
– I dobrze. Może jakiś bachor coś chlapnie i łatwiej będzie znaleźć gnojka. Ja zaraz wyjeżdżam.
– Ale...
– Odwiedzam brata, który jest wychowawcą na kolonii. Nikt nie musi wiedzieć, czym się zajmuję. Będę trzymał rękę na pulsie.
– Dzięki. Ja naprawdę chcę się zmienić.
Paweł się rozłączył. Jan wiedział, że narobił problemów nie tylko sobie, ale też i jemu.
Wrocław, 15 lipca 2001 r.
Wsiedli do volkswagena golfa i Wojtek odpalił silnik. Przez kilka sekund patrzył na Alicję, nim w końcu powiedział:
– Przepraszam.
Żona spojrzała na niego zdziwiona.
– Za co?
– Za wszystko. Wiem, że się martwisz, że boisz się o Tomka. Ja też się wiele razy o niego bałem. Wiem, że czasem potrafię być wkurzający, ale taki jestem. Jak mnie poznawałaś, to byłem taki sam.
– Nie ma sprawy. Wiem, że nie mówiłeś tego poważnie. Może i jestem nadopiekuńcza i może popełniłam błędy w wychowaniu Tomka, ale nie robię nic złego. Nie każdy dzieciak musi być piłkarzem, bawić się w wojnę lub resorakami. Potrzebni są także wrażliwi artyści.
Wojtek uśmiechnął się do niej.
– Mam propozycję. Jak Tomek wróci z kolonii, to ja wezmę wolne z roboty i pojadę z nim na camping. Wyskoczymy do Boszkowa albo do Sławy. Spędzimy kilka dni tak po męsku. Bez kobiet, bez maminych obiadków. Dwóch chłopów na męskim wypadzie. Pasuje?
– No nie wiem...
– Ala, uwierz mi, że tak będzie dobrze. Tomek może spędzić z ojcem jakiś czas i gwarantuję, że nie spadnie mu włos z głowy.
– Wojtek. To nie chodzi o to, że ci nie ufam i myślę, że będziesz nierozsądny. Tomek nie...
– To ty myślisz, że Tomek nie. Powiem ci, że podjąłem decyzję. Wyjeżdżamy pod namiot i nie ma gadania. Chłopaki muszą pobyć sami bez tych wstrętnych bab. – Puścił do niej oko.
Wziął jej dłoń i przykrył swoją. Przez kilka sekund patrzył jej w oczy. W końcu skinęła na znak, że się zgadza.
Wrzucił bieg i powoli włączył się do ruchu.
Nie przejechał jeszcze nawet stu metrów, gdy poczuł coś dziwnego. Coś spowodowało, że włos mu się zjeżył na karku, a serce szybciej zabiło. Rękę chwyciło drżenie, a żołądek zaczął się kurczyć. Miał przeczucie, że wydarzyło się coś złego. Spojrzał na Alicję. Patrzyła w boczną szybę. Cieszył się, że nie widzi, co się z nim dzieje. Nie chciał jej niepokoić bardziej, ale teraz on miał obawy, czy z ich synem wszystko jest w porządku.
Karpacz, 15 lipca 2001 r.
Dojechali do ośrodka „Bajka”. Objeżdżali miejsca, gdzie wypoczywały dzieci i młodzież. Byli już w dwóch, gdy dyżurny przekazał im informację, że kadra pedagogiczna stwierdziła ucieczkę jednego z chłopców. Zawadzki wiedział, że mają punkt zaczepienia. Był skłonny założyć się z Łabiakiem o butelkę wódki przeciw butelce pepsi, że w ciągu kilku najbliższych minut będą wiedzieli, kim jest dzieciak. Pozostało tylko ustalić, dlaczego postanowił uciec z ośrodka.
Zaparkowali samochód na podjeździe i Zawadzki rozejrzał się naokoło. Ośrodek był idealnie położony. Widać było stąd Śnieżkę. Po lewej rozciągała się panorama Karpacza.
– Panowie z policji? – Usłyszeli z boku kobiecy głos.
Zawadzki spojrzał w jej stronę i powiedział:
– Aspiranci Zawadzki i Łabiak, Komenda Miejska Policji w Jeleniej Górze.
– Proszę panów za mną.
Kobieta skierowała się do wnętrza budynku. Podążyli jej śladem. Weszli do jednego z gabinetów i usiedli na wskazanych im krzesłach.
– Panowie – zaczęła Porabik – dzisiaj zaginął nam jeden z chłopców. Wyszedł w nocy. Jeszcze nie mamy informacji, co było powodem jego ucieczki. Może jakiś kolega mu dokuczał. Nie wiemy. To wyjaśnimy później. Teraz ważniejsze jest odnalezienie go i sprowadzenie z powrotem.
– Pani jest tu dyrektorką? – spytał Zawadzki.
