Rozdział pierwszy
Zacząłem naturalnie od litery A. Abramowicz Jan, Arasiewicz Kazimierz, Adamowska Inez, Angerman Dariusz, Ambroziak Jacek, Anuszkiewicz Klemens, Ajducki Mirosław, Arska Paulina, Apelblum Dawid i jeszcze kilku, kilkoro innych, a może i więcej. Tak, tych znam, znałem. Z niektórymi mam czy miałem żywe kontakty, z niektórymi rzadkie, od przypadku do przypadku, niektórzy umarli. Ale wiem, kim są, byli, czym się zajmują, zajmowali, jakie funkcje pełnią, pełnili albo są już na emeryturze, Arska Paulina była nawet kiedyś, krótko, moją kochanką. Wyjechała i nigdy nie dała znaku życia, ale dobrze ją pamiętam, twarz, włosy, oczy, ciało. Niektórych jednak, na których wzrok mój się zatrzymuje, imiona, nazwiska, adresy nic mi nie mówią. Ambrożewski Tadeusz nic mi nie mówi, Acher Wacław nic, Adach Bogusław to samo, Arendt Janina, coś mi zaczyna świtać, może sobie przypomnę.
Nieraz gdy ta litera A zmęczy mnie, przechodzę do następnych z nadzieją, że może tam będzie lżej, mimo że już niejeden raz, przy kolejnych próbach, przejrzałem i wszystkie następne. Po czym znów wracam do niej, zawiedziony i tymi następnymi. Wynikałoby z tego, że powinienem być posłuszny porządkowi alfabetu, a więc ustalonej kolejności liter, bo być może to jedyny porządek, który jest w mocy doprowadzić mnie do celu, jaki sobie wyznaczyłem. Drugi taki porządek to kolejność liczb: jeden, dwa, trzy, cztery i tak dalej. Zastanawiam się nawet, czy to nie jedyne porządki, którym można jeszcze zaufać. Zwłaszcza jeśli chce się wierzyć w sprawczą rolę porządku. A chciałbym. Na tym zresztą oparłem przekonanie co do powodzenia mojego zamiaru. Bo przecież gdy się dobrze zastanowić, zdumienie człowieka ogarnia, dwadzieścia kilka liter, w innych alfabetach mniej czy więcej, nie ma to znaczenia, a cały świat, jaki był, jaki jest, jaki będzie.
Przyświeca mi również za każdą podejmowaną próbą i taka nadzieja, że jeśli uda mi się przebrnąć przez tę pierwszą literę, znajdę sposób i na następne i będzie mniej nachodziło mnie wątpliwości, kogo zostawić, a kogo wyrzucić. Tej nadziei nie pozbawia mnie nawet to, że już sama litera A jakby dawała mi do zrozumienia, że porządek alfabetu jest umowny, kolejność liter w nim przypadkowa, jednej z drugą nic nie wiąże, tak że można by je dowolnie poprzestawiać, a nic by się nie zmieniło. Mógłbym zacząć od ostatniej czy od którejś ze środka lub bliższej początkowi czy końcowi, a niektóre nawet sobie darować, bo kto wie, czy w ogóle nie za dużo tych liter jak na jedno jakieś tam życie. No, tak, tylko jak inaczej uporządkować pamięć, której nie mogę przecież ufać, znając jej naturę. Jedynie ktoś, kto darzy się miłością własną, mógłby powierzać pamięci swoje życie. A nic innego nie mam, co by nią pokierowało prócz tego notesu.
Wprawdzie mam jeszcze listy Marii, sporo ich się zebrało przez te wszystkie lata, lecz czyby wystarczyły, żeby ogarnąć to moje życie? Niewykluczone, jeśliby się uznało, że znaczenie ma jedynie to, co najważniejsze. Tylko czy jakiekolwiek życie da się zmieścić w tym, co najważniejsze? I nie sądzę, aby do życia można zastosować hierarchię: najważniejsze, ważne, mniej ważne lub całkiem nieważne. To tak, jakby chcieć ustalić hierarchię ludzkich kalectw. Posłyszałem kiedyś taką rozmowę w pociągu, co by pan wolał, nie widzieć czy nie mówić. Okrutne i bez sensu. Ale w pociągu można usłyszeć najbardziej bezsensowne rozmowy. Zwłaszcza gdy się jazda dłuży, a zawsze się dłuży.
Ogarnąć życie. Znów nachodzą mnie wątpliwości, czy to w ogóle możliwe, czy ten zbiór przypadków, w którym mało co ma z sobą związek, jak te wszystkie imiona, nazwiska, adresy, telefony w moim notesie, jest skłonny poddać się naszej woli. Mimo to próbuję, ponieważ jednego jestem pewny, że to za mało tylko żyć. Bo to nie to samo żyć, a wiedzieć o tym. Nie dam głowy, na ile i ten mój notes jest wiarygodny. Ale w nim jest prawie wszystko, czego mógłbym się o swoim życiu dowiedzieć. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Przyznaję, o wiele skromniejszy przyświecał mi zamiar, gdy postanowiłem zrobić z nim porządek. Niestety, tak często bywa z zamiarami, że rozrastają się wbrew nam, wzbierają ponad oczekiwania, a niekiedy zbaczają z wyznaczonego im kierunku. Cóż to za notes, ktoś może zapytać. Zwyczajny. Z imionami, nazwiskami, adresami, telefonami lub bez telefonów. Każdy ma lub miał taki notes. Jeśli nie miał, może to uznać za szczęście, bo nie doświadczy i udręk. Ten mój w dodatku to szczególny okaz. Napęczniały do granic możliwości, w związku z tym opasany gumą, ponieważ nieraz mi się już rozleciał. Do tego nafaszerowany wizytówkami, tak że trzeba go mocno trzymać, gdy się tę gumę z niego zdejmuje. Łączy się to zawsze z niepewnością, czy się znów nie rozleci. Byłby dużo chudszy, gdyby nie te wizytówki, na dobrą sprawę mógłbym je usunąć, tym bardziej że i tak każda jest przepisana pod tą czy inną literą. Niestety, nie mogę pozbyć się przyzwyczajenia, że nie wiadomo, co się może przydać, toteż trzymam je w notesie. Nie wiem, skąd to przyzwyczajenie, jako że na ogół z trudem mi przychodzi do czegokolwiek się przyzwyczaić, w tym i do samego siebie.
Mówię, oczywiście, z przesadą, lecz zdejmowanie gumy z tego notesu to jakby rozładowywanie miny. Wymaga ostrożności, a także sposobu, aby nie wybuchł w rękach i nie rozleciał się aż poza biurko, na podłogę, bo i tak się zdarzało. Kiedyś tu nawet rozłożyłem koc na podłodze i na leżąco zdejmowałem tę gumę, zabezpieczając swoim ciałem ewentualny wybuch. Przypomniało mi się w związku z tym zdarzenie z czasów wojny, o którym ktoś mi opowiadał. Biegli żołnierze ścieżką przez pola i nagle pierwszy dostrzegł tuż przed sobą przyprószoną ziemią minę. Padł ciałem, dając się rozerwać, aby następnych uratować. Zacząłem się sam z siebie śmiać, bo przecież nie pamiętałem wojny. Stary koń, a śmiałem się tak jak chyba jedynie w dzieciństwie.
Bywało jednak, że i sam z siebie wybuchał, jako że najmocniejsza nawet guma traci z czasem sprężystość, parcieje, aż nadchodzi taki moment, że nie wytrzymuje już ciśnienia, kto wie, czy nie również tych wszystkich zapisanych imion, nazwisk, adresów, telefonów, a nie tylko samych kartek, wizytówek, i to mimo że od dłuższego czasu nikogo w nim nie zapisuję, gdyż pod żadną literą nie ma już choćby skrawka miejsca. Muszę natomiast nierzadko do niego zaglądać, a to uciążliwe, tym bardziej że za każdym razem towarzyszy mi obawa, czy się znów nie rozleci.
Uciążliwość to tym większa, że ilekroć szukam jakiegoś nazwiska, adresu, telefonu, często przedzieram się przez wszystkie nazwiska, adresy, telefony, od początku do końca, w tym wszystkie wizytówki, jako że gdy mi się rozsypie, nie mam cierpliwości układać tego z powrotem według alfabetu, jak by należało. Tak że wiele kartek, wizytówek znajduje się nie na swoich miejscach. A nie powiedziałem może rzeczy najważniejszej, że z braku miejsca pod tą czy inną literą, właściwą dla danego nazwiska, zapisywałem je pod inną, gdzie dało się jeszcze wcisnąć.
Nic na to nie poradzę, że nie ma równowagi między literami, od których zaczynają się nazwiska. Nieraz mnie zastanawiało, skąd się bierze, na przykład, przewaga litery K nad literą E? Albo w czym litera M jest lepsza od litery O? Czyżby już w pierwszych literach naszych nazwisk kryła się jakaś zapowiedź? Tylko czego? No właśnie, czego? Przecież nie nazwiska popychają nasze życie. Chociaż komuś może tak się wydawać, nie wykluczam. Mógłbym nawet być przedmiotem czyjegoś żartu, że widocznie chciałem przyjść z pomocą tym skrzywdzonym literom, skoro tak nad nimi ubolewam. Dopóki jednak było to możliwe, starałem się być wierny porządkowi alfabetu, upychając nieraz na siłę czyjeś imię, nazwisko, adres, telefon nad, pod, między czy na marginesie maczkiem, aby nie pozbawiać żadnej litery jej należności. Tylko że teraz nierzadko muszę je odczytywać przez szkło powiększające.
