Wegetarianka
Zanim została wegetarianką, nigdy nie pomyślałbym, że jest wyjątkowa. Szczerze mówiąc, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, nie zrobiła na mnie wrażenia. Przeciętny wzrost, włosy średniej długości, żółtawa, łuszcząca się skóra na twarzy, wąskie oczy i delikatnie wystające kości policzkowe. Ubranie w achromatycznych barwach, jakby się bała wyróżnić z tłumu. Kiedy podeszła do stolika, przy którym na nią czekałem, miała na sobie najpospolitsze czarne buty. Jej krok nie był ani szybki, ani wolny; ani energiczny, ani pozbawiony energii.
Zdecydowałem się na małżeństwo, bo mimo braku szczególnego powabu nie miała wyraźnych wad. Nie była oszałamiająca, błyskotliwa czy też wyrafinowana, ale w sumie odpowiadał mi jej zgodny charakter. Nie musiałem udawać erudyty, by zrobić na niej wrażenie, ani się denerwować, że nie zdążę na czas, gdy się z nią umawiałem. Nie musiałem też wpadać w przygnębienie, porównując się do mężczyzn z katalogów mody. Zupełnie nie zwracała uwagi na brzuch, który zaczął mi odstawać, gdy miałem dwadzieścia kilka lat. Nie przeszkadzały jej także chude nogi i ramiona, które mimo moich wysiłków pozostawały nieumięśnione, ani niewielki penis, przyprawiający mnie o ukryte kompleksy.
Nigdy nie starałem się walczyć o więcej niż to, na co zasługiwałem. W dzieciństwie wystarczała mi rola podwórkowego przywódcy wśród dzieci, które były ode mnie dwa, trzy lata młodsze. Kiedy dorosłem, zacząłem studia na uniwersytecie, na którym zaoferowano mi niezłe stypendium, a następnie podjąłem pracę w niewielkiej firmie, w której doceniono moje nie aż tak znowu wysokie kwalifikacje i wypłacano mi w miarę przyzwoitą pensję. Tak więc naturalnym wyborem było dla mnie małżeństwo z kobietą wyglądającą najzwyczajniej na świecie. Kobiety piękne i inteligentne, kobiety niezwykle zmysłowe albo pochodzące z bogatych rodzin wprawiały mnie zresztą w zakłopotanie.
Zgodnie z moimi oczekiwaniami bez zarzutu wypełniała zadania przeciętnej żony. Codziennie wstawała o szóstej rano, by przygotować mi ryż, zupę i kawałek ryby na śniadanie. Wspierała też domowy budżet dzięki dorywczej pracy, którą zresztą zaczęła wykonywać, zanim się pobraliśmy. Pracowała jako asystentka nauczyciela w prywatnej szkole grafiki komputerowej, w której kiedyś sama przez rok się uczyła, a także brała do domu zlecenia polegające na uzupełnianiu tekstem chmurek w komiksach.
Mówiła niewiele. Rzadko mnie o coś prosiła i nie wtrącała się, kiedy późno wracałem do domu. Nie żądała też, byśmy gdzieś razem wychodzili w dni wolne od pracy. Kiedy przez całe popołudnie wylegiwałem się na kanapie, oglądając telewizję, ona siedziała zamknięta w swoim pokoju. Chyba pracowała albo czytała książkę – jeśli w ogóle miała jakieś hobby, to było to czytanie książek, które już na pierwszy rzut oka wydawały mi się śmiertelnie nudne. A kiedy nadchodziła pora posiłku, otwierała drzwi i w milczeniu zabierała się do przygotowania czegoś do jedzenia. Trudno powiedzieć, by mieszkanie z taką osobą było szczególnie interesujące. Cieszyłem się jednak, że nie jest taka jak żony moich przyjaciół i znajomych z pracy, które dzwoniły do nich kilka razy dziennie albo regularnie robiły im wyrzuty, prowokując burzliwe małżeńskie kłótnie.
Jeśli musiałbym wymienić jakąś cechę, która odróżniała ją od innych kobiet, byłaby to niechęć do noszenia biustonosza. Kiedyś, jeszcze w okresie naszego krótkiego, beznamiętnego narzeczeństwa, przypadkiem dotknąłem ręką jej pleców – gdy nie wyczułem pod swetrem ramiączka stanika, ogarnęło mnie podniecenie. Przez chwilę próbowałem wówczas spojrzeć na nią z zupełnie innej perspektywy, odgadnąć, czy w ten sposób próbuje mi coś zasygnalizować. Ostatecznie doszedłem jednak do wniosku, że nie był to żaden sygnał. Może lenistwo albo zobojętnienie? Nie potrafiłem tego zrozumieć. Mówiąc wprost: piersi mojej żony były zbyt mało atrakcyjne, aby mogła chodzić bez stanika. Ze względu na moich znajomych wolałbym wręcz, by nosiła biustonosz z grubymi wkładkami.
Po ślubie przestała nosić stanik w domu. Wkładała go czasem z konieczności, na przykład kiedy w lecie na chwilę gdzieś wychodziła – inaczej przez koszulkę widać było jej sutki – ale szybko rozpinała haczyk. Gdy miała na sobie cienkie jasne koszulki albo ubrania, które nieco opinały jej ciało, z łatwością można było zauważyć, że biustonosz jest rozpięty. Ale ona zupełnie się tym nie przejmowała. Kiedy zwracałem jej na to uwagę, wolała zastąpić stanik kamizelką. Zakładała ją na koszulkę nawet w największy skwar. Tłumaczyła, że biustonosze uciskają jej piersi i jest to nie do wytrzymania. Jako mężczyzna nie mogłem sobie tego wyobrazić. Jej nadwrażliwość wydawała mi się jednak podejrzana, szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę, że inne kobiety nie żywiły takiej awersji do noszenia stanika.
Poza tym nie miałem uwag: wszystko układało się harmonijnie. Nigdy nie łączyła nas wyjątkowa namiętność, więc choć od ślubu minęło już prawie pięć lat, nie groziło nam szczególne wypalenie. Zastanawiałem się tylko, czy nie nadszedł czas, aby usłyszeć w domu szczebiot dzieci, które wołają do mnie „tato” – kwestię powiększenia rodziny odłożyliśmy do momentu przeprowadzki do większego mieszkania, a to udało nam się osiągnąć zeszłej jesieni. Nie przyszłoby mi do głowy, że coś w naszym życiu może ulec zmianie, dopóki w lutym ubiegłej zimy nie zobaczyłem, jak moja żona o świcie stoi w kuchni ubrana jedynie w nocną koszulę.