– Tak.
– To ma pani fest problem. Sprawą zajmuje się już prokurator. Chłopiec nie żyje. Wpadł pod ciężarówkę.
Kobieta zrobiła się blada.
– Chcielibyśmy porozmawiać z całą kadrą. Musimy wyjaśnić, dlaczego dzieciak postanowił uciec. Jak miał na imię?
– Tomek. Tomek Kasperczak. Boże...
Dyrektorka zasłoniła twarz dłońmi. Zawadzki wiedział, że kobieta jest przerażona śmiercią podopiecznego. Wiedział też, że Porabik zastanawia się nad problemami, jakie niesie ze sobą śmierć powierzonego jej opiece chłopca.
– Proszę zebrać dzieci w sali. Zaraz będziemy ich wzywać pojedynczo do siebie i postaramy się ustalić powody ucieczki tego Kasperczaka. Może ma pani rację, sugerując, że ktoś mu dokuczał. Najpierw porozmawiamy z kadrą. Oni też niech nie opuszczają ośrodka.
Kobieta skinęła głową i wstała od biurka. Wychodząc z gabinetu, wyglądała, jakby postarzała się co najmniej o dwadzieścia lat.
Jan nie miał pojęcia, co robić. Gdy dowiedział się o śmierci Tomka, to początkowo był zadowolony. Nikt się nie dowie, co zaszło w nocy. On nikomu nie powie, a Tomek nie będzie miał możliwości.
Jednak gdy dotarło do niego, że śmierć chłopca spowoduje lawinę pytań, przestraszył się nie na żarty. Wiedział, że śledczy zaczną się zastanawiać, co mogło być powodem ucieczki dziecka z ośrodka kolonijnego. Wiedział, że jeśli coś wzbudzi ich podejrzenia, to będą drążyć, aby poznać prawdę. To, że jakiś czas temu wyszedł z podobnej sytuacji obronną ręką, było cudem. Zdawał sobie sprawę, że ślad pewnie pozostał w jego kartotece.
Pilnował dzieci zebranych w sali. Co jakiś czas zerkał nerwowo w stronę pomieszczenia, gdzie śledczy rozmawiali z wychowawcami. Przed chwilą wyszła stamtąd Tereska, młoda dziewczyna, która dopiero w zeszłym roku ukończyła kurs wychowawcy kolonijnego. To był jej drugi turnus i od razu taka tragedia. Salę w ślad za nią opuścił jeden z policjantów. Stał i przez chwilę obserwował zgromadzone dzieci. Jan obawiał się skrzyżowania spojrzeń z mężczyzną, więc odwrócił się i podszedł do sprzeczających się o coś Jacka i Kamila.
Czuł na plecach wzrok policjanta. Starał się zachowywać normalnie, chociaż nogi zaczęły mu nieznacznie drżeć. Miał ochotę zerwać się do ucieczki. Rozumiał jednak, że jeśli nogi odmówią mu posłuszeństwa, to gliniarz na sto procent go dogoni i zatrzyma. Funkcjonariusz wyszedł z budynku.
Jan przez chwilę miał wrażenie, że mężczyzna wyczuł coś w jego zachowaniu. To, że zawoła go do pokoju i wyciągnie z niego całą prawdę o ucieczce chłopca, było kwestią czasu.
Zawadzki stał przed ośrodkiem i palił papierosa. Jak dotąd nie usłyszał od wychowawczyń niczego, co przybliżyłoby go do jakiejkolwiek wiedzy na temat powodów ucieczki chłopaka. Rozpytane kobiety zgodnie zeznały, że nie zaobserwowały żadnych dziwnych zachowań innych dzieciaków wobec Tomka. Żadna nie widziała, aby któryś z chłopców go gnębił lub w jakiś sposób mu dokuczał.
Zawadzki zastanawiał się, czy ucieczka rzeczywiście spowodowana była zachowaniem któregoś z kolegów dziesięciolatka. Teoretycznie prawdopodobna mogła być tęsknota za rodzicami, może też brak samodzielności. Zastanawiające jednak było to, że chłopiec zaczął uciekać na widok policyjnego radiowozu. Pewnie się obawiał, że policja odwiezie go z powrotem do ośrodka. Dlaczego nie próbował się po prostu ukryć?
Zgasił papierosa na murku i wyjął kolejnego. Co jakiś czas starał się rzucić, ale z mizernym skutkiem. Ostatnio nie palił dwa dni i to były najgorsze dwa dni w jego życiu. Palił praktycznie od siódmej klasy podstawówki. Pamiętał, kiedy zapalił po raz pierwszy.
Miał taki zwyczaj, że po lekcjach zapraszał do domu kolegów z klasy. Oglądali filmy na wideo i podpijali jego ojcu wino z baniaka. Nie były to duże ilości, ale dwunastolatkom wystarczyło, aby w przyjemny sposób zaszumiało im w głowie. Tamtego dnia w osiemdziesiątym dziewiątym roku zostawił kolegów w mieszkaniu i sam poszedł do Adama po kasetę z filmem Krwawy sport.