Dawno więc powinienem zrobić porządek z tym notesem. Wiem. Pochłonięty jednakże interesami, nigdy nie miałem na to dość czasu, nie mam go i teraz. Wracam zwykle późno wieczorami z pracy, że nieraz nie chce mi się rozebrać, umyć, tylko jak siądę w fotelu, tak siedzę nawet do północy, a żeby chociaż z tego zmęczenia sen mnie chciał zmorzyć. Do tego dochodzą częste wyjazdy, nie mówiąc już o rozlicznych spotkaniach, których wymagają interesy.
Czy jednak brak czasu mnie tłumaczy? Przecież mógłbym przynajmniej w jedną, drugą wolną niedzielę czy w jakieś święta. Jest tych świąt niemało, a niedziel jeszcze więcej. Czy raczej boję się swojej bezradności, której doznaję, gdy zaczynam się zastanawiać nad tym lub innym nazwiskiem, zostawić, wyrzucić. Zwłaszcza że te, które nic mi nie mówią lub należą do umarłych, bardziej pobudzają wyobraźnię i dotkliwiej dręczą pamięć, niż te, które od razu mówią, kto jest kto lub był.
A skoro jestem przy tej literze A. Andruch S. Stefan, Szymon, Stanisław? Gdybym przynajmniej wiedział, jak brzmiało jego imię, może by się ktoś wyłonił. Czyżbym aż tak był pewny jego trwałości w mojej pamięci? I dla jakichż to szczególnych względów czy może wyjątkowego zdarzenia, które nas z sobą zetknęło? Powinienem go więc tym bardziej pamiętać. Bo dlaczego poprzestałem na tej pierwszej literze jego imienia?
W zapisywaniu imion, nazwisk, adresów, telefonów starałem się być skrupulatny i jeśli miałem najmniejszą wątpliwość lub nie byłem pewny, czy dobrze usłyszałem, prosiłem o powtórzenie. Nie było to zbyt uprzejme, lecz wolałem pewność niż uprzejmość. Z najdrobniejszego przecież błędu mogą wyniknąć nieporozumienia o trudnych do przewidzenia skutkach. Za przekręcenie nazwiska czy zamianę imienia ktoś może nie zechcieć podtrzymywania dalszych kontaktów, a źle zapisany adres nawet spowodować, że zawartą znajomość, choćbyśmy przypadli sobie do serca, musimy spisać na straty.
Niestety, takich nazwisk, które nic mi nie mówią, jest wiele w tym moim notesie. A chociaż przy każdym próbuję co nieco głębiej poszperać w pamięci, żadne z nich do nikogo mnie nie doprowadziło. Każde jakby zaklęło się w milczeniu, że stanowią już byty same w sobie, wyzwolone z czyjejkolwiek własności. Nasuwa mi się myśl, czy może tyle tylko zostaje po człowieku, a to i tak niemało w tym bezimiennym świecie, gdy ktoś zapisał jego imię, nazwisko, adres, telefon lub włożył między kartki w swoim notesie jego wizytówkę, chociażby nie towarzyszyła temu żadna pamięć.
Adamczak Remigiusz. Któż to mógł być? Powtarzałem kilka razy w myślach, Adamczak, Adamczak, jakbym go wywoływał z innego świata. I nic. Pustka. Nie zjawił się. A nie na początku go zapisałem, więc nie mogło to być tak bardzo dawno, żeby zdążył utonąć w mojej pamięci. Przyszedł mi jedynie do głowy właściciel sklepu wędliniarskiego, u którego kupowałem, znakomite zresztą, wędliny wyrabiane według starych, wiejskich receptur, bez ulepszaczy i konserwantów, normalnie wędzone czy, jak kaszanka, pieczone, jeśli ktoś lubi kaszankę.
Byłem jednym z pierwszych jego klientów. Mieszkałem wtedy niedaleko. I gdy wyszedłem pewnego dnia na spacer z psem, a ujrzałem szyld: Remigiusz Adamczak, wędliny własnego wyrobu, wstąpiłem. Odtąd, a było to kilkanaście lat temu, nawet gdy się wyprowadziłem z tamtego mieszkania, przyjeżdżałem po wędliny do niego, tak że mógłbym powiedzieć, zaprzyjaźniliśmy się. Po co więc miałbym zapisywać jego imię, nazwisko, adres, skoro wiedziałem, gdzie jego sklep.
Albo Ablewski Wojciech, któż on? Czyżby to ten jeszcze z liceum? Coś mi się zaczęło przypominać. Chyba siedział w ostatniej ławce, w środkowym rzędzie, często kryjąc się za plecami siedzących przed nim. A ponieważ siedzieliśmy po czterech w jednej ławce, wystarczyło, że przykulił głowę, gdy chciał być nieobecny. Raz matematyk, przygłuchy trochę, wodząc palcem, jak miał w zwyczaju, po nazwiskach, w dzienniku, wywołał go do tablicy, a ten krzyknął na całą klasę: nieobecny! Matematyk wywołał więc kogo innego, a on już do końca lekcji nie uniósł głowy znad ławki. Świetnie malował, innych przedmiotów nie znosił.
Od matury nie spotkaliśmy się już nigdy, jak z wieloma innymi, ani też słuch mnie żaden nigdy o nim nie doszedł, jak o wielu innych. No, i nie miałem jeszcze wtedy tego notesu. Zresztą nie przyszłoby nikomu do głowy zapisywać adresy, gdy się rozstawaliśmy. Żyliśmy w poczuciu tak bliskiej wspólnoty przez te pięć lat liceum, że klasa wydawała nam się najpewniejszym naszym adresem i na zawsze. Tego poczucia nie podważało nawet to, że rozjechaliśmy się w świat szukać dopiero swoich adresów. Może w przeżywających ostatnio rozkwit zjazdach koleżeńskich, w takie lub inne lecie, właśnie to poczucie daje znać o sobie. Jakkolwiek takie wzajemne odnajdywanie samych siebie z dawnych lat nie gwarantuje nam przecież, że to jesteśmy wciąż my i powinno raczej budzić obawy. Chociaż może również świadczyć o narastającym w człowieku zagubieniu w tym coraz ciaśniejszym, coraz bardziej niesprzyjającym naszej osobności świecie.
Nigdy jednak zawiadomienie o jakimś koleżeńskim zjeździe nie dotarło do mnie. Może dlatego że często zmieniałem mieszkania. Nie, nie ze względu na zmieniające się obowiązki czy zajęcia. Czasem kilka miesięcy, a czasem rok, dwa najdłużej, a każde mieszkanie zamiast się ze mną oswajać, zaczynało mnie uwierać jak ciasny kołnierzyk u koszuli, gdy się przybiera na wadze. Tak że bałem się potem zajrzeć do takiego mieszkania, wysyłałem więc kogoś co jakiś czas, aby sprawdził, czy nie ma dla mnie korespondencji, chociaż prócz matki, dopóki żyła, czy Marii któż by do mnie mógł pisać na prywatne adresy?
Zresztą i tak bym nie pojechał, gdyby jakimś cudem dotarło. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym komuś z tak dawnych lat spojrzeć w oczy, wziąć go w ramiona, powiedzieć, że tak bardzo się cieszę, nic lub niewiele się zmienił, poznałbym go nawet w tłumie. Bo to jakbym wziął samego siebie w ramiona, samym sobą się ucieszył, samemu sobie spojrzał szczerze w oczy i powiedział, że poznałbym się nawet w tłumie. Gdy z takim trudem rozpoznaje się człowiek w sobie.
Ów okrzyk: nieobecny! wydarł nieoczekiwanie z mojej niepamięci, że jego autor nazywał się nie Ablewski, lecz Rablewski, a więc nawet nie na literę A. Także na imię nie miał Wojciech, tylko Marek. A nazwisko Ablewski nic mi i tym razem nie powiedziało. Podobnie Arctowski Ksawery, Albinos Jan. Między Arctowskim a Albinosem, widzę, wpisałem jeszcze maczkiem Kozerską Agatę. Litera A nie jest najbogatsza w alfabecie, więc są jeszcze dwa nazwiska zaczynające się od innych liter, na szczęście wiem kto to. Natomiast nic mi nie mówi Kozerska Agata. Czy to nie jakaś przygodna, jednorazowa znajomość? Ale może z nadzieją na dalszy ciąg, bo przecież bym jej nie zapisał. Tylko kiedy to było, gdzie? Nawet jak wyglądała, nie umiem sobie przypomnieć. Blondynka? Chyba mylę ją z inną. Brunetka. Możliwe, lecz nie dałbym głowy. Musiałyby mi się przypomnieć przynajmniej jakieś szczegóły jej postaci, twarzy, a nic się nie chce przypomnieć. Wysoka, niska, szczupła? Jakby postanowiła na zawsze zniknąć z mojej pamięci. I trudno jej się dziwić, bo z pewnością nigdy się do niej już nie odezwałem. A mogła być dumna i też mnie wyrzuciła ze swojej pamięci, co byłoby o tyle łatwiejsze dla niej niż dla mnie, że to ja zapisałem jej imię, nazwisko, adres, telefon, więc to ja, jakby z tego wynikało, miałem zadzwonić.
Nie mogę sobie jednak wyrzucać, że nie pamiętam, z jakiego powodu wówczas nie zadzwoniłem. Gdybym teraz się na to zdobył, nie miałbym przecież pewności, czy to ona, czy nie pomyliłem jej z inną. Być może gdzieś tam w zakamarkach pamięci kryje się jakiś jej ślad. Tylko jak do niego dotrzeć? Gdyby przypomniało mi się chociażby zdarzenie, dzięki któremu się poznaliśmy. Czy niechby jakiś banalny, mało istotny szczegół. Powiedzmy, czy uśmiechnęła się, czy zachowała się obojętnie, gdy podawała mi rękę na powitanie, rzucając półszeptem imię, nazwisko. Lecz czy ta jej obojętność nie powiedziała mi więcej, niżby powiedział jej uśmiech? Czy dłużej pozwoliła przytrzymać swoją rękę w mojej, gdy ją w tę rękę całowałem? Czy na tej ręce miała pierścionek, jeden, dwa? Czy palce miała długie, paznokcie karminowe, bo takie paznokcie musiałyby zwrócić moją uwagę? Czy ciepło jej dłoni było cieplejsze niż mojej? Przywiązywałem i przywiązuję wagę do najbardziej niepozornych szczegółów. W nich się kryje o wiele więcej, niż można by sądzić.