*
– Dlaczego tutaj stoisz? – zapytałem.
Miałem właśnie zapalić światło w łazience. Była mniej więcej czwarta nad ranem. Obudziło mnie parcie na pęcherz i pragnienie wywołane przez wino ryżowe, którego półtorej butelki wypiłem poprzedniego dnia podczas kolacji firmowej.
– Przecież o coś cię pytam!
Drżąc z zimna, spojrzałem w jej stronę. Zupełnie uszła ze mnie senność i odurzenie alkoholowe. Moja żona stała bez ruchu ze wzrokiem wbitym w lodówkę. Nie mogłem dostrzec wyrazu jej twarzy, bo profil miała zanurzony w mroku, ale coś mnie zaniepokoiło. Jej naturalnie czarne, gęste włosy były potargane. Miała na sobie sięgającą do stóp koszulę nocną, której dolna krawędź jak zwykle nieznacznie się podwinęła.
W kuchni panował chłód. Żona źle znosiła niskie temperatury i normalnie w takiej sytuacji szybko narzuciłaby na siebie rozpinany sweter i włożyła futrzane kapcie. Jednak wtedy, gdy ją zobaczyłem, już od jakiegoś czasu stała tam prosto jak trzcina: boso, w cienkiej letniej koszuli nocnej. I najwyraźniej nie słyszała, co do niej mówię. Zachowywała się tak, jak gdyby w miejscu lodówki tkwił niewidzialny dla mnie człowiek. Albo duch.
Co jej się stało? Czy właśnie tak zachowują się lunatycy?
Zbliżyłem się do niej. Stała nieruchomo jak kamienny posąg.
– Co się z tobą dzieje?!
Nie przestraszyła się, gdy złapałem ją za ramię. Była świadoma, że wyszedłem z sypialni, że próbowałem ją o coś zapytać i że do niej podszedłem. Zwyczajnie mnie ignorowała. Już wcześniej zdarzało się, że kiedy wracałem do domu późną nocą, nie zwracała na mnie uwagi, pochłonięta oglądaniem seriali. Jakiej jednak rozrywki może dostarczyć gapienie się na czterystulitrową lodówkę, na jej jasne drzwi rysujące się w mroku kuchni o czwartej nad ranem?!
– Kochanie!
Spojrzałem na profil żony rysujący się w ciemności. Jej oczy lśniły dziwnym lodowatym blaskiem; mocno zagryzała usta.
– Miałam sen – oznajmiła dobitnie.
– Sen? O czym ty mówisz?! Zdajesz sobie sprawę, która jest godzina?
Odwróciła się i wolnym krokiem udała do sypialni. Przekraczając próg, wyciągnęła ramię do tyłu i cicho zamknęła za sobą drzwi. Zostałem sam w mrocznej kuchni, patrząc na drzwi, za którymi zniknęła jej biała postać.
Zapaliłem światło w łazience i wszedłem do środka. Od kilku dni temperatura sięgała mniej więcej dziesięciu stopni poniżej zera. Kilka godzin wcześniej brałem prysznic, więc leżące tam klapki kąpielowe wciąż były mokre i zimne. Czułem samotność tej zimowej pory, która wyzierała z ciemnego otworu wentylacyjnego wydrążonego nad wanną i przenikała przez podłogę, przez ściany pokryte białymi płytkami.
Kiedy wróciłem do sypialni, moja żona leżała w milczeniu, zwinięta w kłębek. Przez chwilę wydawało mi się, że jestem tam zupełnie sam. Oczywiście było to tylko złudzenie. Gdy wytężyłem słuch, dobiegł mnie jej niewyraźny oddech. Nie przypominał oddechu śpiącego człowieka. Gdybym wtedy wyciągnął dłoń, mógłbym dotknąć jej ciepłego ciała. Nie potrafiłem jednak tego zrobić. Nie miałem nawet ochoty się do niej odezwać.
*
Leżąc opatulony kołdrą, na chwilę straciłem poczucie rzeczywistości. Bezmyślnie wpatrywałem się w zimowe promyki słońca przenikające przez białe zasłony i wpadające do pokoju. Nagle lekko uniosłem głowę i spojrzałem na wiszący na ścianie zegar. Zerwałem się z łóżka i wybiegłem z sypialni, głośno trzaskając drzwiami. Moja żona siedziała obok lodówki.
– Odbiło ci?! Dlaczego mnie nie obudziłaś? Wiesz, która jest teraz… – przerwałem nagle, bo poczułem, że nadepnąłem na coś gąbczastego. Nie wierzyłem własnym oczom.
Żona siedziała w kucki na podłodze ze spuszczonymi w dół, potarganymi włosami, wciąż ubrana w tę samą koszulę nocną co minionej nocy. Dookoła niej leżały czarne i białe worki foliowe oraz hermetycznie zamykane plastikowe pojemniki: wołowina na shabu-shabu, boczek, para ogromnych nóżek cielęcych, zapakowane w folię spożywczą kalmary, dokładnie wypatroszony i przysłany niedawno przez teściową węgorz, związane żółtym sznurkiem suszone kulbiny, nierozpieczętowane jeszcze opakowanie mrożonych pierożków i wiele innych pakunków, których zawartości nie znałem. Nie było gdzie postawić nogi. Szeleszcząc torbami, wkładała je wszystkie po kolei do ogromnego worka na śmieci.
– Co robisz, do licha?! – wydarłem się, tracąc nad sobą kontrolę.
Podobnie jak zeszłej nocy całkowicie mnie ignorowała i nadal wkładała pakunki z mięsem do śmieci. Wołowinę oraz wieprzowinę, poćwiartowanego na kawałki kurczaka, morskiego węgorza wartego przynajmniej dwieście tysięcy wonów.
– Straciłaś rozum? Po co to wszystko wywalasz?
