PROLOG
Na katamaranie tłoczy się stu osiemdziesięciu ośmiu turystów. Ponad połowa z nich nigdy nie widziała lodowca. Gdy po czterdziestu minutach żeglugi między krami łódź w końcu opływa półwysep, na dziobie brakuje wolnego miejsca. Stoją tam Chińczycy, Niemcy, Francuzi, Brazylijczycy, Hiszpanie, Argentyńczycy i turyści wielu innych narodowości. Jedni z uniesionymi telefonami, inni z aparatami o pokaźnych obiektywach – wszyscy próbują uchwycić w jednym ujęciu tysiąc kilometrów kwadratowych lodu, ku któremu zmierzają.
W tym barwnym tłumie jest turysta, który nas interesuje – Włoch. On również stoi na dziobie, jednak jako jeden z niewielu nie robi zdjęć.
Megafony, zainstalowane na pokładach i wewnątrz łodzi, potęgują głos przewodniczki. Kobieta opowiada najpierw po hiszpańsku, potem po angielsku i francusku. Włoch rozumie hiszpański.
– Lodowiec Viedma to największy lodowiec w Parku Narodowym i drugi co do wielkości w Ameryce Południowej. Jest pięć razy większy od Buenos Aires. Choć wydaje się, że jesteśmy blisko, to od jego czoła dzielą nas jeszcze trzy kilometry.
Przewodniczka kontynuuje, ale pasażerowie, oczarowani widokiem bezkresnego jęzora lodu spływającego między czarnymi szczytami gór, już jej nie słuchają.
Między lodowcem a statkiem wyrasta ogromna góra lodowa, większa niż wszystkie inne mijane podczas rejsu. Kapitan, zamiast ją ominąć, kieruje katamaran prosto na nią. Gdy się zbliżają, silniki cichną, a katamaran zaczyna dryfować tuż przy lodowym kolosie. Włoch ocenia, że gdyby się wysilił, mógłby dorzucić do niej kamieniem.
– To prawda, co mówią o górach lodowych – rozlega się głos z głośników.
– To, co widzimy na powierzchni, to tylko dziesięć procent całości.
Włoch próbuje wyobrazić sobie ogrom niewidocznego lodu. Wystająca nad wodę część góry lodowej, choć wielka jak katedra, jest tylko ułamkiem ukrytej pod powierzchnią masy. Jej potęga sprawia, że trzypoziomowy katamaran z dwustoma osobami na pokładzie wygląda przy niej niczym łupina orzecha na oceanie.
Dwójka fotografów w brązowych kamizelkach, z profesjonalnymi aparatami, przeciska się przez tłum, kierując się w stronę dziobu, skąd roztacza się najlepszy widok na lodowy twór. To oficjalni fotografowie Parque Nacional Los Glaciares, których zadaniem jest robienie turystom zdjęć na tle lodowca i późniejsza sprzedaż odbitek. Podczas czterdziestominutowego rejsu wielokrotnie ostrzegają pasażerów, że lód mocno odbija światło, co utrudnia wykonanie telefonem dobrego zdjęcia. Jeśli pozujący wychodzi na nim dobrze, za nim widać tylko wielką białą poświatę. Z kolei gdy lodowiec wygląda efektownie, osoba na pierwszym planie zamienia się w czarną plamę.
Połowa turystów decyduje się skorzystać z usług fotografów. Reszta wciąż próbuje uwiecznić widoki telefonami. Niewielu podziwia lód własnymi oczami, a nie przez ekran czy wizjer aparatu. Włoch jest jednym z nich.
Jego wzrok chłonie każdy detal: krople wody skapujące z nawisów, ciemny błękit zagłębień, żyły czarnego osadu przypominające marmur. Przez lornetkę przygląda się szczegółom. Ta góra lodowa, dziesięciokrotnie większa od florenckiej katedry, to najpiękniejszy widok, jaki ujrzał w życiu.
Silniki ponownie przyspieszają i łódź powoli oddala się od góry lodowej. Niektórzy turyści podążają za nią jak ćmy za światłem, przechodząc z dziobu na rufę, by wykonać ostatnie ujęcia. Gdy pływająca masa lodowa jest już zbyt daleko, wracają do wnętrza łodzi, by się trochę ogrzać. Jedni zamawiają kawę w barze, inni przeglądają na swoich urządzeniach świeżo zrobione zdjęcia. Fotografowie podłączają aparaty do drukarek ustawionych pośrodku głównej sali.
– Góra lodowa, którą właśnie minęliśmy, oderwała się dwa dni temu od czoła lodowca – mówi przewodniczka. – Za dwadzieścia minut znajdziemy się przed nim i może, przy odrobinie szczęścia, uda nam się zobaczyć, jak odrywa się kolejna bryła.
Ta zapowiedź elektryzuje najbardziej zapalonych, którzy wracają na dziób. Nasz Włoch jest wśród nich.
Wkrótce statek staje przed czołem Viedmy – pięćdziesięciometrową ścianą lodu o szerokości dwóch kilometrów. Gdyby miliony ton skompresowanego śniegu, napierające w stronę jeziora, były armią, ta ściana stanowiłaby jego kawalerię. Włoch nie potrafiłby opisać słowami, jak mały i nieistotny czuje się w jej obecności, nawet gdyby mógł posiłkować się tysiącem włoskich gestów, które nosi w DNA.
Statek zatrzymuje się dwieście metrów od biało-niebieskiej ściany. Na pokładach zapada cisza. Włoch opiera się pokusie sfotografowania tego widoku, choć zdjęcia i tak nie oddadzą jego piękna ani nie uchwycą trzasków pękającego lodowca, brzmiących jak armatnie wystrzały.
Stoją w miejscu już dłuższą chwilę, gdy nagle Włoch wychwytuje nowy dźwięk, inny niż pozostałe. Donośny i tępy jak uderzenie bili. Kątem oka dostrzega ruch na zamarzniętej ścianie – kawałek lodu odrywa się i zanim dociera do wody, zderza się z innym odłamkiem. Na tle czoła Viedmy bryła wydaje się maleńka, lecz w rzeczywistości ma rozmiary samochodu.
Wtedy odzywa się przewodniczka:
– Miejcie oczy szeroko otwarte, bo często po małym pęknięciu następuje…
Jej wypowiedź przerywa ogłuszający ryk. Na oczach wszystkich zapada się lodowa kolumna wielkości kilkunastopiętrowego budynku, tak duża, że wydaje się rozpadać w zwolnionym tempie. Gdy jezioro pochłania lód, na pokładzie słychać zbiorowe westchnienie zachwytu. Włoch czuje uderzenie adrenaliny niczym na kolejce górskiej. Chwyta się za głowę, nie mogąc uwierzyć, że ma przywilej obserwować taki spektakl natury.
Kilka sekund później z jeziora wynurzają się dwie potężne góry lodowe i setki mniejszych kawałków. Fala obmywa lodowy klif, czym wydaje dźwięk przeciągłego syku.
Włoch ponownie spogląda na ścianę, licząc na kolejne pęknięcie. Wtedy jego wzrok przykuwa coś niezwykłego – na oderwanym płacie lodu zauważa przecinającą go bordowo-brązową linię, wyraźnie kontrastującą z błękitami lodowca.
Drżącymi rękami przykłada lornetkę do oczu. Linia przypomina kształtem odwróconą spadającą kometę. Śledzi ją wzrokiem od dołu, miejsca styku lodu z wodą, gdzie ślad koloru ochry jest blady. Im wyżej spogląda, tym barwa nabiera intensywności. Na samym szczycie kreska staje się niemal czarna, przywodząc na myśl łeb gigantycznego gwoździa wbitego w lód, z którego sączy się rdza.
Na kołyszącym się katamaranie niełatwo jest ustawić ostrość lornetki. Turysta potrzebuje kilku sekund, aby uzyskać wyraźny obraz, i kolejnych kilku, aby zrozumieć, co widzi.
– Sangue – szepcze do siebie po włosku.
Nagle zaczyna gorączkowo machać rękami, by zwrócić uwagę otaczających go ludzi i wskazuje na lód. Powtarza to samo słowo, tym razem nieco głośniej. Niektórzy uczestnicy wycieczki odsuwają się od niego, jakby był chory na dżumę. Ktoś pyta, co mu jest, ale on jest w stanie jedynie wskazywać palcem i powtarzać „sangue” coraz donośniej.
Jego głęboki głos niesie się po pokładzie. Jeden z fotografów podchodzi i prosi, by się uspokoił.
– Ta brązowa plama, to krew – Włochowi w końcu udaje się wykrztusić kilka słów po hiszpańsku.
Fotograf marszczy czoło i kieruje obiektyw aparatu na lód. Dziesięć sekund później rusza w kierunku wnętrza łodzi, przepychając się między turystami.
Nasz Włoch ignoruje pytania współpasażerów i zbiera się na odwagę, by ponownie spojrzeć przez lornetkę. W ciemnym punkcie, będącym źródłem zauważonej linii, dostrzega ludzkie ciało w pozycji embrionalnej. Człowiek ten ma na sobie czarną kurtkę i szarą czapkę, jaką z reguły noszą turyści – ale tego nie jest pewien. Nie ma jednak wątpliwości, że to zwłoki – ciemny ślad w lodzie utworzyła krew, która wypłynęła z ciała dawno temu. Nad głową pechowca znajduje się jeszcze dziesięć metrów litego lodu.
Wygląda jak owad uwięziony w błękitnym bursztynie.
Zbrodnie na lodowcu
Na największym lodowcu Patagonii w bryle lodu znalezione zostaje uwięzione ciało turysty. Ofiara zginęła od postrzału w brzuch trzydzieści lat temu.Julián, mieszkaniec Barcelony, nie wie jeszcze, że ta śmierć wywróci jego życie do góry nogami.Prawdę poznaje stopniowo. Najpierw dowiaduje się, że ojciec zataił przed nim istnienie swojego brata. Potem, że ów wuj nagle zmarł, a w t...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book