Niewykluczone, że było to na jakimś przyjęciu, tylko u kogo i z jakiej okazji? Sporo było tych przyjęć i z różnych okazji, pomieszały mi się już, niektóre wybujały, inne się skurczyły, niektóre zrosły się z sobą, trudno byłoby je porozdzielać. Trzeba by mieć przynajmniej względne poczucie pewności, że to się zdarzyło na tym, a tamto na tamtym, na tym zaś nie mogło się zdarzyć, a na innym musiałem zaraz wyjść i wpadłem tylko na chwilę, aby się pokazać, że byłem, i spełnić przynajmniej w ten sposób obowiązek towarzyski. Zaraz, czy to nie było na imieninach u Kordaszewskiego? Gustaw miał na imię. No, tak, ale to nie mogłem zaraz wyjść. Nie darowałby mi. Był na tym tle drażliwy, czy każdy z zaproszonych gości przyszedł. Jeśli nie przyszedł, zrywał z nim. Wszystkie imieniny obchodził jak wesela. Inna sprawa, że prawie na każdych przedstawiał swoją nową panią. Kilka lat potem sprzedał firmę, sprzedał willę i wyjechał za granicę. Jego zagranicznego adresu nie mam. Mam tylko ten dawny, tutejszy. Tłum gości, gorąco, mimo że wszystkie okna pootwierane, a za oknami las. Poprosiłem ją do tańca, potem piliśmy szampana, a potem wyszliśmy się przejść. Księżyc świecił wręcz nachalnie na bezchmurnym niebie niczym wielki płat jasności zostawiony przez słońce, przygaszając wszystkie gwiazdy wokół. Taki księżyc budził zawsze we mnie jakiś nieokreślony niepokój. Kojarzył mi się z wyciem psów w dzieciństwie. Tylko czy to była ona? Nie, ona nie mogłaby mi zadać pytania:
– To co z nami będzie?
Tuż po zapoznaniu, tańcu i paru kieliszkach szampana takie pytanie? To musiałoby trwać dłużej. Na tyle długo, aby zdawać sobie sprawę, że takie pytania zwykle coś kończą. A może w jakiś sposób wymusiłem na niej, aby mi je zadała, bo czasem o takie pytanie coś trwa za długo. Więc tym bardziej nie mogła to być ona. I przecież nie odwoziłbym jej z przyjęcia do domu. Tylko czy to nie było kiedy indziej i gdzie indziej? Z tego wszystkiego pamiętam jedynie, że Matylda miała na imię. Mam ją zapisaną w notesie, lecz pod literą W. Chciałem powiedzieć jakiś komplement pod adresem jej urody i powiedziałem, że podoba mi się jej imię. Jakkolwiek podobać, podobały mi się prawie wszystkie imiona, w zależności do jakiej urody to czy inne było przypisane. Do niezwykłej urody nawet Klementyna pasuje, więc może miała Klementyna na imię, nie Matylda. A Matylda to jeszcze inna, chociaż nie pamiętam która. I czy to nie tamta właśnie powiedziała:
– Proszę mnie nie odwozić. Pił pan.
– Niech się pani nie obawia – powiedziałem. – Nie wypiłem dużo. A po alkoholu też prowadzę pewnie. Mam nawet bardziej wyostrzoną uwagę.
Co prawda, nie zdarzyło mi się prowadzić po alkoholu, może dlatego to zdarzenie tak dobrze pamiętam. Byłem i jestem rygorystą, jeśli chodzi o prowadzenie po alkoholu. Kiedy miałem ochotę się napić, zostawiałem samochód. Tym razem zaryzykowałem. Czyżbym na coś podświadomie liczył? Ale przecież nic o niej nie wiedziałem, nawet czy jest mężatką, rozwódką, wdową, panną. Ani gdzie mieszka. Gdy poprosiła gospodarza, żeby zamówił jej taksówkę, bo musi już iść, powiedziałem, że i na mnie czas, bo mam coś ważnego jutro, tak że chętnie ją odwiozę, proszę mi tylko podać adres.
– O, to niewiele muszę zboczyć, jadę w tę samą stronę – skłamałem.
Wymawiając mi, że piłem, w końcu się zgodziła. Trochę się dąsała potem, gdy się okazało, że mieszkamy po przeciwnych stronach miasta, a tylko dlatego się zgodziła, abym ją odwiózł, że niewiele miałem zboczyć. Mogła przecież wziąć taksówkę. Teraz ma wyrzuty sumienia. A jeszcze mówiłem, że mam coś ważnego jutro i muszę też wyjść. Uniosła rękę z zegarkiem pod oczy.
– Któraż to godzina? Niestety, nie widzę.
– Proszę tu spojrzeć – powiedziałem, wskazując na zegar w samochodzie.
– Boże, już trzecia dochodzi. Nic się pan nie prześpi.
– Na szczęście nic mnie jutro nie czeka. Chciałem panią tylko odwieźć.
– Kłamczuch – rzuciła niby oburzona.
A gdy już pod domem pomagałem jej wysiąść z samochodu, jakby z uprzejmości powiedziała:
– Może w takim razie wstąpi pan na herbatę, skoro jutro nic pana nie czeka.
Niedługo potem spotkaliśmy się na koncercie w filharmonii i w czasie przerwy przedstawiła mi jakiegoś mężczyznę:
– Mąż mój.
Usłyszałem jednak jakieś inne nazwisko niż tamtej nocy przy pożegnaniu, czy może się przesłyszałem. Wiadomo, jak się niedbale na ogół ludzie przedstawiają. Nie wiem zresztą, czy jej nazwiska nie przypisuję innej. W pewnej chwili, korzystając, że on odszedł przywitać się z jakimiś znajomymi, szepnęła mi:
– Nie dzwoń teraz do mnie. Rozwodzę się. Musimy przeczekać, aż będzie po wszystkim.
Coś jednak długo się rozwodziła, więc na tym się skończyło. Dzisiaj mam wątpliwość, czy w ogóle odnalazłbym ją w tym notesie pod jakąkolwiek literą. Bo nie jestem wcale pewny, czy to ona miała na imię Klementyna, więc gdzie miałbym jej szukać. Klementyna, co prawda, rzadkie imię, mógłbym zatem spróbować po imieniu. Tylko gdybym nawet znalazł jakąś Klementynę, czy byłaby to ona? Możliwe, że jej w ogóle nie zapisałem i na wszelki wypadek wolałem zapamiętać samo imię i telefon, co nieraz wystarczyło. Na pamięć zdawałem się i przy innych, które wyłaniają się dopiero przy okazji jeszcze innych nazwisk, innych zdarzeń, innych spotkań, rozmów, a czasami nawet narzucają się, egzekwując jakby w ten sposób prawo bycia w tym notesie, skoro były w moim życiu.
Jeśli chodzi o zapisywanie kobiet, z którymi coś mnie łączyło, starałem się być ostrożny i robiłem to zawsze z namysłem, czy warto, nieraz z góry wiedząc, że to i tak do niczego poważnego nie doprowadzi. Poza tym nie znoszę kolekcjonerstwa w tym względzie. Toteż wolałem nieraz zaufać pamięci, która teraz, po latach, przy okazji robienia porządku z tym notesem tak często mnie zawodzi.
Nieraz zastanawiałem się, czy nie odłożyć tego na późniejszy czas, gdy nie będę taki zagoniony, pochłonięty przez interesy, wtedy mógłbym się poświęcić już tylko notesowi. A najlepiej, gdy przejdę na emeryturę. Wtedy może nie sprawiałby mi tyle kłopotu, nie doprowadzał mnie ciągle do bezradności. Mając to życie już za sobą, mógłbym z większą rozwagą, nie szczędząc czasu, pomyśleć o każdym z tych imion, nazwisk, adresów, telefonów. Tylko że w moim przypadku niewielkie są szanse na to, abym kiedykolwiek przeszedł na emeryturę, bo nawet sobie nie wyobrażam, jak by miała wyglądać. Prędzej już padnę na polu chwały w czasie robienia porządku z tym notesem.
Nie przypuszczałbym, że taki zwyczajny zamiar może mnie przerosnąć. Niby cóż takiego zrobić porządek z notesem, ktoś by powiedział. I miałby rację. Porządkujemy przecież różne rzeczy, na robieniu porządków upływa nam czasem życie, jeśli wziąć pod uwagę te codziennie powtarzające się. Można by powiedzieć, że robienie porządków stanowi w jakimś stopniu o naszym poczuciu istnienia. Porządkujemy, co się tylko da. Fotografie, listy, książki, dokumenty. Trudno byłoby wymienić wszystko, co porządkujemy. Na przykład biurko, gdy narośnie na nim tyle, że nie ma gdzie łokci rozłożyć.
Rzeczy mają to do siebie, że lubią się zbierać, taka już natura rzeczy. W końcu nie wiadomo, kiedy ich się nazbiera, że każdy, chcąc nie chcąc, staje przed koniecznością zrobienia porządku, choćby z grubsza czy aby stworzyć przynajmniej pozory. No, może nie każdy. Zapewne jednak większość, gdy doliczyć także rzeszę tych, którzy jeśli nie mogą się na to zdobyć, postanawiają sobie, że kiedyś się zdobędą. Mają zatem coś w rodzaju poczucia winy wobec siebie, jak i wobec tych nazbieranych rzeczy.
