Rozdział 1
Masa upadłości
1
ul. Argentyńska, Saska Kępa
Mrok nocy był głęboki, ale Chyłka nie potrafiła się w nim zanurzyć. Snuła się po mieszkaniu, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca i uważając, by nie obudzić śpiącego w sypialni Kordiana. To przysiadała w kuchni, przegryzając nerkowce, to szła do pokoju, by cicho posłuchać rockowych ballad. W końcu zaległa na kanapie z laptopem tylko po to, by po chwili przenieść się na fotel z niedokończoną książką. Czuła się jak zwierzę w klatce.
Jedynym plusem chemioterapii było to, że w jej trakcie Joanna sypiała bez problemu. Właściwie wystarczyło, żeby zrobiła kilka kroków, a od razu padała. Nawet podniesienie ręki wiązało się ze wzmożonym wysiłkiem.
Teraz, dwa miesiące po zakończeniu chemii, wciąż nie mogła przywyknąć do tego, ile miała sił. Ani do tego, że zaczynają jej odrastać włosy.
Chyłka odłożyła zbiór opowiadań Ferdinanda von Schiracha, będący jednym wielkim studium przestępców, i na moment zamknęła oczy. Niechętnie to przyznawała, ale przez ostatnie miesiące brakowało jej bezpośredniej styczności z tym, co wypełniało jej prawniczy krwiobieg.
Chciała wrócić do pokojów przesłuchań w aresztach śledczych, gdzie zgłębiała najmroczniejsze zaułki ludzkiej psychiki. Do sal sądowych, w których czekały ją sprawdziany nie tylko zawodowego kunsztu, ale też człowieczeństwa. I na dwudzieste pierwsze piętro Skylight, gdzie czuła się jak w domu.
Niebawem wróci. Miała jeszcze miesiąc urlopu, by dojść do siebie po ustawicznym wymiotowaniu, słanianiu się na nogach, traceniu włosów i odczuwaniu bólu właściwie przy każdej najmniejszej czynności. Potem zadba o to, by cały prawniczy świat sobie o niej przypomniał.
– Co robisz? – rozległ się głos z głębi pokoju.
Joanna otworzyła oczy i spojrzała na zaspanego Zordona, stojącego w progu sypialni.
– Zastanawiam się.
– Nad czym?
– Nad tym, czy plecy bolą mnie bez powodu, czy od dźwigania tego związku – odparła Chyłka, poprawiając się na fotelu.
Kordian potarł oczy, podszedł do niej i przysiadł na podłokietniku.
– Pomasować?
– Zwoje mózgowe sobie pomasuj, Zordon. Może się aktywują.
Pochylił się i pocałował ją w czoło, po czym przez moment jej się przyglądał. Znała doskonale ten badawczy wzrok. Oryński starał się ustalić, czy może zrobić cokolwiek, żeby poczuła się lepiej.
– Potrzebujesz czegoś? – spytał.
– Możliwości wprowadzenia się w stan wysokodurczokowy. Ale podobno jeszcze nie mogę.
Kilka miesięcy bez picia. I zasadniczo tyle samo bez palenia. Niedawno próbowała szluga, ale po pierwszym sztachu zrobiło jej się tak słabo, że chciała umrzeć. Planowała wkrótce odbić sobie tę abstynencję ze zdwojoną mocą.
– Kwestia czasu – odparł Oryński.
– Ehe.
– A nie? Wszystko ma swój koniec, szczególnie twoja wstrzemięźliwość.
– Wszystko oprócz banana, bo on ma dwa – odparła pod nosem i podniosła się z fotela. – Zresztą nie chce mi się wysłuchiwać tych twoich sentencjonalnych bzdur.
– Mówię tylko, że…
– Przestań mnie nękać, do cholery – ucięła. – I nie wiem, wybierz się na wegetariański odpowiednik jazdy na koniu czy coś.
– Hę?
– Na rower, Zordon.
Uśmiechnął się lekko i ruszył za nią do kuchni. Chyłka usiadła przy stole, a on zabrał się do parzenia zielonej herbaty ryżowej. Z jakiegoś względu w okresie abstynencji Joanna upodobała sobie właśnie genmaichę, choć nigdy wcześniej jej nie piła.
