Rozdział I
Marta z niedowierzaniem patrzyła na stojącego przed nią mężczyznę. Czuła się tak, jakby zobaczyła ducha.
– Wróciłem – powiedział, wnikliwie się jej przyglądając. Nie potrafił ukryć rozczarowania. Chyba spodziewał się przerażenia, histerii…
– Widzę – odparła sucho. – Czego chcesz?
– O, jak obcesowo i niegrzecznie. Nie zapytasz, co u mnie? Jakim cudem się tu znalazłem? – W jego oczach zapaliły się niebezpieczne błyski. – Bo przecież się mnie nie spodziewałaś.
Z trudem przełknęła ślinę. Wiedziała, że cokolwiek się stanie, za nic na świecie nie może mu pokazać, że znów zaczyna się bać. Tak naprawdę to pierwsze obezwładniające zdumienie było błogosławieństwem. Dało jej czas na ukrycie ogarniającego ją powoli przerażenia.
Z tego właśnie czerpał siłę. Przypomniała sobie słowa lekarki, do której chodziły z Zosią na terapię: „Im bardziej się bałaś, tym bardziej on czuł się wszechwładny. Miał nad tobą władzę”.
– Nie będę z tobą rozmawiać. Nie wiem, jak sobie to załatwiłeś… Ale jedno jest pewne, nakaz sądowy nadal obowiązuje i jeżeli nie chcesz wrócić, skąd przyszedłeś, to się stąd wynoś – celowo podniosła głos i usłyszała dobiegające z głębi mieszkania stuknięcie. Oby to było to, na co czekała. Oby Zosia się nie obudziła… W tej samej chwili na nogach poczuła ciepłe muśnięcie sierści i przedpokój wypełniło głuche warczenie. Z satysfakcją spostrzegła, że mężczyzna cofnął się aż pod drzwi.
– Sprawiłaś sobie ochroniarza. A wiesz, że mi to nawet pochlebia… Widać nieźle trzęsiesz się ze strachu, skoro zdecydowałaś się na posiadanie tego zlepku kłaków. Ale to i tak ci nie pomoże. Dzisiaj przyszedłem tylko po to, by ci powiedzieć, że wróciłem. I tym razem już zostanę. I zabiorę ci Zośkę. A potem zniszczę ciebie. Nigdy się mnie nie pozbędziesz. Do końca życia będę twoim najgorszym koszmarem, rozumiesz? – wycedził.
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo w tej samej chwili pies z głuchym warkotem skoczył i powalił go na ziemię. Marta przez moment przyglądała się osłaniającemu twarz mężczyźnie i wyobrażała sobie, jak by to było cudownie zobaczyć jego rozszarpane gardło.
– Teraz masz dwa wyjścia. Pierwsze: zawołam Nikifora, a ty w ciągu sekundy znikniesz. Drugie: każę mu cię pilnować i zadzwonię po policję. Co wolisz? To pytanie czysto retoryczne, więc nie musisz odpowiadać, tym bardziej że chyba trochę się obawiasz mówić – powiedziała, patrząc na wyszczerzone zęby Nikifora i jego wielką łapę położoną na gardle leżącego. – Nikifor, zostaw – poleciła.
Pies z niechęcią porzucił zdobycz i usiadł pomiędzy gramolącym się na kolana mężczyzną a swoją panią.
– To nie koniec – wychrypiał.
– Wynoś się – odparowała, kładąc uspokajająco dłoń na głowie owczarka.
Bez słowa patrzyła na zamykające się za mężczyzną drzwi. Przez moment stała bez ruchu i nasłuchiwała odgłosów z klatki schodowej. Celowo nie ruszyła się z miejsca. Znała go. Pójdzie dopiero, kiedy przekona się, że naprawdę ją przeraził. Będzie czekał, aż podbiegnie do drzwi i zamknie je na wszystkie zamki. I choć każda cząsteczka jej ciała chciała właśnie tak zrobić, trwała bez ruchu. Dopiero po chwili, gdy usłyszała, jak zbiega po schodach, podeszła spokojnie do drzwi i przekręciła zasuwę. Potem podbiegła do okna i przez szparę w zasłonie patrzyła za nim tak długo, aż zniknął za rogiem sąsiedniego bloku. Gdy upewniła się, że pochłonęła go noc, zrozpaczonym spojrzeniem ogarnęła pokój. Wszystko w nim zmieniła. Wszystko po to, by nawet najdrobniejszy szczegół nie przypominał jej o koszmarze, który przeżyły razem z córką. W tej chwili dotarło do niej, że tak naprawdę nic to nie dało. Nowy wystrój, kolor ścian, bibeloty – nic nie miało znaczenia. Równie dobrze i one mogły zostać milczącymi świadkami kolejnego horroru. To, co innym kojarzyło się z bezpieczeństwem i ostoją, dla niej oznaczało ból, cierpienie i strach. Ściany domu, ten azyl, do którego się tęskni, dla niej były miejscem kaźni. Wszystko, o czym starała się nie myśleć i zapomnieć, teraz wróciło. Zaczęła drżeć i odruchowo ciaśniej otuliła się szlafrokiem.
– Boże, nie przeżyję tego wszystkiego jeszcze raz – szepnęła do siebie. – Nie dam rady…
W głowie miała pustkę. Czuła, jak ogarnia ją paraliżujące przerażenie. Osunęła się na podłogę i schowała twarz w dłoniach. Zdezorientowany jej zachowaniem pies usiadł przed nią i trącił jej ręce wilgotnym nosem. Gdy to zawiodło, pobiegł do przedpokoju i przyniósł w zębach obrożę i smycz. Zwykle propozycja spaceru działała. I, jak się okazało, tym razem również. Marta zapatrzyła się na złożoną na swoich kolanach smycz.
– Mówisz, że to nam pomoże? – zapytała, patrząc w wierne psie oczy. – Może to nie jest taki zły pomysł… Szykuj się, Nikifor, bo to będzie naprawdę długa wędrówka – dodała, podnosząc się z podłogi i sięgając po leżące na szafie walizki.
Malownicze. Wymarzony czas
Każdy ma swój wymarzony czas. To czas na miłość, na szczęście. Czas radości, ale i zmian. Magda ma już swój wymarzony dom i cieszy się na myśl o tym, że już wkrótce stworzy prawdziwą rodzinę dla Marcysi i Ani. Wie jednak, ile przeszkód musi jeszcze pokonać, zanim nadejdzie ich wymarzony czas. Przed Michałem też niełatwe zadanie: czy jego miłość do Magdy wystarczy, by ją...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book · audio
e-book · audio