Podbiegłem do niej, rozrzucając na boki leżące na podłodze foliówki, i chwyciłem ją za nadgarstek. Nie oczekiwałem, że będzie się tak opierać. Musiałem się porządnie nasiłować, żeby puściła worek. Dopiero wtedy, pocierając lewą ręką zaczerwienioną prawą dłoń, zwróciła się do mnie spokojnym tonem, tak jak zwykle:
– Miałam sen.
Znowu ta sama historia. Spojrzała mi prosto w oczy. Na jej twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. W tym momencie zadzwonił mój telefon.
– Do diabła! – Zacząłem przeszukiwać płaszcz, który ubiegłej nocy rzuciłem na kanapę w salonie. W końcu udało mi się znaleźć komórkę w wewnętrznej kieszeni, z której dobiegał świdrujący uszy dźwięk. – Bardzo przepraszam. W domu wydarzyło się coś pilnego… Naprawdę bardzo mi przykro. Postaram się przyjechać jak najszybciej. Ależ nie, zaraz tam będę. Proszę tylko… Nie, bardzo proszę tego nie robić. Proszę na mnie chwilkę poczekać. Najmocniej przepraszam. Naprawdę nie mam nic na swoje usprawiedliwienie… – Zakończyłem rozmowę i natychmiast pobiegłem do łazienki. Z pośpiechu aż dwa razy zaciąłem się przy goleniu. – Nie ma wyprasowanej koszuli?
Nie opowiedziała. Rzucając przekleństwami, wygrzebałem w stojącym przed łazienką koszu na pranie koszulę, którą wczoraj tam włożyłem. Na szczęście nie była bardzo pognieciona. Niczym szal zarzuciłem na szyję krawat, wciągnąłem na stopy skarpety, przygotowałem portfel i notatnik. Moja żona przez cały czas siedziała w kuchni. Po raz pierwszy w ciągu tych pięciu lat, które minęły od ślubu, wychodziłem do pracy bez jej asysty.
– Zwariowała. Zupełnie jej odbiło.
Z trudem włożyłem przyciasne buty, które niedawno kupiłem. Wyszedłem na zewnątrz, trzasnąwszy drzwiami. Gdy zorientowałem się, że winda stoi na ostatnim piętrze budynku, zbiegłem po schodach z drugiego na parter. Kiedy udało mi się wsiąść do odjeżdżającego już pociągu metra, spojrzałem na swoją twarz odbijającą się w ciemnym oknie wagonu. Poprawiłem fryzurę, zawiązałem krawat, wygładziłem wygniecioną koszulę. Zaraz potem przypomniała mi się przerażająco obojętna twarz mojej żony i jej nieprzejednany ton.
„Miałam sen”. Powiedziała to dwa razy. Nagle za oknem jadącego pociągu, w mroku tunelu metra, pojawiło się na chwilę jej oblicze. Było obce jak twarz nieznanego człowieka. Ponieważ zostało mi zaledwie trzydzieści minut, by wymyślić sensowne wytłumaczenie spóźnienia oraz przygotować wstępny plan dla klienta, nie miałem już czasu zastanawiać się nad jej dziwacznym zachowaniem. Przemknęło mi tylko przez głowę, że powinienem dzisiaj być wcześniej w domu, bo od kiedy kilka miesięcy temu przeniesiono mnie do nowego działu, nie zdarza mi się wracać z pracy przed północą.
*
Ciemny las. Nie było w nim żywej duszy. Pokaleczyłam twarz i ramiona, próbując się przez niego przedostać. Rosły w nim drzewa o spiczastych liściach. Chyba przyszłam tam z jakimiś ludźmi, ale straciłam =ich z oczu i zgubiłam drogę. Bałam się. Było mi zimno. Minęłam zamarznięty wąwóz. Zaraz potem zauważyłam jasny budynek, który przypominał stodołę. Uniosłam słomianą matę i weszłam do środka. Wtedy ujrzałam to wszystko: kilkaset wielkich, intensywnie czerwonych brył mięsa wiszących na długich bambusowych kijach. Z niektórych skapywała krew, która nie zdążyła jeszcze zastygnąć. Próbowałam się przez nie przedrzeć do drzwi po przeciwnej stronie, ale nie mogłam ich znaleźć. Moje białe ubranie było całkiem mokre od krwi.
Nie wiem, jak udało mi się stamtąd wydostać. Biegłam, długo biegłam z powrotem przez wąwóz. Nagle las się przejaśnił, zazieleniły się liście wiosennych drzew. Usłyszałam głosy bawiących się dzieci, poczułam zapach smacznej potrawy. Wiele rodzin z dziećmi urządzało sobie piknik. To był przepiękny widok. W strumieniu, szemrząc, płynęła woda. Ludzie siedzieli na matach, jedli kimbap, piekli mięso na grillu, śpiewali i śmiali się radośnie.
A ja tak bardzo się bałam. Moje ubranie było ciągle splamione krwią. Przykucnęłam za drzewem, żeby nikt mnie nie dostrzegł. Moje dłonie były splamione krwią. Moje wargi były splamione krwią. Wcześniej, w stodole, wkładałam do ust mięso, które spadło na ziemię. W dziąsłach i na podniebieniu czułam smak krwi i gąbczaste kawałki mięsa. W kałuży krwi, która zbierała się na podłodze, zobaczyłam swoje odbicie, swoje błyszczące oczy.
To niemożliwe, że tak wyraźnie wszystko pamiętam. Teksturę surowego mięsa. Swoją twarz, blask oczu. Wydawało mi się, że widzę ją po raz pierwszy, ale to była niewątpliwie moja twarz. Nie, było na odwrót: wydawało mi się, że to twarz, którą widziałam wiele razy, ale to nie była moja twarz. Nie potrafię wytłumaczyć tego uczucia. Znajomego, a zarazem obcego… Tak wyraźnego i dziwnego, bardzo dziwnego uczucia.
*
Na kolację moja żona podała jedynie liście sałaty, pastę sojową, kimchi i wodnistą zupę z wodorostów, do której nie dodała ani mięsa, ani małży.
– Chyba żartujesz. Wyrzuciłaś mięso z powodu głupiego snu?! Czy ty wiesz, ile to wszystko kosztuje?
Wstałem od stołu i otworzyłem drzwi zamrażarki. Była praktycznie pusta. Została w niej tylko mielona czerwona papryka, mączka wielozbożowa misutkaru, młode papryczki i torebka posiekanego czosnku.
– Zrób mi chociaż jajko sadzone. Jestem dziś naprawdę zmęczony. Prawie nic nie zjadłem na obiad.
– Jajka też wyrzuciłam.
– Co?
– I anulowałam dostawy mleka.
– Brak mi słów. Ja też mam sobie odmawiać mięsa? Ze względu na ciebie?
– Nie mogę dłużej trzymać mięsa w lodówce. Czuję do niego wstręt.
Co za egocentryzm! Spojrzałem jej prosto w oczy. Spuściła wzrok, ale widać było, że panuje nad emocjami bardziej niż kiedykolwiek. Nie podejrzewałem, że potrafi być tak samolubna i samowolna. Że może być aż tak nierozsądna.
– A więc w tym domu nie będzie się już jadało mięsa?
– Przecież i tak zwykle jesz w domu tylko śniadanie. Na obiad i kolację często jadasz mięso… Nic ci się nie stanie, jeśli raz dziennie zrezygnujesz z mięsnych dań – odpowiedziała z namysłem, zachowując się tak, jak gdyby jej wybór był całkowicie racjonalny i słuszny.
– W porządku. Załóżmy, że tak zrobię. A ty? Nie będziesz już więcej jadła mięsa?
Przytaknęła.
– Naprawdę? Jak długo?
– Już na zawsze…
Zatkało mnie. Wiedziałem, że wegetarianizm jest ostatnio w modzie. Niektórzy przechodzą na wegetarianizm, bo chcą żyć długo i zdrowo albo pozbyć się schorzeń, takich jak alergia czy atopia. Inni pragną w ten sposób chronić środowisko. Z kolei mnisi buddyjscy ślubują nie zabijać. Ale moja żona nie jest przecież nastolatką, więc skąd jej się to wzięło?! Nie robi tego ze względu na dietę albo zdrowie, nic jej też nie opętało. Całkowicie zmieniać swoje zwyczaje ze względu na jeden koszmarny sen?! I co za upór! Żeby zupełnie nie brać pod uwagę opinii męża!
Mógłbym zrozumieć jej zachowanie, gdybym od początku wiedział, że nie znosi mięsa, ale jeszcze przed ślubem miała dobry apetyt, co zresztą bardzo mi się podobało. Miło było popatrzeć, jak jedną ręką zręcznie obracała szczypcami nad grillem żeberka bez kości, a drugą cięła je kuchennymi nożycami na małe kawałki. Od kiedy się pobraliśmy, co niedziela przyrządzała dla mnie wyśmienite dania. Smażony na słodko, aromatyczny boczek przyprawiony zawczasu posiekanym imbirem i syropem kukurydzianym. Wyłączna specjalność mojej żony: plastry wołowiny na shabu-shabu doprawione olejem sezamowym, czarnym pieprzem i solą bambusową, obtoczone w mące ryżowej i pieczone nad ogniem jak placki albo ciastka ryżowe. Pibimbap z kiełkami soi i mieloną wołowiną smażoną na oleju sezamowym wraz z namoczonym ryżem. I doskonały taktorit’ang – kurczak na ostro z ziemniakami pokrojonymi w duże kawałki – potrafiłem za jednym razem zjeść aż trzy talerze tej potrawy przesiąkniętej smakiem ostrego wywaru.
Naprawdę niewiele to miało wspólnego z kolacją, którą teraz dla mnie przygotowała. Siedząc pochylona na krześle, moja żona jadła zupę z wodorostów, która już na pierwszy rzut oka wydawała się bez smaku. W liście sałaty zawijała natomiast ryż z odrobiną pasty sojowej i włożywszy sporą porcję do ust, powoli ją przeżuwała.
Nagle uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nic o niej nie wiem. Zupełnie nic o niej nie wiem.
– Nie jesteś głodny? – zapytała niedbale tonem kobiety w średnim wieku, która urodziła i odchowała już kilkoro dzieci. Chrupiąc głośno soczyste kawałki kimchi, nie zwróciła uwagi, że stoję przed nią i w zdumieniu się jej przyglądam.
*
Nadeszła wiosna, a moja żona trwała przy swojej decyzji. Codziennie rano musiałem przez to jeść zieleninę, ale już dłużej na to nie narzekałem. Jeśli jeden człowiek przejdzie gruntowną przemianę, drugi nie ma wyjścia – musi się dostosować.
Z dnia na dzień robiła się coraz chudsza. Jej wystające kości policzkowe niekorzystnie się zaostrzyły. Bez makijażu jej skóra była blada jak skóra chorego człowieka. Gdyby wszystkie osoby, które rezygnują z mięsa, opadały z ciała tak samo jak moja żona, nikt nie musiałby się martwić o sylwetkę. Wiedziałem jednak, gdzie tkwi prawdziwa przyczyna jej stanu. Moja żona nie chudła dlatego, że nie jadła mięsa. Traciła na wadze z powodu swoich snów. Choć prawdę mówiąc, niemal zupełnie przestała sypiać.
Nigdy nie była nadgorliwa. Często szła spać, zanim wróciłem z pracy późną nocą. Jednak teraz, kiedy docierałem do domu grubo po północy, myłem się i kładłem do łóżka, ona długo jeszcze nie przychodziła do sypialni. Wcale nie dlatego, że czytała książki, rozmawiała z kimś przez internet albo oglądała telewizję. Trudno było również uwierzyć, że miała tyle pracy z uzupełnianiem chmurek w komiksach.
Kładła się spać około piątej nad ranem, przewracała w łóżku przez godzinę, a potem, wzdychając, wstawała, by towarzyszyć mi przy śniadaniu. Jej włosy były potargane, twarz wymęczona, oczy zaczerwienione. Nie była w stanie przełknąć ani kęsa.
Co gorsza, zupełnie straciła ochotę na seks. Dawniej oddawała mi się bez zbędnych słów, a czasem sama inicjowała zbliżenie. Jednak teraz, gdy próbowałem dotknąć jej ramienia, w milczeniu się odsuwała. Pewnego dnia zapytałem ją o przyczynę.
– Czemu nie?
– Jestem zmęczona.
– Powinnaś lepiej się odżywiać. Jesteś słaba, bo nie jesz mięsa. Wcześniej tak się nie czułaś.
– Szczerze mówiąc…
– Tak?
– To przez ten zapach…
– Zapach?
– Zapach mięsa. Czuć od ciebie mięsem.
Parsknąłem śmiechem.
– Nie widziałaś? Przecież przed chwilą brałem prysznic. Jak możesz czuć jakiś zapach?
Była poważna.
– Ulatnia się przez pory w twojej skórze…
Czasami nachodziły mnie złe przeczucia. Może to dopiero początek jakiejś poważnej choroby? Co, jeśli to pierwsze symptomy znanych mi tylko ze słyszenia paranoi, urojeń czy neurastenii?
Nie wyglądała jednak na osobę, która ma problemy psychiczne. Jak dawniej była małomówna i bez zarzutu zajmowała się domem. W weekendy przyrządzała kilka rodzajów warzywnych sałatek i gotowała chapch’ae, do którego zamiast mięsa dodawała grzyby. Biorąc pod uwagę modę na wegetarianizm, nie było w tym nic dziwnego. Tyle tylko że nie mogła spać w nocy, a kiedy rano pytałem, co się z nią dzieje, widząc, jak bardzo jest nieobecna i wyraźnie czymś przygnębiona, odpowiadała krótko: „Miałam sen”. Nie pytałem jaki. Nie miałem ochoty wysłuchiwać kolejnej opowieści o stodole znajdującej się w ciemnym lesie albo o twarzy odbijającej się w kałuży krwi.
W dalszym ciągu traciła na wadze, zanurzona w cierpieniu i snach, do których nie miałem dostępu, których nie mogłem i nie chciałem zrozumieć. Najpierw wyszczuplała niczym tancerka, potem chorobliwie wychudła. Za każdym razem, gdy miałem złe przeczucia, tłumaczyłem sobie, że to niemożliwe, by miała skłonność do chorób psychicznych, że wystarczy popatrzeć na teściów, którzy prowadzą tartak i mały sklep w niewielkim miasteczku, albo ujmującą rodzinę jej siostry i brata.
Kiedy myślałem o jej krewnych, w moim wyobrażeniu samoistnie pojawiał się zapach gęstego dymu i grillowanego czosnku. Podczas gdy mężczyźni pili wino ryżowe, a z grillowanego mięsa skapywał tłuszcz, kobiety zbierały się w kuchni, gdzie prowadziły głośne rozmowy. Cała jej rodzina – szczególnie teść – uwielbiała tatara. Teściowa potrafiła własnoręcznie oporządzić rybę na sashimi, a moja żona i jej siostra In-hye wiedziały, jak poćwiartować kurczaka za pomocą ogromnego prostokątnego noża rzeźnickiego. Podobała mi się witalność mojej żony, która umiała zabić kilka karaluchów jednym uderzeniem dłoni. Taka była właśnie kobieta, którą dla siebie wybrałem: najzwyczajniejsza na świecie, twardo stąpająca po ziemi.
Nawet jeśli jej zachowanie wydawało mi się czasem niepokojące, nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że moja żona powinna poddać się leczeniu albo przynajmniej skonsultować ze specjalistą. „To tylko rodzaj choroby, a nie wada charakteru” – tak mógłbym powiedzieć jedynie o kimś nieznajomym. Serio, nie miałem obycia z takimi dziwactwami.
*
Zanim jeszcze przyśnił mi się ten sen, poprzedniego dnia rano kroiłam na kawałki zamarznięte mięso. Nerwowo mnie poganiałeś.
– Do licha! Czemu tak się ociągasz?
Sam zresztą wiesz. Nie mogę się skupić, kiedy mnie ponaglasz. Spieszę się, jak gdybym nie była sobą, i w rezultacie nic mi nie wychodzi. „Szybciej, szybciej!”. Kroiłam mięso tak prędko, że zrobiło mi się gorąco. Nagle deska do krojenia przesunęła się do przodu, a ja przecięłam sobie palec. Wtedy właśnie ukruszyło się ostrze kuchennego noża.
Kiedy uniosłam palec wskazujący, zobaczyłam, jak rozkwita na nim czerwona kropla krwi. Okrągła, coraz bardziej okrągła. Włożyłam palec do ust i uspokoiłam się. Może to dziwne, ale ukoił mnie szkarłatny kolor krwi i jej słodkawy smak.
Niedługo potem jadłeś pulgogi. Wyplułeś drugi kęs mięsa i podnosząc błyszczący kawałek metalu, krzyknąłeś:
– Co to jest?! To przecież fragment noża!
Bez emocji patrzyłam na twoją wykrzywioną ze złości twarz.
– Wiesz, co by było, gdybym to połknął?! Mogłem się tym udławić!
Dlaczego nie zrobiło to na mnie wrażenia? Co więcej, wskutek tego zajścia jeszcze bardziej się uspokoiłam. Jak gdyby czyjaś chłodna dłoń dotknęła mojego czoła. Nagły odpływ zabrał ze sobą wszystko, co mnie otaczało. Ciebie, stół, pozostałe meble kuchenne. Zdawało mi się, że w bezgranicznej przestrzeni zostałam tylko ja i krzesło, na którym siedziałam.
Następnego dnia o świcie zaczęły się koszmary. Po raz pierwszy zobaczyłam kałużę krwi na podłodze stodoły, a w niej odbicie własnej twarzy.
*
– Czemu nie umalowałaś ust? Zapomniałaś o makijażu?
Zdjąłem buty. Moja ubrana w czarny prochowiec żona nadal tkwiła w miejscu, jakby nie wiedziała, co ma zrobić, więc pociągnąłem ją za ramię z powrotem do sypialni.
– Spójrz, jak ty wyglądasz!
W lustrze toaletki widać było nasze odbicia.
– Pomaluj się, jeszcze raz!
W milczeniu strąciła moją rękę. Otworzyła puderniczkę i zaczęła się pudrować. W powietrzu uniósł się perłowy pył. Jej twarz wyglądała teraz jak pokryta kurzem twarzyczka szmacianej lalki. Kiedy jednak umalowała popielate usta tą samą co zawsze intensywną koralową szminką, udało jej się jako tako uwolnić od tej chorobliwej bladości. Odetchnąłem z ulgą.
– Jesteśmy spóźnieni. Pospiesz się.
Wyszedłem pierwszy do przedpokoju i otworzyłem drzwi. Naciskając przycisk przywołujący windę, patrzyłem zniecierpliwiony, jak moja żona niemrawo wkłada granatowe adidasy. Chociaż zupełnie nie pasowały do czarnego prochowca, nie mogłem już nic z tym zrobić – moja żona pozbyła się wszystkich skórzanych produktów, więc nie miała butów, które byłyby bardziej odpowiednie na taką okazję.
Wsiadłem do samochodu, w którym wcześniej rozgrzałem silnik, a następnie włączyłem radio dla kierowców. Zapiąłem pasy, zwolniłem hamulec ręczny i starałem się dowiedzieć, jak wygląda ruch uliczny w rejonie tradycyjnej koreańskiej restauracji, w której prezes zrobił rezerwację. Gdy chwilę później żona usiadła obok mnie i zapięła pasy, poczułem wiejący od niej chłód, który wtargnął pod poły jej prochowca.
– Musimy się dobrze zaprezentować. Prezes nigdy wcześniej nie zaprosił na takie spotkanie żadnego kierownika. Najwidoczniej ma o mnie dobre zdanie.
Jechałem w pośpiechu bocznymi ulicami, zdołałem więc na czas dotrzeć na umówione miejsce. Postawiłem samochód na przestronnym parkingu przed dwukondygnacyjnym budynkiem restauracji, która już na pierwszy rzut oka wyglądała na luksusową.
Zima nadal dawała się we znaki. Moja żona stała na parkingu ubrana w cienki wiosenny płaszcz, którym szarpał wieczorny wiatr, i wyglądała na zmarzniętą. Przez całą drogę nie odezwała się do mnie ani słowem, ale znając jej małomówną naturę, szczególnie się tym nie przejąłem. Pomyślałem też, że starsze osoby wolą, gdy kobiety nie są zbyt gadatliwe, i tak uspokoiłem nieco pobudzone nerwy.
W środku czekali już na nas z żonami prezes firmy, wiceprezes i starszy wiceprezes. Chwilę później przybyli dyrektor działu z małżonką. Z uśmiechem skinęliśmy głowami na przywitanie, ściągnęliśmy płaszcze i powiesiliśmy je na wieszaku. Następnie usiedliśmy przy długim stole w miejscu wskazanym nam przez żonę prezesa, która miała cienko wyskubane brwi i nosiła ogromny naszyjnik z jadeitu. Wszyscy zachowywali się swobodnie, jak gdyby często tam bywali. Zajmując swoje miejsce, zauważyłem, że ukośny sufit lokalu jest inspirowany tradycyjną koreańską architekturą, a w kamiennej sadzawce pływają złote rybki. Kiedy zaś przelotnie spojrzałem na Yŏng-hye, mój wzrok przykuły jej piersi.
Miała na sobie czarną, lekko obcisłą bluzkę, pod którą wyraźnie rysowały się sutki. Byłem pewien, że nie włożyła biustonosza. Próbując się zorientować, czy pozostali też to dostrzegli, napotkałem wzrok żony starszego wiceprezesa. Chociaż udawała spokój, w jej oczach ujrzałem zaciekawienie, osłupienie, a nawet cień pogardy.
Poczułem, że robię się czerwony. Zdawałem sobie sprawę ze spojrzeń rzucanych w kierunku mojej żony, która siedziała bezmyślnie, nie biorąc udziału w przyjaznych pogawędkach zgromadzonych kobiet, ale starałem się opanować emocje. Najlepsze, co mogłem zrobić w tej sytuacji, to zachowywać się tak, jak gdyby nic się nie stało.
– Nie mieli państwo problemów z dojazdem? – zwróciła się do mnie żona prezesa.
– Jakiś czas temu tędy przejeżdżałem. Dziedziniec przed restauracją wpadł mi w oko i pomyślałem, że warto tu kiedyś zajrzeć.
– Ach tak… Ogród przed restauracją jest taki zadbany! Jest jeszcze przyjemniej, kiedy się tutaj przyjdzie w ciągu dnia. Przez tamto okno widać wtedy klomby z kwiatami.
Kiedy podano do stołu, zrozumiałem, że moje wysiłki poszły na marne.
Na stół trafiła najpierw starannie przyrządzona t’angpy’ŏngch’ae, czyli pokrojona w cieniutkie paski galaretka z fasoli mung i grzyby shiitake zmieszane z kawałkami wołowiny. Gdy kelner próbował nałożyć tę potrawę na jej talerz, moja żona, siedząca do tej pory w milczeniu, odezwała się cichym głosem:
– Ja dziękuję.
Chociaż powiedziała to prawie szeptem, całe towarzystwo zamarło. Zdając sobie sprawę, że wszyscy na nią patrzą ze zdziwieniem, tym razem odezwała się głośniej:
– Ja nie jem mięsa.
– Jest pani wegetarianką? – zwrócił się do niej prosto z mostu prezes. – Za granicą można spotkać ludzi, którzy rygorystycznie przestrzegają zasad diety wegetariańskiej. Takie trendy docierają także do nas. Szczególnie w prasie ciągle krytykują ostatnio spożywanie mięsa… Jeśli ktoś chce długo żyć, to pewnie nie jest to taki zły pomysł.
– Czy jednak da się żyć bez mięsa? – zapytała żona prezesa z uśmiechem.
Talerz Yŏng-hye świecił pustką. Kelner nałożył potrawę pozostałym dziewięciu osobom i wyszedł. Temat rozmowy w niewymuszony sposób zszedł na wegetarianizm.
– Pewnie państwo słyszeli, że niedawno odkryto ludzką mumię sprzed pięciuset tysięcy lat. Dzięki temu znalezisku udało się stwierdzić, że już w tamtym czasie ludzie brali udział w polowaniach. Jedzenie mięsa to kwestia instynktu. Wegetarianizm jest niezgodny z instynktem. Jest przeciwny naturze.
– Wygląda na to, że ostatnimi czasy jest coraz więcej ludzi, którzy wierzą w typologię Sasang1 i nie jedzą mięsa z powodów zdrowotnych… Próbowałam zasięgnąć porady w kilku miejscach, ale za każdym razem mówiono mi coś innego. Każdy specjalista proponował inną dietę, ale zawsze nurtowały mnie różne wątpliwości… Dlatego wydaje mi się, że najlepiej jeść wszystko.
– Czyż nie są zdrowi właśnie ci, którzy jedzą różnorodnie, bez wybrzydzania? To dowód na to, że nie mają zaburzeń fizycznych ani psychicznych – orzekła żona starszego wiceprezesa, która od tamtego momentu zerkała na piersi mojej małżonki. Udało się jej w końcu znaleźć okazję, aby złośliwie wbić szpilę. – Co panią skłoniło do przejścia na wegetarianizm? Może problemy zdrowotne? A może kwestie religijne?
– Ależ nie – odpowiedziała moja żona cicho i spokojnie, jak gdyby nie zdawała sobie sprawy, że w towarzystwie tych ludzi powinna być bardziej ostrożna.
Na ciele pojawiła mi się gęsia skórka. Przeczuwałem, jakie zaraz padną słowa.
– Miałam sen…
Szybko wszedłem jej w słowo:
– Żona przez długi czas miała problemy z żołądkiem. Dlatego cierpiała na bezsenność. W końcu zasięgnęła porady lekarza tradycyjnej medycyny koreańskiej i przestała jeść mięso. Od tamtej pory czuje się znacznie lepiej.
Wszyscy pokiwali głową ze zrozumieniem.
– Całe szczęście. Jeszcze nigdy nie jadłam posiłku z prawdziwym wegetarianinem. Jeść posiłek z osobą, która brzydzi się ludźmi jedzącymi mięso? To straszne! Czyż przejście na wegetarianizm ze względów psychologicznych nie oznacza po prostu wstrętu do jedzenia mięsa? Nie sądzą państwo?
– Wyobraźcie sobie, że z apetytem nawijacie na pałeczki wiercące się surowe ośmiorniczki i podnosicie je do ust, a kobieta siedząca naprzeciw gapi się na was jak na dzikie bestie!
Towarzystwo wybuchnęło śmiechem. Wtórując pozostałym, byłem świadomy, że mojej żony wcale to nie bawi. Wiedziałem, że nie przysłuchuje się rozmowie zgromadzonych w restauracji, jedynie wpatruje się w ich usta, lśniące od oleju sezamowego, którym przyprawiono t’angpy’ŏngch’ae. Byłem pewien, że wszyscy czują się tym skrępowani.
Zaraz potem podano kkanp’unggi – chrupiące kawałki kurczaka z pikantnym sosem – a następnie sashimi z tuńczyka. W czasie, gdy inni delektowali się jedzeniem, moja żona nie podniosła nawet łyżki do ust. Patrzyła tylko z natężeniem na poruszające się wargi pozostałych osób, a pod jej bluzką wyraźnie rysowały się sutki przypominające małe żołędzie.
Chociaż łącznie podano ponad dziesięć różnych potraw, zjadła jedynie sałatkę, kimchi i gęstą zupę z dyni. Nawet nie skosztowała wyśmienitej zupy z kulkami z kleistego ryżu, ponieważ ugotowano ją na wywarze mięsnym. Zebrani goście stopniowo przestali zwracać na nią uwagę. Od czasu do czasu zadawali mi jakieś pytania, jak gdyby się nade mną litowali, ale czułem, że ze względu na żonę trzymają mnie na dystans.
Kiedy na deser podano owoce, moja żona zjadła kawałek jabłka i pomarańczy.
– Czy nie jest pani głodna? Prawie nic pani nie zjadła… – zatroskała się przyjaźnie żona prezesa.
Yŏng-hye nie uśmiechnęła się do niej, nie spłonęła rumieńcem ani się nie zawahała: spojrzała tylko na tę wyrafinowaną kobietę, darując sobie odpowiedź. Jej spojrzenie popsuło wszystkim nastrój. „Czy ona wie, jak wiele znaczy to spotkanie? Czy naprawdę nie ma pojęcia, kim jest ta kobieta?”. Umysł mojej żony wydał mi się nagle nieprzenikniony niczym umieszczona głęboko w ziemi pułapka.
*
Musiałem coś z tym zrobić.
Tamtego wieczora, czując, że wszystko skończyło się porażką, wracałem samochodem do domu i zastanawiałem się, jak powinienem postąpić. Moja żona wydawała się spokojna. Najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, jakie mogą być konsekwencje jej zachowania. Oparła głowę o szybę auta, jakby była senna albo zmęczona. Wcześniej, gdyby zdarzyło się coś podobnego, pewnie wpadłbym w złość. „Chcesz, żeby mnie wyrzucili z pracy? Co ty, do licha, wyprawiasz?”.
Przeczuwałem jednak, że to nie ma sensu. Moje argumenty do niej nie trafiały, a złość nie robiła na niej wrażenia. Zdawałem sobie sprawę, że sam nic tu nie wskóram.
Po powrocie do domu moja żona umyła się i przebrała w koszulę nocną, po czym zamiast do sypialni udała się do swego pokoju. Przez chwilę krążyłem nerwowo po salonie, aż w końcu chwyciłem za słuchawkę. W dalekim miasteczku telefon odebrała teściowa. Chociaż było jeszcze za wcześnie, żeby kłaść się do łóżka, wyczułem, że jest zaspana.
– Wszystko u was w porządku? Dawno się nie odzywaliście.
– Przepraszam. Miałem dużo pracy. Jak się miewa teść?
– U nas wszystko po staremu. A co u ciebie?
– Wszystko w normie – odpowiedziałem po chwili wahania. – Ale Yŏng-hye…
– Yŏng-hye? Coś się stało? – przestraszyła się teściowa. Chociaż zazwyczaj nie wydawała się szczególnie zainteresowana młodszą córką, to jednak dziecko jest zawsze dzieckiem.
– Przestała jeść mięso.
– Co takiego?
– Je tylko zieleninę. Już od kilku miesięcy.
– Co ty opowiadasz? Chyba jej nie przyszło do głowy się odchudzać czy coś w tym stylu?
– No cóż. Próbowałem jej to odradzać, ale mnie nie słucha. W efekcie ja też już od dawna nie miałem okazji skosztować w domu mięsa.