Niejednemu na takim postanowieniu schodzi nieraz życie i jakkolwiek, na szczęście, to postanowienie zabiera z sobą do grobu, to, niestety, następcom swoim zostawia coś znacznie gorszego, bo całożyciowy nieporządek, skazując ich na błądzenie po omacku wśród tego, co zostawił, jeśli zostawił. Na przykład zostawił nieporządek w sprawach spadkowych, który będzie spadkobierców włóczył bez końca po sądach, doprowadzając najbardziej kochającą się rodzinę do takiej zapiekłości, że nie będą się chcieli znać.
Co prawda, historia nas poucza, że bywają o wiele groźniejsze porządki. Słowo porządek bowiem, gdy się nad nim zastanowić, jest na tyle pojemne i wieloznaczne, że wszystko się w nim zmieści. Do tego ma skłonność do rozprzestrzeniania się w nieskończoność, tak że może oznaczać również zamiar zrobienia porządku ze światem. A taki porządek budzi powszechny lęk. Historia jednak to za wysokie progi jak na ten mój notes. Chociaż kto wie, czy jakiegoś śladu lęku nie odnalazłoby się w każdym zamiarze zrobienia porządku. Wszystko ma przecież początek w przysłowiowej kropli wody, i kałuża, i ocean.
Weźmy takie fotografie, zbierają się i zbierają, zwłaszcza gdy ktoś lubi się fotografować, a któż nie lubi. To dzisiaj powszechna namiętność, rozbudzona przez dostępność aparatu fotograficznego, który jakby wyszedł naprzeciw narastającemu pragnieniu zatrzymania, chociażby na chwilę, upływającego życia, co jest przecież złudzeniem. Ale cóż lepiej niż fotografia podtrzymuje w nas takie złudzenia. Jeśli więc ktoś hołduje takim złudzeniom, powinien koniecznie od czasu do czasu zrobić porządek z fotografiami. Przede wszystkim podpisać na odwrocie, kto jest kto, od lewej ku prawej czy odwrotnie, kto w siedzącym rzędzie, kto w stojącym, gdy zdjęcie jest zbiorowe. I obowiązkowo zaznaczyć miejsce i datę. Także gdy na zdjęciu jest on sam. Niech nie liczy, że się będzie pamiętał. Będzie się pamiętał, dopóki będzie. I też nie jest pewne, czy będzie, bo z dawniejszymi zdjęciami i jego pamięć może sobie nie poradzić, czy to on aby na pewno. Bo cóż go z tym na zdjęciu, dajmy na to, niemowlęciem, dzieckiem czy młodzieńcem, tak niepodobnym teraz do niego, może łączyć? Nasz związek ze zdjęciami, zwłaszcza sprzed wielu lat, jest kwestią świadomości, nie czułości.
Zdjęcia niepodpisane z imienia, nazwiska, bez miejsca, daty zaprzeczają z czasem nie tylko pamięci, lecz także istnieniu tych, którzy na nich widnieją. Niby byli, bo przecież widzimy ich, lecz cóż z tego, skoro nie wiemy, kim byli, kiedy byli, więc nie jest takie pewne, że byli. Przyznaję, porządkowanie zdjęć należy do tych trudniejszych porządków, ponieważ dochodzi jeszcze to, że nie z każdym po latach, zwłaszcza po różnych zakrętach historii, chcielibyśmy się widzieć na jednym zdjęciu, tym bardziej w przyjaznych relacjach.
Ale także te najłatwiejsze porządki mogą nam przysporzyć niemało kłopotów. Takie buty, ubrania, zbierze się tego przez lata, że szafy pękają. Albo krawaty. Moda biegnie przez krawaty w przyspieszonym tempie. Były niedawno wąskie modne, już są modne szerokie czy odwrotnie. Były w kropki modne, teraz w paski. Kiedyś w ostrych kolorach, teraz przygaszonych czy też odwrotnie. I tak wiszą jeden na drugim, że już większość zatraciła pamięć, gdzie, kiedy, który i przy jakich okazjach, niechby najważniejszych, miało się na szyi. No tak, tylko że u podstaw każdego porządku leży decyzja, co zostawić, co wyrzucić. A to nie takie proste.
Powie ktoś, przesadzam. Być może. Czynię to jednak nie bez powodu. Aczkolwiek przyznaję, są i tacy, co wręcz kochają robić porządki i robiliby je jak najczęściej. U niektórych potrzeba robienia porządków przekracza często granice zdrowego rozsądku. Podejrzewam, że rekompensują jakieś niespełnienia lub też doraźne braki satysfakcji. Nie można jednak wykluczyć, że pozbywając się z taką łatwością nieprzydatnych rzeczy, nabierają poczucia przewagi nad otoczeniem, a być może i nad własnym życiem, któremu w inny sposób nie są w stanie sprostać.
Znam oczywiście i takich, którzy, mówiąc najoględniej, nie przepadają za porządkami i robią je niezwykle rzadko, jedynie w sytuacjach konieczności, a najczęściej nie robią wcale. Taka postawa ma również godne wyrozumienia przyczyny. Wynika ze szczególnie osobistego stosunku do rzeczy. Zżywając się z rzeczami, poddają im się, aż w końcu rzeczy narzucają im swoją osobowość, zwalniając ich z samych siebie. Rzeczy ustanawiają ich świat, tak że nie odczuwają oni potrzeby uczestniczenia jeszcze w innym świecie. Niekiedy takiemu związkowi z rzeczami zawdzięczają w ogóle poczucie istnienia.
Chociaż i te najzwyklejsze, codzienne porządki właśnie przez codzienną powtarzalność wyrabiają w nas rytm, który to rytm kieruje nami, jakby poza naszą wolą, chęcią czy pamięcią, tak że wydawałoby się, nic to nas już nie kosztuje. A jednak zdarza się, że nieoczekiwanie doznajemy dziwnego zakłócenia owego rytmu i zaczynamy odczuwać trudną do przezwyciężenia udrękę. I jeśli akurat zmywamy naczynia, najchętniej wytłuklibyśmy wszystkie talerze, talerzyki, spodeczki, filiżanki, szklanki, kieliszki, a garnki, patelnie, łyżki, noże, widelce powyrzucali.
Nie dajmy się więc zwieść zwyczajności, niesie z sobą takie samo ryzyko jak każdy porządek. Naturalnie, różne to może być ryzyko, w zależności od tego, co porządkujemy, bo to nie my, lecz porządkowane rzeczy określają stopień tego ryzyka. A z rzeczami nigdy nie wiadomo. Rzeczy potrafią się zbuntować, wywołując niekiedy nieprzewidywalne skutki. Siła tego buntu bywa nieraz taka, że poruszy całym naszym życiem, budząc nawet to, co wydawałoby się w nas już poza pamięcią.
Kto wie, czy nie tak właśnie jest i z tym moim notesem. Chociaż cóż taki notes? Rzecz praktyczna, potrzebna, żeby móc się poruszać między ludźmi, a nie po omacku. Więc gdzieś się musi ich zapisywać, skoro połączyły nas z nimi jakieś trwalsze czy mniej trwałe nici, czy choćby tylko przecięły się nasze drogi w ciągu życia, zwłaszcza jeśli to życie płynie już dość długo. Nade wszystko różni krewni, kuzyni. Każdy ma przecież jakichś krewnych, kuzynów, niektórzy licznych, mieszkających tu, tam, często rozrzuconych po świecie. A niechbyśmy utrzymywali z nimi jedynie sporadyczne, życzeniowo-świąteczne czy życzeniowo-imieninowo-urodzinowe kontakty, to ich imiona, nazwiska, adresy, telefony, zapisane w notesie, przypominają nam o tej najskromniejszej, żeby nie powiedzieć, rytualnej powinności, bez której zatracilibyśmy pewność, że to jeszcze krewni, kuzyni.
Albo weźmy przyjaciół. Tych co prawda ma się najmniej. Do tego w miarę upływu czasu wykruszają się, a nowi coraz rzadziej, z coraz większym trudem przybywają, jako że przyjaźń jest owocem wymagającym długiego dojrzewania, ta najtrwalsza rodzi się przeważnie w młodości, kiedy to jeszcze z radosną ufnością otwieramy się na ludzi, bo później narasta w nas nieufność, która prowadzi do wniosku, że prawdziwa przyjaźń powinna przechodzić próbę wieczności.
A znajomych? Tych zwykłych znajomych, których, wiadomo, ma się najwięcej. To od nich puchną nasze notesy, to oni powodują, że trzeba je potem opasywać gumą. Oczywiście, że w słowie znajomy mieści się nieskończona skala różnych znajomości, od takich, co zbliżają się ku przyjaźni, po dalszych i coraz dalszych, i całkiem dalekich, z którymi gdzieś tam kiedyś zetknęliśmy się w podróży, na urlopie w górach, nad morzem, w kraju, za granicą, gdziekolwiek, i mając nadzieję na trwałą znajomość, a może i na przyjaźń, jako że tli się w nas do samego końca ów płomyk tęsknoty za przyjaźnią, zapisaliśmy ich, a oni nas. Niestety, ta pełna nadziei znajomość nim zapuściła korzenie, uschła.
Czy takich, którzy stali się naszym znajomymi, żeby tak powiedzieć, jednorazowo. Zetknęła nas jakaś sprawa, kogo do kogo nieważne, a po jej załatwieniu czy niezałatwieniu nigdy już nie mieliśmy z sobą kontaktu. Czy wreszcie takich, których imiona, nazwiska, adresy, telefony, nie wiemy nawet, jak się znalazły w naszym notesie, co dowodziłoby, że nasza pamięć dawno ich się pozbyła. Lecz jakby na przekór pamięci, a może dla uzmysłowienia nam wyższości takiego notesu nad pamięcią i zachwiania wiarą, jaką zazwyczaj pokładamy w pamięci, zachował się ów ślad po nich na dowód, że mieli tam kiedyś, przelotny, bo przelotny, udział w naszym życiu. Tak że moglibyśmy się obejść bez tego. Rozsądek więc nakazywałby ich wyrzucić.