– Dochodzi północ – zauważył. – Niezbyt dobra pora na przejażdżkę.
– No i? Jaki to ma związek z tym, żebyś dał mi spokój?
– Żeby ci go dać, musiałbym najpierw go odebrać.
– Odbierasz nieustannie.
Podał jej herbatę, nastawił na elektronicznym zegarku trzy minuty i usiadł naprzeciwko niej.
– A mimo to humor ewidentnie ci dopisuje.
– Smutne ptaki też śpiewają, Zordon – zauważyła, mrużąc oczy. – Choć właściwie równie dobrze mogą krzyczeć z powodu lęku wysokości. Tak naprawdę nigdy się nie dowiemy.
Kordian wiedział, co mówił. Wracała do siebie. W ostatnim czasie miewała huśtawki nastrojów tak nieznośne, że sama nie potrafiła ze sobą wytrzymać. Brakowało jej chęci do życia i nie mogła odnaleźć w sobie pokładów energii, której zawsze miała w nadmiarze. Mimo to Zordon nigdy się nie skarżył, nawet nie wyglądał na poirytowanego – trwał przy niej i robił wszystko, by pomóc jej przez to przejść.
Kiedy jego zegarek cicho zapikał, Oryński wyjął zaparzacz z herbatą i podsunął jej kubek. W tym samym momencie z głośnika telefonu leżącego na stole dobiegły charakterystyczne riffy z Afraid to Shoot Strangers.
– Kto to? – spytał Kordian.
Chyłka zerknęła na nieznany jej numer.
– Najpewniej moja matka, ojciec albo inna kreatura ich pokroju, bo nikt normalny nie tarabani o tej porze.
– To może powinnaś…
– Wyrzucić telefon przez okno? Dobry pomysł.
– Ewentualnie odebrać.
Joanna prychnęła cicho.
– Nie zawraca mi się dupy przed dwunastą – oznajmiła.
– To się tyczy tylko południa.
– Teraz mam rozregulowany wewnętrzny zegar, Zordon. Powinni o tym wiedzieć. A jeszcze lepiej o tym, że skoro nie odbieram, kiedy dzwonią ze swoich numerów, to mam ich w dupie.
Komórka przestała grać, ale po chwili kuchnię na powrót wypełniły dźwięki jednego z najczęściej rozbrzmiewających w tym domu kawałków Iron Maiden.
– Może to jednak nie oni?
– A kto? Przypadkowy nastolatek, który chce mi powiedzieć, że on pożyje dostatecznie długo, żeby świętować sylwestra w dwa tysiące setnym roku, a ja nie?
Kordian podrapał się po głowie i skrzywił, jakby dopiero teraz się zreflektował, że faktycznie są już na świecie osoby, które tego doczekają.
– Twojej matki nawet nie ma w Polsce – zauważył. – A twój ojciec prędzej poszedłby na Łazienkowską w koszulce Polonii, niż dzwonił do ciebie w środku nocy.
Joanna zerknęła na telefon. Właściwie było w tym trochę prawdy.
Odebrała, nie podnosząc komórki ze stołu, a potem włączyła głośnik i nachyliła się nad ekranem. Nie odezwała się jednak słowem.
– Halo? – rozległ się delikatny kobiecy głos.
Chyłka rzuciła Oryńskiemu krótkie spojrzenie.
– To nie moja matka.
– I chyba też nie twój ojciec.
– Słucham? – spytała kobieta. – Przepraszam, dodzwoniłam się do mecenas Chyłki?
– Nie – odparła Joanna.
– Tak – sprostował Kordian. – Musi pani tylko uzbroić się w cierpliwość, jakby miała pani do czynienia z rozkapryszoną, rozpuszczoną, grymaśną i rozpieszczoną…
– Zordon.
– Tak, trucizno?
– Zakleszcz otwór gębowy – odparła Chyłka, a potem przysunęła telefon bliżej siebie.
