1
2021
Martin przeszedł na emeryturę przed piętnastu laty, a od dziesięciu mieszkał w małym Storlien po szwedzkiej stronie, dwa kilometry od norweskiej granicy. Co drugi czwartek jeździł do Trondheim, jedynego prawdziwego miasta w promieniu stu kilometrów.
O dziesiątej wsiadał do czterdziestoletniego citroëna cx, wkładał kasetę do radioodtwarzacza i słuchając muzyki, sunął powoli na zachód. Przejazd E14 wraz z dojazdami zajmował mu zwykle około dwóch godzin, chyba że czwartek poprzedzał albo wypadał w dni wolne. Wtedy rezygnował z wyjazdu, bo na zakupy do tańszej Szwecji ciągnęły karawany Norwegów i przejazd mógł trwać dwa razy dłużej.
Do Trondheim jeździł, bo tęsknił za miastem, które było jego naturalnym środowiskiem. Storlien było tylko osadą sportów narciarskich i ożywało na kilka miesięcy w roku. Trondheim, mimo dwustu tysięcy mieszkańców, nie miało charakteru miejskiej metropolii, a poza letnim sezonem sprawiało nawet wrażenie wymarłego. Martin nie miał jednak żadnego wyboru, więc żeby uzasadnić swoje wyjazdy, znalazł dobry powód. Lubił ryby i owoce morza.
Zjeździł niemal cały świat i gdziekolwiek był, próbował lokalnych specjałów. Jadł kiszonego rekina na Islandii, rybę fugu w Japonii, marynowanego jesiotra w Astrachaniu, trepangi w Szanghaju, rybę Świętego Piotra nad Jeziorem Galilejskim, Janssons frestelse w Szwecji, więc oficjalnym powodem czwartkowych podróży do Trondheim stał się targ Ravnkloa, na przystani Szpon Kruka. Nad brzegiem rzeki Nidelvy, gdzie od lat przybijały kutry rybackie i statki pasażerskie. Nie było to Fisherman’s Wharf w San Francisco, ale zawsze coś. Pachniało morzem i to Martinowi wystarczało.
Storlien zakrywały chmury i panował w nim lekki mróz. Prószył śnieg, więc wyciągi jeszcze chodziły, ale w Trondheim był piękny słoneczny dzień, dziewięć stopni na plusie, i pojawiły się pierwsze pąki. Wiosna na norweskim wybrzeżu przychodziła dużo wcześniej niż w górach po szwedzkiej stronie. Tak miało być i w tym roku, a był to pierwszy czwartek kwietnia po pandemii.
Martin zaszczepił się już kilka tygodni wcześniej, ale postanowił pozostać na kwarantannie do czasu, aż władze oficjalnie ogłoszą zakończenie pandemii, co właśnie się stało. Toteż po roku samoizolacji postanowił po raz pierwszy wybrać się do Trondheim i zrobić zakupy w Ravnkloi.
Bawiła go myśl, że zarządza sobą w tak naiwny sposób, jakby nie mógł wyzbyć się zawodowych nawyków, ale czuł, że te proste postanowienia, jakie sobie wyznaczał, podtrzymywały jego sprawność intelektualną i wypełniały czas, którego miał w nadmiarze.
Samochód zwykle zostawiał przed targiem i jeśli pogoda pozwoliła, podpierając się laską, szedł na spacer. Zawsze tą samą drogą, szeroką Munkegatan do gotyckiej katedry Nidaros i z powrotem. W jedną stronę po jednej, a w drugą po drugiej stronie ulicy.
Siadał na ławce przed katedrą i przez kilkanaście minut w pamięci wymieniał każdego z pięćdziesięciu siedmiu apostołów, świętych stojących na fasadzie, zaczynając od proroków Abrahama, Samuela i Izajasza, a kończąc na Świętym Franciszku z Asyżu. Uczył się tych rzeźb przez prawie dwa lata, aż w końcu opanował je bezbłędnie. Mimo że był ateistą, każdego świętego czy apostoła poznał osobiście i mógł ze szczegółami opowiedzieć jego historię. Satysfakcję sprawiała mu świadomość, że przeciętny chrześcijanin potrafił rozpoznać ledwie kilku ze swoich przewodników.
Kiedy pierwszy raz zobaczył katedrę Nidaros, odniósł wrażenie, jakby był w pobliżu rodzinnego Canterbury, i to uczucie towarzyszyło mu za każdym razem, gdy siadał na tej ławeczce. To było miłe doznanie. Wprawdzie nie miał w sobie kropli angielskiej krwi, ale czuł się częścią historii Wielkiej Brytanii.
Od targu Ravnkloa do Nidaros było nieco ponad osiemset metrów, więc żeby przejść tę odległość w obie strony o lasce, Martin potrzebował czterdziestu pięciu minut. Kilka lat wcześniej miał artroskopię lewego kolana, a rok później otrzymał endoprotezę prawego stawu biodrowego, więc bóle ustąpiły, ale wcale nie zaczął chodzić szybciej.
Doskonale wiedział, że celebrowanie czwartkowych zakupów w Ravnkloi było mocno naciągane, chociażby dlatego, że określenie targ dla tego miejsca było mocno przesadzone. Po prostu był to sklep z rybami i skorupiakami z Morza Norweskiego, w którym przy kilku stolikach można było spróbować prostych potraw i obejrzeć wystawione obok morskie dziwadła.
Umówił się z Raymondem, że kiedy zniesione zostaną ostatnie ograniczenia, przyleci do Trondheim pierwszym samolotem i przygotują sobie ucztę, jakiej dotąd nie mieli. Obaj dawno skończyli siedemdziesiąt lat, więc Martin uważał, że należy im się szczególna nagroda za zdyscyplinowanie i wytrzymałość w czasie pandemii.
Samolot Raymonda z Londynu lądował na lotnisku Værnes o szesnastej, kiedy więc Martin wszedł do Ravnkloi, miał jeszcze w zapasie dwie godziny.
Zamknął za sobą drzwi, ściągnął czapkę, zatrzymał się i zaciągnął głęboko powietrzem. W Trondheim zawsze czuć było morze, ale w Ravnkloi dochodziła woń wędzonych ryb i krewetek i dopiero teraz naprawdę pachniało Norwegią.
– Martin! Good to see you my friend! – usłyszał znajomy niski głos z silnym obcym akcentem.
Spojrzał w prawo i za ladami wypełnionymi barwnymi owocami morza zobaczył uśmiechniętego Hasana. Martin podniósł rękę na powitanie.
– Jak się czujesz, Wim? – zapytał Hasan.
– Udało mi się uniknąć wirusa. Zaszczepiłem się już i jestem chyba bezpieczny. – Martin podał Hasanowi rękę. – Wracam do codzienności.
– Czyli co… Czwartki wracają?
– Tak. Tak jak wcześniej.
– Masz listę, Wim?
– Mam. – Wyciągnął z kieszeni kartkę i wręczył ją Hasanowi. – Mniej więcej to, co zawsze. Ale tym razem mam szczególną prośbę. Dzisiaj przyjeżdża mój przyjaciel, jego żona zmarła rok temu na wirusa i chcę go ugościć. Potrzebuję największego homara, jaki urodził się w naszych wodach. Rozumiesz, Hasan. Sprawa wyjątkowa. Wiem, że to nie sezon, ale może coś jednak masz.
Hasan zrobił poważną minę i spojrzał takim wzrokiem, że Martin od razu wiedział, że ma. Ruszył już w stronę basenu, gdzie zwykle trzymali żywe homary, gdy Hasan chwycił go za rękaw i pociągnął za sobą.
Weszli na zaplecze, gdzie znajdował się drugi basen. Hasan zapalił światło.
– Mają po trzy i pół kilograma – oświadczył z wyraźnym zadowoleniem. – Z nocnego połowu. Miały iść dzisiaj na licytację, ale sprzedam ci jednego, skoro masz wyjątkową sytuację. Poświęcimy go w podziękowaniu dla Allaha za to, że nas oszczędził i pokonaliśmy chorobę. Należy się twojemu przyjacielowi. – Uśmiechnął się, a równo przycięte cienkie wąsy podjechały w górę. – Duży jest. – Stuknął palcem w szybę, jakby chciał dać znać stawonogom, że trzeba się dobrze zaprezentować.
Martin poprawił okulary i opierając się na lasce, pochylił się nad basenem. Dwa szaro-granatowe wielkie homary ze szczypcami skrępowanymi czerwonymi gumkami siedziały na dnie. Poruszały tylko nerwowo czułkami, jakby wiedziały, jaki czeka je los.
– Piękne okazy! Pewnie są tak stare jak ja – rzucił z przekąsem Martin. – Chyba już na nie czas…
– Dorodne samce. Mocne pancerze i oba leworęczne. Dam ci dobrą cenę. Bierzesz?
– Biorę – odparł zdecydowanie Martin, chociaż wiedział, że Hasan weźmie od niego jak od bogatego biznesmena i dużo więcej, niż o tej porze roku zapłaciliby restauratorzy. Chciał jednak zrobić przyjemność Raymondowi, i sobie też. Cena nie miała znaczenia. Tylko taki homar może godnie uczcić zakończenie pandemii i żałobę Raymonda, pomyślał.
– Masz odpowiedni garnek? – zapytał Hasan. – Duży jest ten zbój.
– Mam. Przygotuj go, żeby wytrzymał do wieczora. Miękkie są czy twarde?
– Twarde, mówiłem, wytrzyma dłużej. Dam ci pojemnik, oddasz go następnym razem. Pamiętaj, żeby homara zahibernować wcześniej. Mogę go też dla ciebie zabić, jeśli chcesz.
– Oczywiście, pamiętam. Niech będzie żywy, bo może zjemy go później.
– To co? – rzucił wyraźnie zadowolony Hasan i skierował się do wyjścia. – Zjesz zupę? Nalać?
– Jasne! Tę, co zawsze.
– Usiądź, Wim. Zaraz ci podamy, a ja przygotuję twoje zakupy.
W sali sprzedaży przybyło klientów. Niektórzy przeglądali towar w lodówkach, kilka osób zajęło miejsca w restauracji. Martin odstawił laskę, zdjął kurtkę i usiadł w kącie przy oknie.
Przy stoliku obok siedzieli atrakcyjna blondynka i przystojny brunet, a naprzeciwko nich dwójka nastoletnich dzieci.
Dopiero teraz przypomniał sobie, że powinien sprawdzić telefon. Nigdy nie używał czegoś takiego jak smartfon i traktował to urządzenie podejrzliwie. Używał starej nokii 3310 bez internetu. Podniósł wyżej progresywne okulary i zmrużył prawe oko, żeby lepiej widzieć małe literki. Pół godziny wcześniej przyszedł SMS od Raymonda, który informował, że właśnie wsiada do samolotu. Martin sprawdził czas. Miał półtorej godziny.
Rozejrzał się po sali. Rodzina przy stoliku obok rozmawiała, ale z ust jej członków nie wydobywały się żadne dźwięki. Odruchowo docisnął aparat słuchowy w prawym uchu, ale nic się nie zmieniło. Pomyślał, że powinien był założyć swój nowy aparat, a ten zanieść do serwisu, skoro jest w Trondheim. Obiecał sobie, że zrobi to za tydzień, jak będzie odwoził Raymonda na lotnisko.
Wyjął aparat, docisnął pokrywę baterii i włożył z powrotem do ucha.
Rodzina przy stoliku obok rozmawiała po rosyjsku. Zaczął się przysłuchiwać. Po chwili Hasan postawił przed nim talerz norweskiej zupy rybnej z kawałkami dorsza i krewetkami, a w koszyczku dwa kawałki bułki czosnkowej.
Mężczyzna i kobieta zastanawiali się głośno, czy zamówić łososia, czy halibuta, z ziemniakami czy z frytkami, dzieci twardo obstawały przy hamburgerach z dorsza. To byli kulturalni ludzie, mówili czysto, ładnym i gramatycznym rosyjskim. Martin z przyjemnością słuchał na żywo miękkiego i śpiewnego języka. Codziennie oglądał rosyjskie programy telewizyjne i filmy, ale słyszeć żywy rosyjski to coś innego. Najchętniej przysiadłby się do nich i porozmawiał o tym, jak cudownie morze żywi człowieka, albo chociażby o lodołamaczu Krasin, o czymkolwiek, byle odezwać się do kogoś po rosyjsku.
Zupa była gorąca, więc mieszając łyżką, czekał, aż przestygnie, i przysłuchiwał się Rosjanom. Spojrzał przez okno. Przed wejściem stał zaparkowany land rover na rosyjskich tablicach.
Pięćdziesiąt jeden to Murmańsk – pomyślał zadowolony, odczytując kod. Wciąż pamiętam.
Po chwili Hasan obsłużył Rosjan, którzy przystąpili do jedzenia.
Martin skończył zupę i przez chwilę jeszcze podsłuchiwał sąsiadów, którzy wychwalali jedzenie.