Tylko co to jest ów tak powszechnie zachwalany rozsądek? Rozsądek, na przykład, nakazuje mi wyrzucić z notesu umarłych, bo do czego mi oni? Tym bardziej że wciąż ich przybywa. Tylko, niestety, przyznając rację rozsądkowi, nie potrafię mu uczynić zadość. Niekiedy gdy natrafiam na kogoś takiego, a choćby od wielu lat nie żył, mam poczucie, że gdybym zdecydował się go wyrzucić, musiałbym się zmierzyć z jego życiem, które przeszło przez śmierć, a więc o tyle jest bogatsze od mojego. Moje, mógłbym powiedzieć, jest wciąż na dorobku. Czasem nawet mam wrażenie, że ci wszyscy umarli z mojego notesu chcą dalej doświadczać tego, czego ja doświadczam, że radują się moimi radościami, smucą moimi smutkami, płaczą moimi łzami. Dzięki temu wciąż żyją. Nie jest to takie nieprawdopodobne, gdyż jeśli chcemy czegoś od umarłych, a chcemy, to działa tu prawo wzajemności życia i śmierci. Czego my moglibyśmy od umarłych chcieć? O, to wystarczy wyobrazić sobie, że jesteśmy pozbawieni umarłych. Do kogo moglibyśmy się wówczas odwołać, gdy pobłądzimy w swoim życiu? Tak naprawdę umarli pracują na nas do końca naszych dni, a umierają dopiero wraz z nami. Potrzebujemy nieustannie ich obecności, aby nas dręczyli czy, lepiej, darzyli tym najtrudniejszym dla człowieka doświadczeniem, które jest dopiero przed nim, bliżej, dalej, lecz nie do uniknięcia, jako że poprzez ich śmierć uczymy się i własnego umierania.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to wszystko zawracanie głowy, bo taki notes to już przeżytek, kiedy mamy komputer, internet czy chociażby telefon komórkowy. Taki telefon komórkowy nie stwarza problemów ani z żywymi, ani z umarłymi. Tam człowiek to tylko informacja. Informacja zdezaktualizuje się, przyciskasz: usunąć? Usunięto. Jakby się odplunęło. Z notesem znacznie gorzej. Nawet gdy poprzebierasz, powyrzucasz, przepiszesz do nowego, to starego szkoda będzie ci spalić. Pomyślisz, a nuż się kiedyś przyda. Może pamięć twoja o kogoś się upomni i będziesz chciał zajrzeć, kto to był. Kogóż to skazałeś na niebyt? Może nie zasłużył na to? I zaczniesz zmuszać wyobraźnię, na ile to możliwe, aby odwołała go z niebytu.
Niechby to nawet nie był on pod tym imieniem, nazwiskiem, adresem, telefonem, nic ci nie mówiącymi. Nie da się przecież sprawdzić, on, nie on, bo jak? Wyobraźnia jest z natury niesprawdzalna. Toteż kogokolwiek by przywołała, byłby i tak w jego imieniu. Ale czy to taki rzadki przypadek, że ktoś jest w czyimś imieniu? Na dobrą sprawę każdy z nas jest w czyimś imieniu, kim nie jesteśmy, jesteśmy bowiem jedynie wyobrażeniami samych siebie. Do tego ciągle zmieniającymi się, w zależności od takich, innych okoliczności, zdarzeń, czasu, mody, konwencji czy nawet własnych kalkulacji. Jesteśmy nie do uchwycenia w jakiejś stałej formie.
Kto wie, może każdy byt, a tym bardziej człowiek jest z istoty wielobytem, konsekwencją tej niekończącej się mnogości wyobrażeń siebie.
Mówi się, co prawda, być sobą. Mówi się w zuchwałym przekonaniu o stałości naszego ja. Powtarza to każdy. Lecz być sobą tak naprawdę nic nie znaczy. Aby być sobą, trzeba być kimś, to znaczy wiedzieć, kim się jest. A jak możemy to ustalić, zagubieni wśród ciągle zmieniających się wyobrażeń siebie? Pragnienie poznania siebie jest tylko daremnym błądzeniem pośród tych wyobrażeń. Być może nawet czymś w rodzaju tęsknoty za sobą, rozpaczy za sobą, ale też ustawiczną ucieczką od siebie w nasze o sobie wyobrażenia.
Powie ktoś: a pamięć? Czyż nie jest strażnikiem naszego ja? Czyż nie zapewnia nam poczucia, że to my, nie kto inny? Czyż nie scala nas, nie nadaje nam znamienia? Otóż nie radziłbym ufać pamięci, jako że pamięć jest podległa naszej wyobraźni, więc nie może być wyrocznią prawdy o nas. Tak naprawdę kim jesteśmy, zawdzięczamy wyobraźni. A wyobraźnia nigdy nie idzie w parze z pamięcią, nie odróżnia prawdy od szaleństwa.
Nie mówiąc już, chociaż może się to wydać niedorzeczne, że nie mieścimy się we własnej pamięci. Pamięć jest nieledwie cząstką naszej przestrzeni. A jak rozległa to przestrzeń, nie wiemy. Czasem sny ujawniają nam jakiś jej skrawek, czasem objawia się w jakichś nieokreślonych przeczuciach, w przypływach, odpływach wiary, niewiary w sens, bezsens istnienia, w pragnieniach nie wiadomo czego, jakby tę naszą przestrzeń wyznaczał nieustający lęk. Przed czym? Każdy z pewnością pomyśli, przed śmiercią. Otóż nie. Tym nieustającym lękiem napawa nas to, że jesteśmy, a nie jesteśmy w stanie sprostać temu, że jesteśmy. Wielkie to brzemię sam dla siebie człowiek.
Toteż ilekroć zabierałem się do zrobienia z tym notesem porządku, doznawałem zawsze bezradności. A wydawać by się mogło, że wystarczy podjąć postanowienie, no, i kupić nowy, mniejszy notes. I kupowałem raz, drugi i trzeci, a postanawiałem jeszcze częściej. W rezultacie nadal posługuję się tym wysłużonym, opasanym gumą, mimo że gdy do niego zaglądam, czasem pęka. A ze znalezieniem nowej gumy, na tyle mocnej, aby go była w stanie jak najdłużej utrzymać w całości, są coraz większe kłopoty. Znajomy w warsztacie samochodowym naciął mi kiedyś cały pęk ze starej dętki motoroweru, na długo mi wystarczyły. Mam jeszcze kilka, może do końca wystarczą.
Staram się rzadko z niego korzystać, a już nigdy przy kimś. Wstyd byłoby komukolwiek go pokazać. Wzbudziłby śmiech czy dał powód do żartów, to jeszcze bym zniósł. Gorzej, że przez taki notes mógłbym stracić zaufanie. A zaufanie podstawowa rzecz w interesach. Chociaż nie jestem wyjątkiem. Nie ma człowieka, moim zdaniem, który by czegoś nie ukrywał. Czy dolegliwości, czy niepowodzeń, czy niesnasek w rodzinie, długo można by wymieniać, nawet odstępstw w swoim wyglądzie od swoich wyobrażeń, które próbuje naprawić lub zamalować, ale i nie wszystko da się. Tak i ja nie pokazuję nikomu tego swojego notesu. Nie trzymam go też w biurze, sekretarki lubią zaglądać do biurek szefów, gdy ich nie ma. Nie noszę go również przy sobie, nie zmieściłby się w żadnej kieszeni. Gdy gdzieś wyjeżdżam, wkładam do aktówki, torby czy walizki, zamykanych na kod.
Bo zawsze go z sobą zabieram, powoduje mną bowiem nadzieja, że wieczorem w hotelu może uda mi się przejrzeć jedną czy drugą literę i dokonać przynajmniej wstępnego wyboru, kogo wyrzucić, kogo zostawić. Ułatwiłoby mi to potem przepisanie tych pozostawionych do nowego notesu, tak że nie musiałbym się ponownie nad nikim zastanawiać ani wydzierać z niepamięci. A dużo mnie to kosztuje, gdy trafiam na nazwiska, które nic mi nie mówią, na adresy, które nie mają jeszcze kodów, a ulice, jak by należało przypuszczać, zmieniły odtamtąd nazwy, jako że ulice najbardziej poddają się zbiorowym namiętnościom, wywołanym czy to zawirowaniami historii, czy zawirowaniami przekonań, albo telefony, które nie mają numerów kierunkowych, ba, bywają jeszcze cztero-, pięciocyfrowe lub w ogóle ich nie ma.
Cóż się zresztą dziwić, kupiłem ten notes bardzo dawno temu, kiedy po rzuceniu studiów dałem się matce namówić na naukę krawiectwa u krawca Radzikowskiego. Przedtem, jeszcze w liceum, miałem maciupeńki notesik poświęcony tylko Marii. Adres jej znałem na pamięć, więc nie musiałem go nigdzie zapisywać. Do dziś zresztą pamiętam, Armii Czerwonej 16 mieszkania 4. Obecnie jest Świętej Jadwigi, numery domu, mieszkania te same. Postanowiłem porobić piórkiem na każdej stroniczce tego notesiku miniaturowe, żartobliwe rysuneczki i wręczyć Marii z okazji jej zbliżających się urodzin. Niestety, nie udało mi się go zapełnić, więc odłożyłem do jej imienin, które wypadały w grudniu. Ale po wakacjach wyjechałem na studia, a na studiach gdzieś mi się ten notesik zapodział. Z rysuneczków, które pamiętam: Maria nad zeszytem obgryza obsadkę, Maria w papilotach po umyciu głowy, Maria w wannie zanurzona po szyję w pianie, Maria stoi na stole z łapką na muchy, lecz mucha ucieka z sufitu, Maria w letnim sandale i w drugim bucie zimowym, patrzy na swoje nogi i puka się w czoło, Maria przy kuchni coś smaży, przypaliło jej się, dym bucha z patelni, Maria biegnie do szkoły, a książki, zeszyty wypadają jej z tornistra, wiatr zrywa Marii beret, biegnie za nim, lecz beret ucieka, Maria ze skakanką, zaplątały jej się nogi, Maria na huśtawce rozbujana pod niebo, Maria na sankach, wywróciła się, Maria na łyżwach, pada na lód, Maria roześmiana od ucha do ucha, Maria kocia mama, z kotką i czworgiem kociąt na podołku, Maria pokazuje komuś język, czyżby mnie?
Odnalazłem ten notesik, dopiero gdy pakowałem się do wyjazdu po rzuceniu studiów. Leżał przywalony w stercie szkiców, notatek. Potem znów mi gdzieś zginął i już nigdy go nie znalazłem. Możliwe, że zostawiłem go w pociągu, kiedy wracałem do domu. Pamiętam, miałem, o dziwo, miejsce siedzące i w czasie jazdy wyciągnąłem go z torby. Być może chciałem zobaczyć, ile jeszcze zostało niezarysowanych w nim kartek, a może i sprawdzić, czy wzbudza we mnie tę samą radość jak kiedyś, gdy z piórkiem w ręku siedziałem nad nim i przerysowywałem Marię z wyobraźni na karteczki w różnych sytuacjach, jakie mi tylko przychodziły do głowy. Nie czułem jednak, aby po tych kilku latach, które upłynęły, stać mnie było na takie żartobliwe rysuneczki.
Ten notes, który opasuję gumą, kupiłem w sklepie papierniczym, mieszczącym się wówczas po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko zakładu krawca Radzikowskiego. W nocy zerwała się okropna burza i prawie do samego rana lało. Tak że z ulicy zrobiła się rzeka, tyle że stojąca. Aby przejść na drugą stronę, trzeba było iść do samego rynku, gdzie dopiero woda się kończyła, przejść na drugą stronę i tamtą stroną wrócić do sklepu. Tak się działo po każdej ulewie. Nieraz straż ogniowa musiała odpompowywać, aby nie podmyło stojących przy ulicy domów. Taka była ta nasza mieścina. Nie przeszkadzało to jednak nikomu mówić: miasto, do miasta, na mieście, w mieście.
Sprzedawca popatrzył na mnie i wyciągnął ten notes, który dotąd mam.
– Wolałbym mniejszy.
– Mniejszych nie ma.
I nawet próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek były mniejsze. Wie, że te są za duże, bo nie idą. Ale przywieźli, to wziął, bo wszystko trzeba brać, co przywiozą. Przywiozą asortyment, co nie powinien się znaleźć w sklepie papierniczym, lecz bierze, inaczej sklep byłby pusty. O, ma pan i sznurówki do butów, grzebienie, wałki do włosów, wstążki, tasiemki, haftki, zatrzaski, igły, nici, grzechotki dla dzieci, czasem nawet lizaki przywiozą i nie weź pan, to potem połowy towaru panu nie przywiozą. Wziął więc i te notesy, teraz żałuje. Bo po co tu komu takie notesy? Wszyscy się znają, wiedzą, gdzie kto mieszka i jakoś nikt jeszcze nie zbłądził. Bo ile ma pan tu ulic? Mogłyby się nawet nie nazywać, a każdy by trafił. I zaczął mi wyliczać, ulica po ulicy. Albo jest tu rubryka i na telefony, a kto tu ma telefon. I znów zaczął mi wyliczać: jest w urzędzie miasta, w ośrodku zdrowia, na komendzie, na stacji, straż pożarna ma, w szkole chyba jest, bo powinien być, a wszystkie i tak łączą się przez pocztę.
Po czym jakby zaczął mi się uważniej przypatrywać, kogo to mam zamiar zapisywać i po co. W takim dużym może nie starczyłoby tu ludzi, nawet gdybym wszystkich spisał. Stanowczo za duży, odradzał mi, nie zmieści się panu w kieszeni marynarki. Na szczęście nie byłem w marynarce, więc nie mógłby sprawdzić. A mimo coraz dociekliwszych pytań, nie zdradziłem mu swoich zamiarów, bo i prawdę mówiąc, sam ich jeszcze nie znałem. Nie wiedziałem, kogo będę w nim zapisywał, nikt mi taki nie przychodził do głowy. Wpisałem jedynie Marię, chociaż biłem się z myślami, wpisać ją, nie wpisać.
Nie pamiętam, co sobie wyobrażałem, kupując ten notes, bo wcale się nie zmartwiłem, że taki duży, chociaż chciałem mniejszy. Być może podświadomie wierzyłem, że sam z czasem przyciągnie wszystkie te imiona, nazwiska, adresy, telefony, które będą miały udział w moim życiu. Ale kto wie, czy nie kryła się we mnie i rozpacz, że oto skazałem siebie z własnej woli na samotność i postanowiłem tę samotność czymś wypełnić.
Niekiedy mam wrażenie, że to poczucie samotności towarzyszyło mi odtamtąd, mimo że notes powoli się wypełniał, i towarzyszy mi ono do dziś, kiedy już jest tak pełny, że opasuję go gumą, bo podobnie jak wtedy wciąż nie mogę odnaleźć w nim siebie. A co gorsza, ilekroć podejmuję próbę zrobienia z nim porządku, nachodzą mnie wątpliwości, po co to robię. Czy pusty, czy pełny i tak mnie przecież w nim nie ma. Tak że gdybym połowę lub więcej tych imion, nazwisk, adresów wyrzucił, dalej by mnie nie było. Patrzę pod literę K i nie widzę swojego imienia, nazwiska. A przecież biorąc pod uwagę, że tak często zmieniałem adresy, cała ta litera K powinna być zapełniona. Nie ma mnie i pod żadną inną literą. Jeśliby więc zdarzyło się, że zgubiłem ten notes, a ktoś go znalazł, nie wiedziałby, komu oddać. I dlaczego taki notes miałby ustanawiać moje życie? Z jakiego tytułu miałby decydować, kim jestem? Czy niechby kim się sam sobie wydaję? Zaraz. A może jestem tylko ja? W tych wszystkich imionach, nazwiskach, adresach, telefonach ja, ja, ja. Tylko gdzie miałbym siebie szukać? I czy nie byłaby to gra? Jaka? Jak zawsze o siebie z sobą. Gramy przecież w różne gry o siebie, i przez całe życie. Obmyślamy reguły w zależności od potrzeb. Gdyby tak się dało skodyfikować te wszystkie reguły, może byśmy nawet uzyskali jakiś przybliżony obraz, kim jesteśmy. Lub odwrotnie, jeszcze bardziej oddalilibyśmy się od siebie, bo przecież nie ma gry bez ryzyka. Coś wiem na ten temat, grywałem przez lata w pokera. Gramy nie tylko w drobnych sprawach, gramy i o nasze uczucia, nasze myśli, nasze słowa, a bywa, że o wszystko, jak prawdziwi hazardziści i jak prawdziwi hazardziści jakże często blefujemy.
Jeden jest wszakże warunek w takiej grze, jakiekolwiek byłyby jej reguły. Musielibyśmy się zaprzyjaźnić z sobą. I od razu nasuwa się pytanie, to znaczy z kim? Każdy jest przecież czymś w rodzaju zbioru obijających się o siebie ułomków, wypalonych niczym meteory, których nic z sobą nie łączy, pogasłych nadziei, marzeń, zetlałych pragnień, zaprzepaszczonych uczuć, kłamstw podszywających się pod prawdy i prawd podszywających się pod kłamstwa, a wszystko to niezdolne choćby krążyć wokół wspólnej osi.
Czyżby zatem jedynie ten notes podtrzymywał jeszcze we mnie jakie takie poczucie stałości w świecie, którego rytm wyznaczają już tylko konwulsje, co objawia się choćby w naszych ciągłych niepewnościach, nerwicach, depresjach, w obumieraniu w nas instynktu przywiązania, że uwierają nas już wszelkie związki, a jednocześnie nie umiemy sobie poradzić z naszą samotnością. Przeganiamy się więc z miejsca na miejsce w złudnej nadziei, że to nam coś pomoże, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób stajemy się coraz bardziej bezwolną cząstką konwulsyjnego świata.
Kim jesteśmy, to nie znaczy, czego doświadczyliśmy, przez jakie radości, troski, rozpacze przeszliśmy, przez jakie marzenia, pragnienia, niespełnienia, rozczarowania, zawody. Lecz na ile to wszystko przybliżyło nas do zrozumienia, czym jest nasz los. Los nie jest nam bowiem dany z tytułu urodzenia, dane nam jest tylko życie. Los natomiast to zdolność wyobrażenia sobie naszego życia w wymiarach przeznaczenia. A to bardzo trudne i może nie każdego na to stać.
Miałem niedawno sen, że wszystkich zapisanych w tym notesie zaprosiłem na swój jubileusz. Zamierzałem takim to sposobem uwolnić się wreszcie od nieustającej bezradności, jakiej doznawałem przy podejmowaniu decyzji, kogo zostawić, a kogo wyrzucić. I postanowiłem zdać się na nich, niech się sami wybiorą, kto ma być zostawiony, a kto wyrzucony. Przyjdzie, zostawię i przepiszę do nowego notesu, nie przyjdzie, wyrzucę, skoro sam tego chciał.