Ojciec Adama miał pierwszą wypożyczalnię kaset wideo w Jeleniej Górze. Odtwarzacze dopiero zaczęły zalewać polski rynek, każdy chciał mieć możliwość oglądania filmów i nie być skazanym tylko na dwa kanały w telewizji. Nie każdy miał talerz satelitarny i dekoder, ale każdy chciał poczuć się jak na Zachodzie.
Ojciec Zawadzkiego kupił magnetowid od sąsiada, który co miesiąc jeździł na kilka dni do Berlina Zachodniego. Przywoził też kasety wideo z filmami kung-fu. Jednak wypożyczalnia to był prawdziwy raj, a kolegowanie się z synem biznesmena, który ma dostęp do niezliczonych ilości filmów karate, było zrządzeniem losu.
Tamtego dnia Zawadzki poszedł do kolegi po film i zobaczył, jak Adam i Piotrek palą papierosy. Siedzieli przy telewizorze i oglądali Szklaną pułapkę. On przez blisko kwadrans siedział z nimi i z otwartą buzią śledził popisy policjanta w amerykańskim drapaczu chmur. Wtedy Piotrek poczęstował go papierosem. Zawadzki pamiętał, że był to carmen. Palił i chociaż dym go drapał w gardło i ogólnie źle się czuł, to jednak wypalił go do końca. Poczęstowany kolejnym podziękował, ale schował zdobycz do kieszeni. Zgrywał wtedy dorosłego.
Wrócił do domu z filmem i papierosem w kieszeni. Gdy kumple wyszli po seansie, on na balkonie wypalił carmena otrzymanego od kolegów. Rodzice po powrocie z pracy chyba wyczuli dym, ale żadne z nich nie odezwało się na ten temat ani słowem.
Zawadzki po kilku dniach kupił swoją pierwszą paczkę i zaczął palić. Początkowo jeden, dwa papierosy dziennie. Z czasem jednak stał się nałogowym palaczem i teraz dochodził nawet do dwóch paczek wypalanych w ciągu dnia.
Zgasił papierosa i wyrzucił niedopałek do stojącej na murku doniczki.
– Pora brać w obroty następnego – powiedział cicho do siebie.
Wszedł do budynku i od razu skierował się do pokoju, gdzie starali się z Łabiakiem poznać okoliczności ucieczki dziesięciolatka.
Podjechali pod budynek, w którym na kolonii przebywał Tomek. Kasperczak zaparkował na niewielkim parkingu i wysiadł z golfa. Alicja wysiadła od strony pasażera i rozprostowała kości. Wojtek podszedł do żony i ją objął.
– Widzisz. Mówiłem, że wszystko w porządku. Nie ma tu żadnych śladów po lawinie ani po wybuchu wulkanu, nigdzie nie ma krateru po upadku meteorytu i nie nastąpił w pobliżu wybuch bomby atomowej – powiedział.
– Naśmiewasz się z moich obaw. Po co to robisz?
Wojtek objął ją mocniej.
– Zaraz zobaczysz Tomka i upewnisz się, że wszystko porządku. Potem postaramy się wziąć go na spacer i zamówisz mu największego gofra na świecie. A jak już Tomek wróci do domu po kolonii, to jego stary zabierze go pod namiot i zrobi z niego mężczyznę.
– To się jeszcze okaże. Nie wyraziłam zgody, wciąż się waham.
– Zobaczysz, że wyjazd ze starym dobrze mu zrobi. Razem będziemy chodzić na piwo, jeść smażone rybki i patrzeć na półnagie dziewuchy na plaży.
– Jesteś świnią – rzuciła Alicja i odsunęła się od niego.
– Żartowałem z tymi dziewuchami i piwem. Nie gniewaj się. – Podszedł bliżej i spojrzał jej prosto w oczy. – Ala. Ja żartuję. Co jak co, ale jestem ostatnią osobą, która chciałaby, aby coś złego się stało Tomkowi. To mój jedynak i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Nie naśmiewam się z twoich obaw i nie chcę cię denerwować. To, że sobie pośmieszkuję, nie oznacza, że chcę...
– Wojtek, nie uważasz, że jest trochę dziwnie... – przerwała mu
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
Łowca
W świecie przesiąkniętym przemocą, ktoś postanawia wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę…Podczas kolonii w Karpaczu, dziesięcioletni chłopiec ginie pod kołami ciężarówki. Zrozpaczeni rodzice docierają na miejsce tragedii by skonfrontować się z największym koszmarem swojego życia. Policja rozpoczyna śledztwo, w które zamieszany jest wychowawca. Szybko na jaw wychodzą kolejne m...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio