Rozdział 1
1
XXI piętro Skylight, Śródmieście
Przekonała się, jak szybko upływa czas, dopiero gdy ten zaczął jej się kończyć. Ostatnio wszystko działo się w przyspieszonym tempie – jej stan zdrowia zdawał się pogarszać z minuty na minutę, Zordon w okamgnieniu zdał egzamin i po ślubowaniu dostał wpis na listę adwokatów, a w kancelarii wszyscy przygotowywali się na jej odejście.
Przynajmniej takie wrażenie odnosiła, idąc do nowego gabinetu Oryńskiego, kiedy każdy ustępował jej miejsca na zatłoczonym korytarzu. Zatrzymała się przed drzwiami, spojrzała na plakietkę, a potem uśmiechnęła się i bez pukania weszła do środka.
Z pewnością wypadałoby odpowiednio powitać Kordiana. Był to pierwszy dzień, kiedy stawił się w pracy jako pełnoprawny obrońca. „Dzień dobry, mecenasie Oryński” byłoby bardzo na miejscu. „Moje uszanowanie, panie adwokacie” też okazałoby się niczego sobie.
– Czołem, pokrako umysłowa – rzuciła Chyłka, zamykając za sobą drzwi.
Kordian stał przy oknie, wyglądając na Pałac Kultury i Nauki. Obejrzał się przez ramię i uniósł lekko kąciki ust.
– Co tak stoisz jak Sims czekający na polecenia? – dodała.
– Zastanawiam się.
– Nad czym?
Oryński westchnął i znów wyjrzał za okno.
– Mam nieodparte wrażenie, że dzisiaj świat się skończy – powiedział.
– To dobrze. Znaczy, że jutro zacznie się na nowo.
Zwiesił głowę, a potem nią pokręcił. Kiedy się odwrócił, zobaczyła na jego twarzy wyraźne zadowolenie. Podszedł do niej, objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. Widzieli się rankiem, kiedy wychodził do pracy nieco wcześniej niż ona – mimo to patrzył teraz na nią, jakby od tamtej pory minął miesiąc.
– Wybrałeś pierwszą sprawę, brzydalu? – zapytała, splatając ręce na jego karku.
– Tak.
– To na wszelki wypadek zastanów się jeszcze jakieś dwanaście razy. Wszyscy poprzedni klienci idą w zapomnienie, twoje konto się zeruje. Ta sprawa ustawi całą twoją przyszłość zawodową.
– Zastanowiłem się.
– I? Będziesz potrzebował pomocy swojej byłej patronki?
– Będę potrzebował pomocy mojej Chyłci.
Joanna zamarła.
– Mojej Chyłeczki.
Przesunęła dłonie z jego karku na szyję i delikatnie je zacisnęła.
– Ja ci, kurwa, dam Chyłcię, Chyłeczkę…
Zanim zdążyła dokończyć, pocałował ją, a potem wywinął się z uścisku i sięgnął po jedną z teczek leżących na biurku. Widać było, że jeszcze się nie zadomowił w nowym biurze. Entuzjaści minimalnego designu czuliby się tutaj jak w niebie.
Joanna otworzyła teczkę i rzuciła okiem na zdjęcie niewinnie wyglądającego chłopaka. Miał cerę nadto zadbaną jak na siedemnastolatka, brwi jakby wyregulowane, a przydługie włosy sugerowały, że lubi renesans mody z lat osiemdziesiątych.
Chyłka doskonale znała zarówno te akta, jak i wszystkie inne, które Żelazny udostępnił Zordonowi. Przeglądała je równie często jak Oryński – i właśnie dlatego spodziewała się, że weźmie jakąkolwiek sprawę, tylko nie tę.
Właściwie nie rozumiała nawet, dlaczego Artur w ogóle podsunął ją Kordianowi. Było oczywiste, że kancelaria nie podejmie się obrony. Nawet gdyby w grę wchodziły duże pieniądze, i tak byłoby to nieopłacalne.
– Chyba sobie żartujesz – rzuciła.
– Nie.
– Bierzesz tego gościa ze Stranger Things?
– On chyba…
– Wygląda jak jeden z tych gówniarzy – ucięła. – Mike czy jak mu tam.
Oryński zerknął na trzymaną przez nią dokumentację i podrapał się po głowie.
– Może coś w tym jest – zauważył. – W sumie to chyba nawet ten sam rocznik.
– Mniejsza z tym – odparła i trzasnęła teczką o blat biurka. – Zwariowałeś?
– Na twoim punkcie?
Posłała mu ostrzegawcze spojrzenie, z którego korzystała, ilekroć zbliżał się do mniej lub bardziej udanych romantycznych umizgów.
– Zordon – powiedziała z naciskiem. – Ta sprawa powinna trafić do kosza. Nie na twoje biurko.
– Ale skoro już tu jest, to może powinienem…
– W Jemenie jest wojna, a mimo to nie palisz się, żeby tam popierdzielać i zażegnać konflikt.
– Bo nijak nie mogę pomóc – odparł Kordian i usiadł na biurku. – Ale temu chłopakowi…
– Też nie pomożesz – rzuciła, a potem znów podniosła teczkę. Szybko przesunęła wzrokiem po najważniejszych punktach podsumowania. – Grzesiek Benzowicz. Miejsce urodzenia: Poznań. Lat: siedemnaście. Ofiar: dwie. Liczba adwokatów idiotów, którzy chcieliby go bronić: jeden.
Oryński wzruszył ramionami.
– Okej – dodała Joanna. – Spójrzmy, co zrobił. Dwa ciała kumpli z klasy znalezione w jakimś porzuconym forcie na rubieżach Poznania. Rany cięte i tłuczone, rąbane, miażdżone i szarpane… krótko mówiąc, cały wachlarz, jak zwykle gdy typowy psychol znęca się nad swoimi ofiarami.
– Ehe.
– Jest motyw, bo ci dwaj najwyraźniej ostatnimi czasy kpili sobie z tego twojego Benzopirena. Są dowody, bo zarówno w okolicy, jak i na ciałach znaleziono DNA sprawcy. Są też świadkowie, którzy widzieli go z ofiarami. A jako wisienkę na ten tort z gówna dorzucę fakt, że chłopak w końcu pękł i przyznał się do winy.
– Wiem.
– Łebski jesteś. A wiesz też, co twoja Chyłeczka na to powie?
– Że mnie popierdoliło?
– I to srogo, Zordon – dodała nieco poważniejszym tonem, nie odrywając wzroku od zdjęcia chłopaka.
Gdyby nie to, że w głosie Oryńskiego nie wychwyciła nawet nuty żartu, byłaby gotowa przysiąc, że sobie z niej dworuje. To jednak ewidentnie nie wchodziło w grę. Ale dlaczego w takim razie zdecydował się bronić właśnie tego chłopaka?
– To nie do wygrania – odezwała się.
– Dlatego potrzebuję twojej pomocy.
– W popełnieniu zawodowego samobójstwa? Nie, dziękuję. Mam na sumieniu twoje dziewictwo, nie chcę do tego dokładać kariery zawodowej.
– Chyłka…
– Ubzdurałeś sobie, że młody jest niewinny, tak? – Nie dała mu dojść do słowa. – Jakiś idealizm ci się włączył? Jakaś wzniosła myśl zakołatała się w tym pustym łbie? Uznałeś, że nie każdy musi stawać się więźniem własnej przeszłości i że czasem błędy mają być lekcją na przyszłość, a nie wyrokiem?
– Cóż…
– O takie banialuki mogłabym podejrzewać cię dwa, trzy lata temu, kiedy nie miałeś jeszcze zrytej psychy – ucięła. – Teraz mam pewność, że dobrze cię wyszkoliłam. Jak widzisz bagno, to w nie nie wchodzisz.
Zgodził się, kiwając głową.
– A jak już w nie wejdę?
– To nie zwalniasz, bo inaczej zostaniesz w nim na dobre – odparła niemal bezwiednie, bo powtarzała mu to już kilkakrotnie.
Wydawało się to dość dobrą taktyką, a przynajmniej tak kazało jej sądzić wszystko, czego się w życiu podjęła. W tym wypadku jednak maksyma zdawała się nie przystawać do sytuacji. Chyba że…
– Wpadłeś w jakieś bagno, Zordon? – spytała Joanna.
– Trochę.
– Nie mam na myśli związku z osobą, nad którą wisi wyrok śmierci.
Skrzywił się, jakby wbiła mu nóż prosto w serce. Szybko machnęła ręką, chcąc zbyć jakiekolwiek banalne uwagi, jakie trzymał w zanadrzu na podobne okazje.
– Mów, o co chodzi – poleciła, a potem obeszła biurko i przysiadłszy na skraju, skrzyżowała ręce na piersi.
– Cóż…
– No, artykułuj.
– Powiedzmy, że nie miałem dużego wyboru spraw – powiedział, wyglądając, jakby zrzucał z barków jakiś ciężar.
Znała go dostatecznie dobrze, by dostrzec, że najwyraźniej już od pewnego czasu czekał na to, żeby jej to wyznać. Zmrużyła oczy, zastanawiając się, dlaczego wcześniej tego nie wyłapała.
Chłoniak? Zaślepienie uczuciem? Właściwie jedna i druga choroba mogła za to odpowiadać.
– Ktoś postawił mi ultimatum – dodał Kordian.
– Co? – wypaliła. – Jakie ultimatum? Kto? Żelazny? Zaraz pójdę do tej spierdoliny i…
– Nie on – przerwał jej Oryński, a potem głęboko nabrał tchu. – Piotr Langer.
Joanna natychmiast zsunęła się z blatu. Nie, to mimo wszystko musiał być jeden wielki żart.
– O czym ty mówisz? – rzuciła machinalnie. – Przecież jego nawet nie ma w Warszawie.
Kordian obrócił się do niej i uniósł brwi.
– Skąd wiesz? – spytał.
– Bo Langer jest jak pieprzony robal w domu. Kiedy wiem, gdzie się znajduje, jest okej. Jak mi znika z oczu, czuję niepokój.
– Trafne.
Potrząsnęła głową, starając się stwierdzić, co i kiedy się wydarzyło. I jakim cudem uszło to jej uwagi. Wbiła wzrok w Oryńskiego, czekając, aż po pierwsze zapewni ją, że mówi poważnie, a po drugie wyjaśni, co konkretnie doprowadziło do takiej sytuacji.
– Ma coś na ciebie? – odezwała się.
Od razu po zadaniu tego pytania uświadomiła sobie, że jest absurdalne. Wiedziała o wszystkich hakach, jakie Piotr miał na Zordona. Żaden nie wyglądał groźnie, wszystkie były stępione wzajemnymi zależnościami.
– Niezupełnie…
– Więc? Wysłowisz się w końcu?
– Chciałbym, ale mamy trochę mało czasu.
– Mało czasu? Co ty pieprzysz?
Podciągnął rękaw marynarki i postukał palcem w zegarek. Dopiero teraz Chyłka zrozumiała, że nie bez powodu wybrał akurat ten konkretny moment, by wyjawić jej prawdę – czy też jakąś jej część.
– Przyjąłeś już tę sprawę, głąbie?
Pokiwał głową, a potem wskazał papiery leżące na skraju biurka. Krótkie spojrzenie wystarczyło, by Joanna zorientowała się, że rodzice Grześka Benzowicza ustanowili Oryńskiego obrońcą swojego syna.
To oznaczało także, że Żelazny wie. Prawdopodobnie również media. Ona zaś dowiadywała się jako ostatnia. I to z pewnością nie bez powodu.
– Wyjaśnię ci wszystko po drodze – powiedział.
– Czy ty mnie teraz cytujesz?
– Może – przyznał. – Ale najważniejsze pytanie brzmi: czy jedziesz ze mną?
– Dokąd?
– Do Poznania – odparł z uśmiechem Kordian. – Bronić niewinnego człowieka.
Najwyraźniej było więcej rzeczy, o których nie wiedziała.
Wyrok
Dziesiąty tom bestsellerowego cyklu z Chyłką! Po zdanym egzaminie adwokackim, świeżo upieczony mecenas Oryński ma zastąpić Chyłkę jako główna siła napędowa kancelarii Żelazny & McVay. Pierwsza sprawa, jaką poprowadzi, niechybnie zaważy na całej jego przyszłości zawodowej. Kordian nie ma jednak żadnego wyboru – zostaje zmuszony przez Piotra Langera, by podjąć się obrony pewnego...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book
e-book · audio
e-book · audio