Znalazłem się w wielkiej hali po upadłej fabryce rowerów. Ktoś się zdziwi, bo przecież jubileusze odbywają się zazwyczaj w okazałych salach teatrów, oper, filharmonii, hoteli, klubów, w pałacach, zamkach. To prawda. Lecz widocznie zaważyło to, że nosiłem się z zamiarem kupienia takiej fabryki, przewidując szybki wzrost popularności rowerów wobec coraz bardziej zatłoczonych samochodami ulic. Oczywiście konieczne byłyby nowe inwestycje w wyposażeniu, urządzeniach, park maszynowy wydawał się przestarzały i wyeksploatowany. Trzeba byłoby też zakupić zagraniczne licencje na nowe modele rowerów. Suma, której żądano, nie była wygórowana. Sprawa jednak rozbiła się o długi, jakie ciążyły na fabryce, a zwłaszcza o utrzymanie dotychczasowego zatrudnienia, a to było niemożliwe.
Przyszedłem jak gdyby za wcześnie, bo chociaż hala była pusta, to nieposprzątana, niezamieciona nawet, wszędzie leżały ramy, kierownice, koła, siodełka, pedały, przekładnie, łańcuchy, tu i tam jakiś w połowie złożony rower, prócz tego skrzynki, pudła, bele folii do pakowania, natomiast przygotowań do jubileuszu ani śladu. A według mego życzenia miały być stoły ustawione przez całą halę w kilku rzędach, nakryte białymi obrusami i oczywiście suto zastawione. Dałem nawet spis alkoholi. Na stołach koniecznie świece w zabytkowych srebrnych lichtarzach, a świece zielone. Kelnerzy obowiązkowo w białych smokingach i ciemnych spodniach, stojący w pogotowiu za oparciami krzeseł. A nim pierwsi goście mieli się pojawić, prosiłem o zgaszenie trupich fabrycznych lamp i zapalenie świec. Taki półmrok, miałem nadzieję, przyćmi trochę tę obskurną halę i wprawi wszystkich w dobry nastrój, tak że może nawet nie zorientują się, gdzie są. Zwłaszcza gdy zaczną pić, jeść, wznosić toasty, rwać się do przemówień.
Nagle w przeciwnym końcu pojawił się ktoś w roboczym niebieskim kombinezonie, w ochronnym kasku na głowie i krzyknął ku mnie tubalnym głosem:
– A pan co tu robi?! Strajk ogłosiliśmy?!
– Jak to?! Przecież tu ma się odbyć mój jubileusz?! – odpowiedziałem mu równie głośno, aby doszło to przez halę do niego.
– A to zobaczymy, kto wygra! – odkrzyknął mi jeszcze głośniej i zarechotał gromko, aż jego rechotanie potrząsnęło halą.
I ze wszystkich drzwi, a nie zauważyłem dotąd, że tych drzwi jest tak dużo, zaczęli wdzierać się na halę jacyś ludzie, a właściwie te drzwi jakby ich wypychały, bo mimo że pracowali barkami, łokciami, brzuchami, nogami, nie byli w stanie o własnych siłach wydostać się z tłoczącej się naraz ciżby. Przerażony, przeniosłem wzrok w górę, a tam z wysokiego przeszklonego sufitu inni spuszczali się na linach, co przypominało desant z wojennych filmów. Nie dość na tym, niektórzy wychodzili z podziemi, lecz nie mogłem dostrzec którędy, bo tłum już zbierał się wokół mnie. Stałem oniemiały, nie rozpoznawałem żadnej znajomej twarzy. Jedynie po ubiorach domyślałem się, którzy są którzy. Którzy robotnicy, bo w niebieskich kombinezonach, w kaskach ochronnych na głowach, ten i ów w nausznikach chroniących przed hałasem, którzy kelnerzy, bo w białych smokingach i ciemnych spodniach, a którzy prawdopodobnie zaproszeni przeze mnie goście. Jakkolwiek te wszystkie ubiory wydawały mi się najwyraźniej mylące, jakby nikt nie był tym, w co był ubrany. Żadne jednak nazwisko, które by chciał potwierdzić mój notes, nie przychodziło mi do głowy, że to ten lub tamten, ta lub tamta. Niektórzy byli nawet we frakach, w śnieżnych koszulach lub przynajmniej w wizytowych garniturach, muszki, krawaty, a kobiety w długich sukniach, niektóre z perłami na szyjach czy brylantami jakby powpinanymi w odsłonięte dekolty. A co mi tym bardziej kazało podejrzewać, że coś tu jest nie tak z tymi strojami, gdy jakaś niezwykle wytworna dama z obnażonymi do pasa plecami, a piersiami niemal do sutek, rzuciła się w ramiona jakiemuś robotnikowi, a ten przytuliwszy ją, zdjął kask z głowy i przełożył na jej głowę. A inna, klepnięta w pośladek przez innego robotnika, uśmiechnęła się z wdzięcznością, promiennie. Na to jakiś nieduży gość we fraku, chudzina, uniósł potężną, obfitą robotnicę i zaczął huśtać ją w ramionach niczym niemowlę, rozbawiając gęstniejący tłum.
Niestety, nie miałem z sobą notesu, wstydziłem się go zabrać i ten wstyd odczuwałem tak boleśnie, że nie miałem wręcz odwagi rozglądać się po tym tłumie za kimś znajomym, jakbym bez tego notesu, bez sprawdzenia pod tą czy inną literą, kto jest kto, nie miał prawa do nikogo się przyznać ani też nikt do mnie. Tymczasem tłum zaczynał mnie ze wszystkich stron otaczać coraz gęściejszym pierścieniem, tak że nie miałem się nawet gdzie wycofać pod jego naporem, niektórzy już się o mnie ocierali, ugniatali moje bezwolne ciało. Robiło mi się coraz duszniej, coś mnie w gardle dławiło, najwyraźniej strach. Zacząłem gorączkowo myśleć, jak się wydostać, lecz ten strach czułem i w głowie, jak zjada moje myśli. Aż raptem ta wielka hala zaczęła wirować, a ja wraz z nią. Usłyszałem tylko, że ktoś krzyknął z tego wirującego tłumu:
– Powiedz pan coś!
A za nim tu i ówdzie zaczęto pokrzykiwać:
– Powiedz pan coś! Powiedz pan coś!
Tylko co, co? Że urządziłem ten jubileusz, aby się z nimi po latach spotkać? Byłoby to kłamstwo, bo mało z kim chciałbym się po latach spotkać. Na szczęście ktoś jakby zrozumiawszy moją sytuację, zawołał:
– Jak ma coś mówić, kiedy go nie widać?! Musiałby na czymś stanąć! Dajcie tu rower, niech wyjdzie na rower!
I ponad głowami ukazał się rower, ktoś przedzierał się do mnie z tym rowerem przez tłum. Unieśli mnie i posadzili na siodełku Chwyciłem za kierownicę, postawiłem nogi na pedałach, a ze wszystkich stron mnie podtrzymywali, abym nie stracił równowagi.
– Nie siedzieć, stanąć na siodełku! – zagrzmiał ktoś. – Weźcie go tam, wznieście!
Ale już zacząłem pedałować, a coraz szybciej, coraz szybciej. I pedałując, ile sił w nogach, a powietrza w płucach, wyrywając się z rąk tych, którzy mnie podtrzymywali, wzbiłem się ponad głowy. Uniosłem się na siodełku, stanąłem na pedałach i pochylając się niemal płasko nad kierownicą, chociaż rower trząsł się, skakał po tych głowach niczym po szczerbatym bruku, zdołałem uciec.
Zapadał zmierzch, kiedy zajechałem pod dom matki. Siedziała jeszcze na kamiennych schodkach, jak lubiła za życia siadywać, gdy w ogródku rozkwitały róże. Postawiłem rower przy parkanie, pchnąłem furtkę, lecz chyba mnie nie zauważyła, bo rękami ogarniając kolana, ze spuszczoną nad tymi kolanami głową, wydawała się, jakby zastygła na zawsze już na tych schodkach. Zrobiłem kilka niepewnych kroków w jej stronę i dopiero gdy stanąłem tuż przed nią, spojrzała na mnie niemym wzrokiem.
– Nie poznajesz mnie? – spytałem.
– To ty? – niedowierzanie zabrzmiało w jej cichym głosie. – Boże, jakżeś się to zmienił. – I nagle ożywiła się. – Musisz głodny być.
– Nie jestem głodny. Jadłem przed chwilą.
– To dobrze, bo nie miałabym ci co dać. Chciałam ci jajecznicy usmażyć, toś wszystkie jajka pogniótł.
– Bo powinny być w prawej kieszeni.
– W prawej, w lewej, co za różnica.
– Nie o różnicę chodzi. Żałuję, że nie rozumiesz.
– A kto by tam ciebie zrozumiał. Matka, a też cię nigdy nie rozumiałam.
Trudno i mnie jest do dziś zrozumieć, choć zdarzenie było błahe. Przyjechałem niespodziewanie, a nie powiedziałem jej od razu, że rzuciłem studia. Spostrzegłem jednak, że poprzez radość z mojego przyjazdu przeziera w jej oczach niepokój. Ale nie pytając mnie o nic, sięgnęła od razu po patelnię.
– Musisz głodny być.
– Nie.
– Jak, nie widzę, żeś głodny? Idź, przynieś jajka, usmażę ci jajecznicy. O, długo.
I wysłała mnie do chlewika, który mieścił się w szopie pod osobnym daszkiem. Było tam coś w rodzaju stryszka, gdzie kury, podfruwając po szczeblach drabinki, właziły znosić jajka.
– Tylko wchodź ostrożnie – upomniała mnie – żeby drabinka się nie obsunęła. Mało co tu kiedyś nie spadłam. Nie zbierałam jeszcze dzisiaj, to powinno być kilka. Tak się zarazy przyzwyczaiły, że tylko tam noszą. Muszę kwokę na nowe nasadzić, może będą inne.
Wyszedłem trzy szczeble i lewą ręką trzymając się drabinki, prawą tuż na brzegu wymacałem gniazdo z jajkami. Wybierałem ostatnie po jednym i równie ostrożnie wkładałem do prawej kieszeni marynarki. Marynarka była sztruksowa, brązowa, a po jej obu bokach naszyte duże kieszenie. Skoro lewą ręką trzymałem się drabinki, a prawą wybierałem jajka, musiałem je wkładać do prawej kieszeni, nie mogło być inaczej.
– Ile masz? – spytała, gdy stanąłem w progu.
– Pięć.
– O, to pojesz sobie. Wkroiłam ci i boczku.
Boczek skwierczał już na patelni. A na stole nakrytym serwetą leżał chleb, masło, nóż, widelec, solniczka, talerz.
– Daj – rzuciła w pośpiechu.
Sięgnąłem do prawej kieszeni i ręka mi nagle zmartwiała, a w gardle poczułem ucisk. Jajek nie było.
– Coś tak zbladł? – zaniepokoiła się. – Pewnie z głodu. Tak to jest na studiach. Nie dojesz, nie dośpisz, tylko nauka i nauka. Wszyscy studenci są tacy bladzi. No, daj.
– Nie mam.
– Jak nie masz? Mówiłeś, że pięć.
Zmiąłem prawą kieszeń w garści, że o mało jej nie oberwałem z marynarki. Widząc to, najspokojniej w świecie powiedziała:
– Może w lewej masz? Zobacz w lewej.
Włożyłem niepewnie rękę do lewej kieszeni i rzeczywiście były. Nie wiem, co mi się stało, wyciągnąłem pierwsze jajko i zmiażdżyłem je w dłoni, wyciągnąłem następne, zmiażdżyłem, wszystkie po kolei zmiażdżyłem.
– Zwariowałeś?! – krzyknęła. – Co ci teraz dam?!
– Bo powinny być w prawej! W prawej! W prawej!
– A niech ci będzie. Mam się jeszcze po śmierci z tobą sprzeczać? Zawsze dobrze chciałam dla ciebie. Ale może nie wystarczy chcieć dobrze. Chciałam, żebyś się na krawca wyuczył, ale też nie wiem, czy dobrze chciałam. Tyle, że miałbyś zawód na całe życie, bo szyć będą zawsze. I Radzikowski dobry był krawiec.
– Nie szyje już.
– Jak to? A przecież nie nastarczył z szyciem.
– Uszył już wszystko, co miał do uszycia.
– Boże, a chyba nie tak dawno umarłam.
Wypuściła z rąk kolana i zobaczyłem, że w jednym ręku coś trzyma. Wydało mi się, że to książeczka do nabożeństwa, lecz o cóż by się po śmierci modliła?
– Siądź przy mnie – powiedziała. Nawet się trochę przesunęła, chociaż na schodkach było sporo miejsca i miałbym gdzie usiąść. – Pamiętasz, szukałam tych listów, kartek dla ciebie i znalazłam notes ojca. – Zaczęła przewracać kartki. – Niedużo tu nazwisk, adresów, ale nie żył długo. Mógłbyś przepisać do swojego.
Zmierzch przechodził z wolna w wieczór, wzeszedł księżyc, a ona kartka po kartce przewracała w tym notesie ojca. Czułem coraz większy chłód, ciągnący od kamiennych schodków. Odsunąłem się nieznacznie od niej, bo chciałem niepostrzeżenie odejść. Lecz gdy się unosiłem, przytrzymała mnie za rękę.
– Posiedź jeszcze. Nie uciekaj od matki. Szkoda, że tego notesu za życia nie znalazłam. A tyle się naszukałam. Cały dom obszukałam. Z łóżek sienniki wyrzuciłam, zmieniłam słomę. Na półkach między bielizną. Myślałam, że w którymś z jego garniturów. Ale nie zostawił żadnego. Na strychu, w piwnicy. Przyszliby robić rewizję, tak by nie przeszukali. Jest w tym jego życiu trochę i mojego. Mógłbyś sobie przepisać. O, doktor Zybert, dobry lekarz, przydałby ci się.
– A po co mi wasze życie? – żachnąłem się.
– Ty myślisz, że życie od ciebie się zaczyna?
W tej samej chwili zadzwonił telefon. Jeszcze wpół śpiący sięgnąłem po słuchawkę i usłyszałem jakby znajomy a nieznajomy głos. Mietek czy Witek rzucił, ale tak niewyraźnie, że nie byłem pewny, Mietek czy Witek.
– Cześć. Chciałem cię przeprosić, że nie byłem na twoim jubileuszu. Ale wróciłem dopiero w nocy z zagranicy. Mamy kłopoty z mięsem. Konkurencja nie przebiera w środkach, podkupuje prowizjami, łapówkami, stosuje dumping, ceny lecą na łeb, na szyję. Rzeźnie na pół gwizdka robią, chłodnie zawalone. Pamiętasz, kiedyś po mięso stało się w kolejkach. Szlag by to jasny trafił. Świat zwariował, albo za dużo, albo za mało. Nie utrafisz. A właściwie to ile ci stuknęło? Na zaproszeniu nie pisało. Chyba ci jeszcze brakuje. Co, nie chce ci się żyć, że tak przyspieszasz? Prawda, czasy nie najlepsze. Tylko ci powiem, gdybyś tak wszystkich spytał, co dotąd żyli, nikt by ci nie powiedział, że żył w dobrych czasach. Czasy miej, stary, gdzieś. Żyj, jak ci pozwalają, tego i tobie, i sobie życzę. Gdyby nie to, że się od czasu do czasu poświętuje, gorzej by się żyło. I zobacz, jak wszyscy świętują, indywidualnie, zbiorowo. „Titanic” tonął, a orkiestra grała. Słyszałeś taką piosenkę? To ci przy okazji dam płytę. Niedługo będą stypy za życia urządzać. Może i dobrze, bo po cholerę komuś stypa, kiedy go już nie ma. Być tylko okazją, żeby ktoś się nażarł, uchlał? Nie masz pojęcia, jak żałuję. Poszalelibyśmy trochę. Należy nam się coś od życia, żeby wiedziało, że nie na darmośmy żyli. Wyobrażam sobie, jak było. Pewnie dupy nie najgorsze, jak cię znam. Pocieszyłaby która. Jak to, nie miałeś żadnego jubileuszu? No, a zaproszenie? O, leży tu przede mną. Czekaj, spojrzę. Gdzie, cholera, się podziało? Jan Romaniuk, Adolf Niemczyc, Zbigniew Zarubiński, to przecież nie ty. Tyle tych zaproszeń przychodzi, że głowa już boli pójść, nie pójść. Też nie to. Nie ty przecież jesteś Aleksandrzak, bo na tego sukinsyna bym nie poszedł. Wyobraź sobie, jak mnie w wała zrobił. Nie będę cię zresztą dłużej trzymał, bo i mnie się spieszy. Znajdę, to jeszcze raz zadzwonię. Przyjmij tymczasem gratulacje. Wszystkiego na lepszego. Pieprzyć wszystko. Żyjemy, bracie, i to najważniejsze.
Wyrwany brutalnie z tego snu, nie byłem pewny, czy nie śni mi się dalej, przy tym oszołomiony potokiem słów, w który ledwo udało mi się wcisnąć, że nie miałem żadnego jubileuszu. Zadzwoniłem do kierowcy, żeby nie przyjeżdżał po mnie, ale też bez przekonania, czy to jeszcze mi się nie śni, bo dlaczego miałbym nie pojechać do pracy.
Mieszkałem wówczas poza miastem. Do biura miałem około pięćdziesięciu kilometrów. Wynająłem dom z ogrodem, w zacisznym ustroniu, tuż przy lesie, ze względu na matkę, ponieważ podupadła już całkiem na zdrowiu, a nie zgodziłbym się nigdy oddać jej do jakiegoś domu opieki. Był nawet taki dom w sąsiedniej miejscowości, nazywał się „Słoneczna jesień”. Zatrudniłem na stałe pielęgniarkę i lekarza na każde wezwanie.
Prawie dwa lata po jej śmierci jeszcze tam mieszkałem. O, bardzo długo jak na mnie. Dom nie był zbyt dobrze rozplanowany i mało przytulny. Podobał mi się jedynie strych, również mieszkalny, wybity cały jasnym drewnem, świerkowym. Miał cztery okna ze wszystkich stron, tak że nawet w pochmurne dni zdawał się przyciągać ukryte za chmurami słońce. Przy jednym z tych okien stało moje biurko. A tuż przede mną w mosiężnej misce leżał notes. Schodząc do salonu, zabierałem zawsze tę miskę z sobą, aby mieć go pod ręką.
Odpasałem z niego gumę i kartka po kartce, wizytówka po wizytówce zacząłem szukać Mieczysławów i Witoldów, że może któryś będzie współbrzmiał z tym głosem w słuchawce i tym sposobem uda mi się ustalić, kto to do mnie dzwonił z przeprosinami. Wyłowiłem trzech Mieczysławów i dwóch Witoldów, co do których miałem pewność, że ich znam
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
Ostatnie rozdanie 2019
Wiesław Myśliwski jest twórcą przywracającym wiarę w sens i wartość prawdziwej literatury. Jego powieści wynikają z głębokiej wewnętrznej potrzeby wyrażenia – i równocześnie poznania – prawdy o ludzkim losie, przeznaczeniu, przemijalności, pamięci, miłości, sensie istnienia. O tym – choć nie tylko o tym – mówi jego powieść Ostatnie rozdanie, kolejne prozatorskie arcydzieło, na...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book
e-book · audio