Hasan dał mu znak, że zakupy spakowane czekają przy kasie. Podniósł się i miał włożyć kurtkę, gdy odwrócił się i zapytał płynnym rosyjskim:
– Przepraszam bardzo, że przeszkadzam. Państwo z Murmańska?
– Tak – odparła kobieta z uśmiechem.
– Spokojnej drogi – rzucił i też się uśmiechnął. Pokiwał do dzieci, które pozdrowiły go podniesionymi dłońmi.
– A pan? – zapytał mężczyzna.
– Ja… z Moskwy – skłamał i szybko dodał: – Do zobaczenia.
Odwrócił się i ruszył w stronę kasy.
Wiedział doskonale, że nie powinien zwracać na siebie uwagi, ale nie mógł się powstrzymać. Minęło ponad dziesięć lat, kiedy ostatni raz rozmawiał po rosyjsku. Właściwie przestał się już bać, że może mu to grozić śmiercią. W moim wieku, po pandemii – pomyślał z lekkim rozbawieniem. Nowi Rosjanie… Uśmiechali się zwyczajnie, miło, a nawet szczerze. Zmienili się – doszedł do wniosku Martin.
W kasie zapłacił astronomiczny rachunek, a Hasan zaniósł mu karton z zakupami do samochodu. Wrócił do sklepu i przyniósł pojemnik, w którym miał podróżować homar. Martin obiecał zwrócić go za tydzień, kiedy będzie odwoził przyjaciela na lotnisko, pożegnał się z Hasanem i wsiadł do swojego citroëna.
Do przylotu Raymonda zostało czterdzieści minut, czyli mniej więcej tyle, ile potrzebował, żeby dojechać do lotniska Værnes.
Poczeka, jakbym się spóźnił – pomyślał Martin. Ma dziadek teraz czas. No bo dokąd pójdzie staruch?
Dojechał jednak po godzinie, gdyż za miastem przebudowywano drogę i utworzyły się korki. Raymond zadzwonił, gdy tylko wysiadł z samolotu, i oświadczył, że będzie czekał grzecznie przed wejściem, więc żeby się nie spieszył, bo właśnie poznał atrakcyjną dziewczynę.
Kiedy Martin podjechał pod terminal, Raymond stał już na zewnątrz. Palił papierosa i rozmawiał z elegancką, drobną i krótko obciętą blondynką w grubych okularach.
Wrócił ostry Ray – pomyślał Martin z lekkim rozbawieniem, rozglądając się za miejscem do zaparkowania. Jak zwykle musi być blondynka, jakby nie było innych farb do włosów; nie może się chłop powstrzymać. Skurczył się chyba jeszcze o pół metra, a młodzi są teraz jak wieże, i ten jego obrzydliwy nałóg palenia papierosów. Myślałem, że rzucił po śmierci Giny, jak obiecywał.
Martin wysiadł z samochodu. Wyprostował się maksymalnie, wypiął pierś i bez laski ruszył w stronę Raymonda i kobiety.
– Nareszcie, przyjacielu! – rzucił, ale głos utkwił mu w gardle i nie powiedział jak zawsze: „Dobrze wyglądasz”.
Wychudzone, zapadnięte policzki i szara cera na wiecznie rumianej niegdyś twarzy zrobiły na nim przygnębiające wrażenie. Wyglądał gorzej, niż Martin się spodziewał. Tylko te same oczy, pobudzone alkoholem, błyszczały żywo i wesoło. Ray ciężko przeżył śmierć Giny, a on razem z nim. Martin patrzył na nowe wcielenie przyjaciela i poczuł, że czas gwałtownie przyspieszył.
– Drogi Martinie, poznaj panią Caroline Crowford – przerwał mu Raymond.
Czterdziestolatka w zielonym płaszczu wyciągnęła dłoń w rękawiczce.
– Caroline Crowford – przedstawiła się z prawdziwie rzadkim już angielskim uśmiechem.
Plac Senacki 6 PM
Niekwestionowany mistrz powieści szpiegowskiej powraca z zupełnie nowym thrillerem o narodzinach imperium Putina. Październik 1990 roku. Z bazy Zapadnaja Lica na dalekiej północy ZSRR wypływa najpotężniejszy okręt podwodny Dymitr Doński, dowodzony przez asa floty morskiej kapitana Golicyna. Jednostka ma na pokładzie ogromny arsenał atomowy, który może zachwiać równowagą sił...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book · audio
e-book · audio