Wydawało jej się, że kojarzy głos rozmówczyni, ale za nic w świecie nie potrafiła przypasować go do konkretnej osoby. Może jakaś stara znajoma? Albo któraś z klientek kancelarii, której Żelazny lub McVay dali jej prywatny numer?
– No tak… – odezwała się kobieta. – Słyszałam, że państwo są dość… ciekawi.
– Mhm – mruknęła Joanna. – Szczególnie ciekawi tego, kto i po jaką cholerę dzwoni do mnie po nocach.
– Alina Karaś – przedstawiła się rozmówczyni.
Chyłka zmarszczyła czoło. Znów dzwoniło w którymś kościele, ale nie wiedziała w którym. Spojrzała na Zordona i przekonała się, że on najwyraźniej od razu załapał, o kogo chodzi.
– Ta Alina Karaś? – spytał.
– Znam tylko jedną – odparła rozmówczyni. – Ale pani Joanna pewnie nie kojarzy.
– Jedyny karaś, którego kojarzę, to słodkowodna ryba z rodziny karpiowatych – rzuciła Chyłka. – I nie mów do mnie „pani Joanna”, bo czuję się, jakbym była przewodniczącą związku zawodowego starych landryn w lupanarze.
Kobieta na moment zamilkła.
– Może w takim razie „moja obrończyni”?
Głos Aliny był zdecydowany i twardy, ale doskonale współgrał z pewnym damskim powabem. Brzmiała jak osoba, która zawsze stawia na swoim, ale osiąga to tak, by druga strona sądziła, że dobrowolnie się na to godzi. Joanna doskonale znała takich ludzi – zazwyczaj zostawali albo zabójcami, albo posłami.
– Może najpierw powiesz mi, z kim mam do czynienia? – odparła.
Oryński podsunął jej swoją komórkę z wyświetlonym artykułem na Wikipedii.
– Jestem aktorką – wyjaśniła Karaś.
Joanna przesunęła wzrokiem po filmografii kobiety. Nie okazała się zbyt obszerna, ale sam artykuł był dość rozbudowany. Najwięcej miejsca zajmowały w nim informacje o pobocznej działalności – udziałach w programach rozrywkowych, kontrowersyjnych fotkach, bitych rekordach popularności i rozlicznych romansach. Jakiś wikipedysta z większym stażem powinien porządnie to przejrzeć, o ile oczywiście potrafiłby się skupić na czymś poza zdjęciem, które znajdowało się po prawej stronie.
Widniała na nim około trzydziestoletnia, zabójczo piękna kobieta w obcisłej czarnej sukience. Prezentowała swoje wdzięki na ściance i sprawiała wrażenie, jakby kręcił się wokół niej cały świat.
– Grałam w kilku dość znanych, dochodowych produkcjach i miałam główną rolę w serii o prawniczce. Pod przysięgą – dodała aktorka z pewną goryczą w głosie. – Naprawdę mnie nie kojarzysz?
– Gardzę polskimi serialami.
– Szkoda – odparła Alina. – Niektóre są naprawdę dobre. Szczególnie te oparte na książkach.
Chyłka oddała Kordianowi jego telefon.
– Dobra – rzuciła. – Czyli dzwonisz, żeby przekonać mnie do wykupienia sobie jakiegoś pakietu?
– Nie. Dzwonię, żeby ustanowić cię moją obrończynią.
– Jestem teraz na przymusowym chemioterapiourlopie.
– Wiem. Śledzę, co się z tobą dzieje.
Oryński popatrzył na Joannę z wyraźnym niepokojem. Mimo że głos kobiety był przyjazny, zbyt wiele razy słyszeli podobne deklaracje, by przejść obok nich obojętnie.
– Zdaję też sobie sprawę z tego, że zakończyłaś terapię dwa miesiące temu i jesteś teraz w remisji – ciągnęła Alina. – Oraz z tego, że zamierzałaś wrócić do praktykowania prawa nieco później.
– Dalej zamierzam.
– Zmienisz zdanie za jakieś pięć minut.
– Wątpię.
– To wejdź na mój fanpage na Facebooku.
– Liczysz, że porażona liczbą lajków uznam, że nie mogę przepuścić takiej okazji?
Karaś zaśmiała się cicho. Brzmiało to zupełnie szczerze, ale jeśli wierzyć artykułowi na Wikipedii, była całkiem niezłą aktorką. Zanim przebiła się do panteonu największych gwiazd, dostała garść nagród na niszowych festiwalach i występowała na deskach renomowanych teatrów. Najwyraźniej otoczka skandalistki, której później się dorobiła, nie wykluczała solidnego zaplecza.
– Liczę na to, że zmienisz zdanie z innego powodu – powiedziała po chwili.
– Jakiego?
Rozmówczyni nabrała głęboko tchu.
– Zaraz popełnię zbrodnię.
– Że co?
– Konkretnie tę z artykułu sto czterdziestego ósmego, paragrafu drugiego Kodeksu karnego. Chyba dobrze ci znanego.
Któryś z typów kwalifikowanych zabójstwa. Oczywiście, że Chyłka była z nimi doskonale zaznajomiona.
– Co ty pierdolisz? – rzuciła.
Kordian podniósł się z krzesła.
– Zabiję człowieka. Będę tłukła go dopóty, dopóki nie ustaną jego funkcje życiowe – odparła ze spokojem Alina. – I wszystko to będę transmitowała na żywo przez Facebooka.
Oryński nachylił się nad stołem.
– To jakiś chory żart? – zapytał.
– W pewnym sensie.
– Czyli?
– Żart z wymiaru sprawiedliwości, bo zaprojektowałam zabójstwo doskonałe.
– To chyba mamy inne pojęcie doskonałości – odparła Chyłka.
Karaś znów zrobiła głęboki wdech, jakby delektowała się wyjątkowo przyjemnym zapachem.
– Nie, mamy takie samo – powiedziała. – Znalazłam kruczek prawny. Nikt nie pociągnie mnie do odpowiedzialności.
– Jaki niby kruczek?
– Dowiesz się w swoim czasie. Teraz powinnaś wiedzieć tylko, że sąd nawet nie wyda wyroku, będzie zmuszony po prostu mnie wypuścić do domu. A ty będziesz osobą, która o to zadba.
– Słuchaj…
Zanim Joanna zdążyła dokończyć, aktorka się rozłączyła. Cisza w kuchni trwała jedynie przez moment.
– Dawaj laptopa, Zordon.
Oryński czym prędzej poszedł po komputer. Włączył go po drodze z sypialni i kiedy kładł go na stole przed Joanną, już wyświetlał odpowiedni profil. Alina Karaś rzeczywiście miała niemało obserwatorów – śledziło ją półtora miliona osób. I wszyscy mieli za moment zobaczyć live’a, który już był przypięty na samej górze strony.
– Co ona odwala? – odezwała się Chyłka.
– Nie myślisz chyba, że…
– Że zaszlachtuje kogoś na żywo? Nie. To jakiś happening albo nowy trend, który umyka mi tak samo jak urok rapujących dzieciaków z dobrych domów.
Przez moment milczeli, patrząc na czarny ekran i informację, że transmisja niebawem się rozpocznie.
– A może się czegoś naćpała? – podsunął Oryński. – I naprawdę ma zamiar kogoś zabić?
– A może ty się naćpałeś?
– Mówię poważnie.
– Ja też.
Nie miała zamiaru teraz poruszać tego tematu, ale była niemal pewna, że wbrew temu, co obiecywał, nie zmniejszył dawki przyjmowanych benzodiazepin.
– Tak czy owak, powinniśmy powiadomić policję – dodał.
– Raczej oddział psychiatrii na Bielanach.
Kordian pokręcił głową, a Chyłka zmrużyła oczy, patrząc na monitor.
– Artykuł trzysta czwarty, paragraf pierwszy Kodeksu postępowania karnego – powiedział. – Społeczny obowiązek zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa…
– Ściganego z urzędu – dokończyła Joanna. – Nie musisz cytować mi kapeku, Zordon.
– Czasem to na ciebie działa.
– Działa na mnie tylko Kodeks karny.
– To jeszcze lepiej – odparł, kładąc rękę na oparciu krzesła. Oboje wpatrywali się przed siebie, jakby czekali na premierowe wyświetlenie teledysku do długo wyczekiwanego singla ulubionego zespołu. – Bo tam też jest artykuł mówiący o bezwzględnym obowiązku zawiadamiania organów ścigania w przypadku zabójstwa.
Chyłka doskonale go pamiętała. Nie sądziła jednak, by miał zastosowanie w tym wypadku. Alina Karaś albo miała nierówno pod kopułą, albo wymyśliła teatralną inscenizację, dzięki której zamierzała narobić nieco szumu. Z krótkiego opisu na Wikipedii jasno wynikało, że wzbudzanie kontrowersji sprawia jej niemałą przyjemność.
– Dzwonię – powiedział Kordian. – Najwyżej się zbłaźnimy.
– Czyli dla ciebie nic nowego, ale dla mnie…
Urwała, kiedy czarny ekran został zastąpiony przekazem z kamery. Ustawiono ją przed dużym, niskim łóżkiem, na którym leżał mężczyzna w czarnych bokserkach i z przepaską na oczach w takim samym kolorze.
Jego ręce i nogi były przywiązane do drewnianych elementów łóżka, a on sam wyglądał na dość rozbawionego. I jeszcze bardziej pobudzonego.
– Widzisz? – rzuciła Chyłka, obracając się do Kordiana. – To jakaś chora gierka. Dziewczę zapoznało się z Blanką Lipińską i chce wprowadzić nieco urozmaicenia do szarej łóżkowej egzystencji.
– I potrzebuje do tego noża myśliwskiego?
Joanna natychmiast spojrzała na monitor. Aktorka pochylała się nad kamerą, ubrana cała na biało. Puściła oko wprost do obiektywu, a potem przyłożyła ostrze do gardła mężczyzny rozciągniętego na pościeli. Powiedziała coś, ale z głośników nie dobiegł żaden dźwięk.
– Daj głośniej.
Oryński sięgnął do trackpada i pokręcił głową.
– Nie ma fonii.
Alina szepnęła coś do ucha mężczyzny, a potem przyłożyła nóż do jego brzucha. Przesunęła po nim szybkim, zdecydowanym ruchem. Z rany natychmiast popłynęła krew, zalewając pościel i białe rękawiczki aktorki, a ofiara zaczęła się szarpać, jakby przypalano ją rozżarzonym węglem.
– O kurwa… – jęknęła Chyłka.
Karaś zaśmiała się, po czym znów przyłożyła ostrze do ciała mężczyzny. Przesunęła nim po szyi bez choćby chwilowego zawahania.
Dwoje prawników w całkowitym stuporze obserwowało wszystko, co robiła Alina. Pocięła szyję, twarz, klatkę piersiową, ręce i nogi mężczyzny, a potem, cała zakrwawiona, uniosła nóż nad jego kroczem. Opuściła sztych z impetem i kilkakrotnie poprawiła.
Ofiara musiała wyć wniebogłosy i należało dziękować losowi, że film nagrywał się bez dźwięku.
Karaś dźgała mężczyznę aż do momentu, kiedy ten przestał się ruszać. Potem przyjrzała się swojemu dziełu, otarła krew z twarzy i usiadła na krześle przy łóżku. Podniosła telefon z szafki nocnej i przez chwilę wystukiwała na nim wiadomość.
W mieszkaniu przy Argentyńskiej rozległ się dźwięk przychodzącego esemesa. Chyłka powoli sięgnęła po komórkę, nie do końca uświadamiając sobie, co robi.
„To jak?” – pisała Alina. „Teraz będziesz mnie bronić?”
Precedens
Do Joanny Chyłki z nietypową sprawą zgłasza się jedna z najpopularniejszych polskich aktorek. Twierdzi, że za moment popełni przestępstwo, i chce, by to właśnie prawniczka z Żelaznego & McVaya ją broniła. Zanim Chyłka ma okazję zastanowić się, jak zapobiec tragedii, jest już za późno. Kobieta brutalnie morduje swoją ofiarę, a wszystko to transmituje w mediach społecznościowych....
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio