1
Lila
Na stoliku nocnym stoi zdjęcie w ramce, którego Lila nie ma jeszcze siły, a może ochoty, się pozbyć. Cztery twarze przytulone do siebie w oceanarium gdzieś na zagranicznych wakacjach – nie pamięta już gdzie – a za ich plecami ławica ogromnych opalizujących ryb w paski wpatrujących się w szybę obojętnie. Violet zadziera nos jednym palcem, jednocześnie rozciągając dolne powieki, przez co wygląda jak karykaturalna figura woskowa. Celie, w marynarskiej koszulce w paski, również robi głupią minę, choć nieco mniej szaloną – w końcu miała już wtedy trzynaście lat. Lila próbuje się uśmiechać, jak gdyby na przekór wszystkiemu miała nadzieję, że wyjdzie z tego urocze rodzinne zdjęcie. I Dan, z uśmiechem pozbawionym wesołości i enigmatyczną miną, trzymający rękę na ramieniu Violet.
To ostatnie rodzinne zdjęcie widzi, gdy tylko rano otworzy oczy i tuż przed zaśnięciem, i chociaż wie, że powinna je gdzieś schować, by nie psuło jej dnia, to z jakiegoś powodu, którego jeszcze do końca nie zgłębiła, nie jest w stanie włożyć go do szuflady. Czasami, kiedy nie może zasnąć, wpatruje się w smugi księżycowego blasku przesuwające się po suficie sypialni, zerka na tę fotografię i myśli ze smutkiem o rodzinie, która przestała istnieć, o wszystkich zdjęciach, które już nie powstaną: z deszczowych weekendów w Kornwalii czy z egzotycznych plaż, prezentujących ich czwórkę ubraną na biało, z radosnej ceremonii ukończenia studiów z neogotyckim budynkiem uniwersytetu w tle albo może z wesela Celie z dumnymi rodzicami u boku; o wszystkich tych ulotnych obrazach życia, które nagle po prostu wyparowało.
A czasami myśli tylko o tym, by zakleić twarz Dana kulką plasteliny.
Lila próbuje właśnie odetkać toaletę na piętrze, zapchaną czymś wyjątkowo uporczywie, kiedy dzwoni Anoushka. Gdy wraz z Danem dwa i pół roku temu kupowali ten duży, „nietuzinkowy” (określenie agenta nieruchomości oznaczające w gruncie rzeczy „nikt inny by go nie kupił”) dom do remontu w zielonej dzielnicy północnego Londynu, Lila była oczarowana starymi łazienkami w miętowozielonym i malinowym kolorze, ponieważ uważała je – tak jak i kwieciste tapety – za urocze i klimatyczne. Przeszli po każdym pokoju, tworząc wspólnie obrazy tego, jak dom będzie wyglądał po remoncie. Chociaż, jeśli dokładniej pogrzebie w pamięci, musi stwierdzić, że to ona chodziła po domu i tworzyła w myślach obrazy, podczas gdy Dan mruczał niezobowiązująco „mhm, mhm” i zerkał na telefon.
Dzień po tym, jak odebrali klucze, ta sama urocza i klimatyczna toaleta postanowiła ukazać swoją prawdziwą naturę: zatkała się złośliwie i przelała. W różowej łazience, z której korzystają jej córki, obok spłuczki leżą teraz przepychacz oraz wygięty wieszak na ubrania i czekają, aż Lila (bo jakoś zawsze jej przypada w udziale to zadanie) rozprawi się z tym, co akurat dzisiaj postanowiło utknąć w głębi muszli.
– Lila, kochana! Co tam u ciebie?
Zaraz potem głos Anoushki staje się nieco przytłumiony i Lila słyszy tylko: „Nie, Gracie, tylko nie goździki. Są takie pospolite. Nie, absolutnie żadnych gerber. Ona ich nie znosi”.
Lila pochyla się i nosem dotyka przycisku przełączającego telefon na tryb głośnomówiący. Aż ją cofa, kiedy rozbryzgująca się woda wpada do wnętrza gumowej rękawiczki.
– Cudownie! Fantastycznie! – odpowiada. – A co u ciebie?
– To, co zawsze: walczę o dobro moich wspaniałych autorów. Niedługo dostaniesz kolejny czek za tantiemy. Mogłaś go mieć już w zeszłym tygodniu, ale Gracie jest w ciąży i dosłownie ciągle wymiotuje. Serio, musiałam wyrzucić trzy kosze na śmieci, bo stanowiły prawdziwe zagrożenie biologiczne.
Na dole ich pies, Truant, zaczyna gwałtownie ujadać. Szczeka na wszystko – na wiewiórki w ogrodzie, na gołębie, na śmieciarzy, na gości, na powietrze.
– Och, to cudownie! – mówi Lila, zamykając oczy i wpychając głębiej wieszak. – To znaczy chodzi mi o ciążę. Nie o wymioty.
– No niekoniecznie, kochana. Same przez to problemy. Zupełnie nie rozumiem, czemu te dziewczyny tak ciągle rodzą dzieci. Asystentki zmieniają się u mnie jak w kalejdoskopie. Zaczynam się zastanawiać, czy aby klimatyzacja czegoś nie rozsiewa. A jak się miewają twoje przeurocze córki?
– Wspaniale. Wszystko u nich dobrze – odpowiada Lila.
Wcale nie miewają się wspaniale. Celie wybuchła płaczem przy śniadaniu, chyba na widok czegoś na Instagramie, a na pytanie, co się stało, odparła, że Lila i tak guzik by zrozumiała, i wzburzona wyszła do szkoły. Violet rzuciła matce spojrzenie pełne zimnej furii, gdy ta oznajmiła jej, że owszem, musi iść w czwartek do taty – to był jego wieczór – a potem w milczeniu ześlizgnęła się z taboretu i nie odzywała się do niej przez całą drogę do szkoły.
– To dobrze, dobrze – mruczy Anoushka roztargnionym tonem osoby, do której nie dotarłoby, nawet gdyby Lila oznajmiła jej, że tego rana obie jej córki zdekapitowano. – A teraz chciałam porozmawiać z tobą o tym maszynopisie.
Lila wyciąga wieszak z muszli, ale woda wciąż sięga prawie poziomu deski klozetowej. Zdejmuje więc gumowe rękawiczki i opiera się o szafkę. Słyszy, że Truant ciągle szczeka, i zastanawia się, czy będzie musiała zanieść sąsiadom kolejną butelkę wina. W ciągu ostatnich trzech miesięcy sprezentowała im ich już siedem, by nie zaczęli jej nienawidzić.
– Kiedy mi coś prześlesz? W zeszłym miesiącu mówiłaś, że teraz już na pewno będziesz coś mieć.
Lila nadyma policzki.
– Ciągle… ciągle nad tym pracuję.
Następuje krótka chwila ciszy.
– Wiesz, kochana, nie chcę zabrzmieć jędzowato – mówi Anoushka nieco jędzowatym tonem – ale z Odbudową poszło ci świetnie, a karygodny postępek Dana zapewnił ci wzrost sprzedaży i pewnie powinnyśmy być mu wdzięczne przynajmniej za to. Tyle że nie chcemy stracić rozpoznawalności, prawda? I wydać kolejnej książki po tak długim czasie, że równie dobrze mogłaby być debiutem.
– Wkrótce… wkrótce coś ci wyślę.
– Wkrótce, czyli kiedy?
Lila rozgląda się po łazience.
– Za sześć tygodni?
– Umówmy się za trzy. To nie musi być idealne, kochana. Chcę tylko mieć pojęcie o tym, co piszesz. Czy to wciąż przewodnik po szczęśliwym życiu w pojedynkę?
– Yyy… tak.
– Wskazówki, jak wieść udane, niezależne życie? Zabawne historyjki o randkach? Pikantne anegdoty o życiu seksualnym singielki?
– Och, tak. Będzie tego mnóstwo.
– Nie mogę się doczekać. Jestem naprawdę podekscytowana. Z braku swoich przygód będę żyła twoimi! Oj, na litość boską, Gracie, tylko nie do nowego kosza! – rozlega się w słuchawce. A potem: – Muszę kończyć. Czekam na mejla od ciebie! Pozdrów wszystkich!
Lila rozłącza się i wpatruje w muszlę klozetową, jak gdyby mogła sprawić siłą woli, że woda opadnie. Słyszy, że Bill wspina się po schodach, przystaje na półpiętrze, by złapać oddech, po czym rusza dalej. Mieszkał z jej mamą w oddalonym o dziesięć minut drogi stąd bungalowie z lat pięćdziesiątych – w którym było niewiele mebli, za to dużo słońca, światła i prostoty – dlatego ten piętrowy, zagracony dom codziennie stanowi dla niego wyzwanie.
– Skarbie?
– Tak? – Lila próbuje zrobić radosną minę.
– Przykro mi, że przynoszę złe wieści, ale znowu byli sąsiedzi ze skargą na psa. A do tego na suficie w kuchni zrobił się jakiś paskudny naciek.
Hydraulik wezwany w trybie pilnym cmoknął, podniósł cztery deski podłogowe i odkrył wyciek w rurze. Opróżnił spłuczkę, poinformował Lilę, że powinna wymienić całą kanalizację – „Ta toaleta długo nie pociągnie. Moi dziadkowie mają chyba mniej lat niż ona” – wypił dwa kubki herbaty z cukrem i zażyczył sobie trzysta osiemdziesiąt funtów. Lila zaczęła to nazywać podatkiem od mercedesa. Każdy fachowiec na widok stojącego u niej na podjeździe drogiego vintage’owego auta sportowego od razu dodawał dwadzieścia pięć procent do tego, co normalnie policzyłby za usługę.
– Więc przez to toaleta się zatkała? – spytała Lila, wstukując PIN swojej karty kredytowej i próbując nie myśleć, jakiego uszczerbku dozna przez to domowy budżet na ten miesiąc.
– Nieee, to musiało być coś innego – odparł. – Ale nie powinna pani korzystać z tej toalety. Cała kanalizacja w tej łazience jest do wymiany. A przy okazji deski podłogowe. W niektóre dziury można palec włożyć.
Gdy zamknęła za nim drzwi, Bill położył jej na ramieniu szorstką dłoń.
– Wszystko będzie dobrze – zapewnił i ścisnął ją lekko. W taki właśnie sposób Bill okazywał emocjonalne wsparcie. – Wiesz, że mogę wam pomóc.
– Nie trzeba – odrzekła pogodnie. – Jakoś sobie radzę. Wszystko jest w porządku.
Na co on westchnął cicho, a potem odwrócił się i ruszył sztywnym krokiem do swojego pokoju.
Bill mieszkał z nimi od dziewięciu miesięcy, wprowadził się wkrótce po śmierci jej mamy. Nie chodziło o to, że zalewał się łzami, umierał z głodu czy doprowadzał swój dom do ruiny – to nie leżało w jego naturze. On tylko zamknął się w sobie, niknął w oczach, aż stał się cieniem tego poczciwego stolarza, którego Lila znała od trzydziestu lat.
– Po prostu za nią tęsknię – mówił, kiedy wpadała do niego na herbatę i swoją krzątaniną próbowała wlać trochę energii w jego pozbawiony życia dom.
– Wiem, Bill – odpowiadała. – Ja też za nią tęsknię.
Prawda była taka, że Lila też kiepsko się trzymała. Była w szoku, kiedy Dan oznajmił jej, że odchodzi. Ale dopiero kiedy dowiedziała się o Marji, dotarło do niej, że ból wywołany jego odejściem bez poznania przyczyn był niczym w porównaniu ze świadomością, że stała za tym inna kobieta. Przez pół roku Lila ledwo spała, pod jej czaszką kotłowało się od bolesnych objawień, gdy wreszcie łączyła ze sobą różne wątki, od oskarżeń, strachu i zimnej furii, odbywała w głowie milion niedokończonych kłótni, których w prawdziwym życiu Danowi zawsze udawało się uniknąć: „Może nie przy dzieciach, Lila, co?”.
A potem, zaledwie kilka miesięcy później, nawet to zblakło przy niespodziewanej śmierć Franceski. Kiedy więc zaproponowała Billowi, żeby wprowadził się do niej na jakiś czas, oboje usilnie próbowali zapewnić się nawzajem, że tak naprawdę chodzi o pomoc Lili przy córkach, o zapewnienie jej praktycznego wsparcia, kiedy przyzwyczajała się do samotnego rodzicielstwa. Bill nie sprzedał bungalowu, chodził tam pracować do swojego warsztatu usytuowanego w kącie ogrodu, w którym naprawiał krzesła sąsiadów i szlifował papierem ściernym nowe słupki otaczające schody w domu Lili, żeby jej dzieci nie wypadły przez balustradę. Żadne z nich nie poruszało tematu jego powrotu do siebie. W końcu pobyt Billa w domu Lili w żaden sposób nie przeszkadzał jej w życiu (zresztą w jakim życiu?), jego powściągliwa obecność dawała wręcz jej poranionej rodzinie tak bardzo potrzebne poczucie ciągłości i stabilności. Był on kotwicą ich chybotliwej, przeciekającej łódki, która nagle i bez ostrzeżenia znalazła się na pełnym morzu.
Lila maszeruje do szkoły. To pierwszy tydzień po wakacjach i Bill zaproponował, że pójdzie za nią, ale ona potrzebuje podbić sobie liczbę kroków (codziennie prześladuje ją wspomnienie nóg Marji sięgających samej szyi i jej wyraźnego wcięcia w talii). Poza tym wychodzi z domu, by odebrać Violet, dzięki czemu może stłamsić w sobie choć na chwilę poczucie winy wynikające z tego, że znowu nic nie napisała.
Oboje wiedzą, z czego wynikała propozycja Billa: Lila nienawidzi odbierania córek ze szkoły. Rano nie ma z tym problemów: wszyscy się spieszą, może zostawić Violet i zmykać. Ale wizyty pod szkołą po południu, gdy musi czekać pod wejściem wraz z innymi matkami, są zbyt bolesne i krępujące. Przez cały miesiąc po odejściu Dana Lila musiała znosić współczujące spojrzenia i westchnienia w rodzaju: „Wierzyć się nie chce. Boże, jakie to straszne, tak mi przykro”, choć za jej plecami padały pewnie stwierdzenia typu: „Ale w sumie trudno mu się dziwić, prawda?”. No i oczywiście była kwestia okrutnej drwiny losu: wydarzyło się to zaledwie dwa tygodnie po wydaniu Odbudowy, co oznaczało, że musiała w tym czasie udzielać mnóstwa promocyjnych wywiadów i opowiadać w nich, jak naprawić małżeństwo, w którym pośród natłoku obowiązków zawodowych i rodzicielskich przygasł żar.
Dwa dni po odejściu Dana stanęła ponuro przy szkolnym placu zabaw, gdzie trzy matki wspólnie czytały w „Elle” artykuł niefortunnie zatytułowany Jak wzmocniłam swoje małżeństwo. Philippa Graham – ta wybotoksowana małpa – na widok Lili szybko schowała czasopismo za plecami i zamrugała z niewinną miną, ale jej dwie koleżanki, których imion Lila nigdy nie była w stanie zapamiętać, ledwo tłumiły chichot. Mam nadzieję, że wasi mężowie w tej właśnie chwili zarażają się antybiotykooporną chorobą weneryczną od młodocianych męskich prostytutek, pomyślała Lila i przywołała na twarz uśmiech, gotowa na powitanie Violet, która wlokła się w jej stronę, ciągnąc za sobą plecak.
Przez wiele tygodni, gdy Lila przychodziła pod szkołę, po placu przechodził pomruk połączonego z fascynacją przerażenia, któremu towarzyszyły lekkie odwracanie głów i przekazywane półszeptem plotki. Lila trzymała się prosto, czuła na skórze mrowienie i szczęka ją bolała od sztucznego uśmiechu, który przykleiła sobie do twarzy. Więc Francesca przejęła od niej ten obowiązek i zaczęła przyjeżdżać po wnuczki swoim małym citroënem, wyjaśniając im i matkom ich koleżanek, że Lila jest zajęta pracą i wpadnie pod szkołę kiedy indziej. Tyle że teraz już matka nie mogła jej wyręczyć.
Czując znajomy ucisk w żołądku, Lila stawia kołnierz płaszcza i staje z dala od podzielonych na grupki matek, niań i jednego samotnego ojca, po czym wbija wzrok w telefon i udaje, że jest pochłonięta czytaniem jakiegoś Naprawdę Ważnego Mejla. Ostatnio często się do tego ucieka. Czasami dla odmiany przyprowadza ze sobą Truanta, który szczeka histerycznie na każdego, kto zbliży się do nich choćby na dwadzieścia metrów.
Jutro, mówi sobie w duchu. Jutro nic mnie nie rozproszy. Siądę przy biurku o dziewiątej piętnaście, gdy już odprowadzę Violet do szkoły, i nie ruszę się stamtąd, dopóki nie napiszę dwóch tysięcy słów. Postanawia nie myśleć o tym, że składała sobie tę samą obietnicę co najmniej trzy razy w tygodniu przez ostatnie pół roku.
– Wiedziałam!
Dobiega ją radosny pisk matek stojących obok pomalowanej na tęczowo ławki ustawionej przy huśtawkach. Widzi pośród nich pochyloną Marję, której rękę ściska Philippa, uśmiechając się promiennie. Marja ubrana jest w długi brązowy kaszmirowy trencz i trampki, a blond włosy upięła oryginalnie dużą szylkretową klamrą.
– Bo nie piłaś u Niny, prawda? Mam w takich sprawach przeczucie! – śmieje się Philippa. Kładzie rękę na brzuchu Marji i dyskretnie zerka za siebie, a gdy dostrzega Lilę, odwraca się teatralnie i mówi bezgłośnie: – Och, rany. Przepraszam.
Marja też się odwraca, podążając za spojrzeniem Philippy, i oblewa się rumieńcem.
Lila wyczuwa, o co chodzi, zanim jej mózg jest w stanie to przyswoić. Gapi się niewidzącym wzrokiem na ekran swojego telefonu, a serce wali jej jak oszalałe. Nie. Nie. To niemożliwe. Nie po tym wszystkim, co jej mówił Dan. Nie mógłby im tego zrobić. Ale wszelkie wątpliwości rozwiewa rumieniec na policzkach Marji.
Lilę ogarniają mdłości. Kręci jej się w głowie. Nie ma pojęcia, co robić. Chciałaby oprzeć się o drzewo znajdujące się kilka kroków dalej, ale nie zrobi tego przy innych matkach. Czuje na sobie ich gorące spojrzenia, więc szybko przyciska telefon do ucha i udaje, że z kimś rozmawia.
– Tak, tak! Jak cudownie, że dzwonisz! To super. Co u ciebie? – mówi dalej, nie mając pojęcia, co plecie, i odwraca się, by nikogo nie widzieć, a w głowie aż jej huczy.
Podskakuje, gdy Violet ciągnie ją za rękę.
– Kochanie! – Odsuwa telefon od ucha i dostrzega panią Tugendhat stojącą obok córki. – Wszystko w porządku? – pyta radośnie, nienaturalnie wysokim tonem.
– Dlaczego mówisz do telefonu, skoro z nikim nie rozmawiasz? – pyta Violet ze zmarszczonym czołem, spoglądając na ekran.
– Ten ktoś już się rozłączył – wyjaśnia szybko Lila. Ma wrażenie, jakby dosłownie zaraz miała eksplodować. Napięcie, które w niej narasta, wydaje się zbyt duże, by jej ciało mogło je pomieścić.
Pani Tugendhat ma na sobie kosmaty kardigan z rękawami typu nietoperz, a do piersi przypiętą ręcznie robioną żółtą plakietkę z zielonym napisem „Wszystkiego najlepszego”.
– Właśnie rozmawiałam z Violet o grudniowym przedstawieniu. Mówiła pani, że będzie narratorką?
– To cudownie! Cudownie! – Twarz Lili rozciąga się w uśmiechu pełnym napięcia.
– Nie chcemy robić jasełek, skoro mamy w szkole dzieci różnych wyznań. I wiem, że to jeszcze odległy termin… No, może nie aż tak odległy, zostały cztery miesiące, ale wie pani, jak dużo czasu zajmuje organizacja takich rzeczy.
– Oczywiście! – zgadza się z nią Lila.
– Dziwnie się zachowujesz – mruczy Violet.
– A pani jest naszą dyżurną matką z branży rozrywkowej, od kiedy Frances przestała grać w Emmerdale. Choć i tak miała tam gościnną rolę. Więc Violet pomyślała, że mogłaby się pani tym zająć.
– Zająć się czym?
– Załatwieniem kostiumów dla głównych postaci.
– Kostiumów – powtarza Lila zbita z tropu.
– To adaptacja Piotrusia Pana.
Marja odłącza się od innych matek. Wiąże płaszcz w pasie i przechodząc przez bramę, rzuca szybkie, zakłopotane spojrzenie w stronę Lili, a Hugo, jej synek, ciągnie ją za rękę.
– Oczywiście! – odpowiada Lila. Zaczyna jej szumieć w głowie. Ledwo jest w stanie usłyszeć cokolwiek poza tym dźwiękiem. Możliwe, że łzy napływają jej do oczu, ponieważ wszystko wydaje się dziwnie zamglone.
– Naprawdę? To cudownie. Violet nie była pewna, czy się pani zgodzi.
– Mama nie lubi przychodzić pod szkołę – wyjaśnia Violet.
Lila wraca uwagą do córki.
– Co takiego? Nie wygłupiaj się, Violet! Uwielbiam tu przychodzić. To dla mnie najlepsza część dnia!
– W zeszłym tygodniu zapłaciłaś Celie cztery funty, żeby mnie odebrała.
– Nie, nie. Dałam Celie cztery funty, bo ich potrzebowała. Odbieranie ciebie ze szkoły nie miało z tym nic wspólnego.
– Nieprawda. Mówiłaś, że wolałabyś sobie odgryźć stopę, a Celie powiedziała, że może iść za ciebie, jeśli dasz jej na tę najdroższą kawę z Costy, a ty na to, że nie ma sprawy, i…
Uśmiech pani Tugendhat nieco blednie.
– Daj spokój, Violet. Nie ma problemu, pani Tugendhat. Jeśli chodzi o to, co pani mówiła. Oczywiście, że się tym zajmę! – Coś się dzieje z jej prawą ręką. Lila ciągle nią wymachuje dla podkreślenia swoich słów. Tak, jakby była zupełnie odłączona od reszty ciała.
Pani Tugendhat uśmiecha się promiennie.
– Pewnie zaczniemy próby w drugiej połowie semestru, do tego czasu uda się pani załatwić kostiumy, prawda?
– Tak! – odpowiada Lila. – Tak! Musimy już iść. Trochę się spieszymy. Ale… porozmawiamy o tym. Na pewno porozmawiamy. Wszystkiego… najlepszego! – Wskazuje na plakietkę na piersi pani Tugendhat, a potem odwraca się i rusza przed siebie.
– Dlaczego idziemy tą drogą? – pyta Violet, truchtając szybko, by dotrzymać jej kroku. – Zawsze chodzimy Frobisher Street.
Marja poszła Frobisher Street. Lila ma wrażenie, że chyba padłaby trupem, gdyby musiała raz jeszcze spojrzeć na tę blond głowę i panujący na niej artystyczny nieład.
– Pomyślałam tylko… że fajnie by było coś zmienić – odpowiada.
– Naprawdę dziwnie się zachowujesz – stwierdza Violet. Zatrzymuje się i wyciąga z plecaka paczkę chipsów warzywnych, które Bill musiał jej włożyć zamiast monster munchów, jako że próbuje zmienić ich nawyki żywieniowe. Violet zwalnia kroku, by je zjeść, więc Lila też jest zmuszona zwolnić. – Mamo?
– Tak?
– Wiedziałaś, że Felix ma w pupie robaki? Na przerwie włożył tam palec i wyjął jednego, żeby nam pokazać. Widać było, jak mu się wije pod paznokciem.
Lila przystaje i próbuje przetrawić tę wiadomość. Normalnie, usłyszawszy coś takiego, zaczęłaby krzyczeć. Ale teraz ma wrażenie, że z wszystkich rzeczy, których się dzisiaj dowiedziała, ta wcale nie jest taka koszmarna. Spogląda na córkę.
– Dotknęłaś go?
– Fuj! Nie – mówi Violet, wrzucając do ust kolejnego chipsa. – Powiedziałam mu, że już do końca życia będę się trzymała od niego z daleka. Tak samo jak od innych chłopaków. Wszyscy są obrzydliwi.
Lila powoli przesuwa ręką po twarzy i wydaje z siebie długie, drżące westchnienie.
– Nie zmieniaj się, Violet – odpowiada, kiedy wreszcie odzyskuje mowę. – Już posiadłaś większą mądrość życiową, niż ja w całym swoim dotychczasowym życiu.
Między końcem a początkiem
Najnowsza powieść Jojo Moyes, autorki „Zanim się pojawiłeś” WARTO DAĆ DRUGĄ SZANSĘ MIŁOŚCI, ALE NAJWAŻNIEJSZE, ŻEBY DAĆ JĄ SAMEJ SOBIE. Lila, autorka bestsellerowego poradnika o związkach, sądziła, że już dawno dostała od życia swój wymarzony happy end. I dokładnie wtedy mąż porzucił ją dla innej kobiety.Po tym ciosie Lila nie potrafi stanąć na nogi. Jej córki akurat wkraczają...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book