Teściowej zabrakło słów. Ja drążyłem temat.
– Wygląda naprawdę mizernie.
– Tak być nie może. Daj mi ją do telefonu, jeśli jest gdzieś obok.
– Już śpi. Powiem jej jutro rano, żeby zadzwoniła.
– Nie, lepiej nic jej nie mów. Sama do niej zadzwonię. Dlaczego tak się nagle zachowuje… Naprawdę wstyd mi za nią.
Jak tylko zakończyłem rozmowę, wyszukałem w notesie numer szwagierki.
– Halo?! Halo?! – usłyszałem krzyk Chi-u, jej trzyletniego syna, który odebrał telefon.
– Daj mi mamę.
Wkrótce słuchawkę przejęła szwagierka. Była podobna do mojej żony, ale miała większe oczy, przez co była o wiele ładniejsza, a przede wszystkim bardziej kobieca.
– Halo? – usłyszałem jej nosowy głos.
Zawsze, gdy rozmawiałem z nią przez telefon, czułem się nieco podniecony. Poinformowałem ją – tak jak wcześniej teściową – że Yŏng-hye została wegetarianką, wywołując podobne zaskoczenie i zażenowanie, po czym uzyskałem obietnicę, że weźmie sprawy w swoje ręce, i odłożyłem słuchawkę. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zadzwonić jeszcze do szwagra, ale uznałem, że to byłaby już przesada, i dałem sobie spokój.
*
Znowu miałam sen.
Ktoś kogoś zabił, ktoś inny zatarł ślady morderstwa. Gdy się obudziłam, szczegóły snu ulotniły się z mojej pamięci. Czy byłam mordercą, czy ofiarą? Jeśli byłam mordercą, kogo zabiłam? Może to byłeś ty. Ofiarą był ktoś bliski mordercy. A może to ty mnie zabiłeś… W takim razie kto zatarł ślady morderstwa? Z pewnością nie byłam to ani ja, ani ty… Przypominam sobie łopatę. Właściwie tylko to pamiętam dokładnie: morderca zabił ofiarę, uderzając ją w głowę wielką łopatą ogrodową. Pamiętam moment, w którym metalowa łopata w zwolnionym tempie walnęła w głowę, wydając głuchy odgłos… I wyraźny cień ciała upadającego na ziemię w mroku…
Ten sen już kiedyś mi się przyśnił. Zresztą śnił mi się wiele razy. Podobnie jak pijanemu człowiekowi przypominają się momenty, kiedy był pijany, tak samo we śnie przypominają się sny, które już kiedyś się przyśniły. Wiele razy ktoś kogoś zabijał. To, co wtedy czułam, jest takie mgliste, nieuchwytne… A jednak przerażająco silne i trwałe.
Z pewnością nie da się tego zrozumieć. Już wcześniej odczuwałam strach, widząc, że ktoś kroi coś nożem na desce. Nawet wtedy, gdy to była moja mama albo starsza siostra. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Po prostu nie mogłam znieść tego widoku. Starałam się takie osoby uprzejmie traktować. Ta osoba, którą wczoraj zabiłam we śnie albo która mnie zabiła, nie była ani moją mamą, ani siostrą. Groza, ohyda i brutalność tej sytuacji wywarły na mnie jednak podobne wrażenie. Poczucie, że zabiłam człowieka albo że ktoś próbował mnie zabić. Nie sposób to zrozumieć, jeśli się tego nie doświadczyło… Niepodważalne, odzierające z iluzji. Lepkie jak niezastygła krew.
Dlaczego tak się stało? Wszystko wydaje się obce. Czuję się tak, jak gdybym weszła gdzieś od tylnej strony. Jakbym została uwięziona za drzwiami bez klamek. Nie, być może jestem tutaj od samego początku, ale dopiero teraz to sobie uświadomiłam. Jakże ciemno. Wszystko jest tak strasznie pogmatwane.
*
Wbrew moim oczekiwaniom perswazje szwagierki i teściowej nie wpłynęły na decyzje żywieniowe mojej żony. Co weekend dzwoniła do mnie teściowa, aby sprawdzić, czy coś się w tej kwestii zmieniło.
– Yŏng-hye dalej nie je mięsa?
Nawet teść, który nigdy do nas nie dzwonił, porządnie jej nawymyślał. Dokładnie słyszałem jego krzyk dobiegający ze słuchawki telefonu:
– Co to ma znaczyć?! Nie chodzi zresztą tylko o ciebie! Pomyśl o swoim mężu!
Moja żona w milczeniu ściskała słuchawkę.
– Dlaczego nie odpowiadasz?! Czy ty w ogóle mnie słuchasz?!
Ponieważ pozostawiona na palniku zupa zaczęła wrzeć, moja żona bez słowa odłożyła słuchawkę i udała się do kuchni. Nie pofatygowała się już, aby wrócić. Podniosłem więc słuchawkę, z której wciąż dobiegał głos poirytowanego teścia.
– To ja. Bardzo mi przykro.
– Ależ nie, to mnie jest wstyd.
Zdziwiłem się, słysząc przepraszający ton mojego patriarchalnego teścia: przez pięć lat naszego małżeństwa nie zdarzyło mu się zwrócić do mnie w ten sposób. Słowa zrozumienia zwyczajnie do niego nie pasowały. Głos teścia, którego największą dumą było zdobycie medalu za zasługi w czasie wojny wietnamskiej, był niezwykle donośny, a on sam był typem człowieka, którego trudno było złamać. Jako zięć kilkakrotnie słyszałem jego popisową mowę zaczynającą się od słów: „W czasie wojny w Wietnamie siedmiu partyzantów Wietkongu…”. Moja żona mówiła mi, że ojciec wychowywał ją twardą ręką do siedemnastego roku życia.
– W każdym razie spróbuję przemówić jej do rozumu, kiedy przyjedziemy do Seulu w przyszłym tygodniu…
W czerwcu teściowa miała obchodzić urodziny. Ponieważ dom teściów był daleko, dzieci zwykle przesyłały jej tylko prezent pocztą i dzwoniły z Seulu z życzeniami. Jednak na początku maja rodzina szwagierki przeprowadziła się do większego mieszkania, więc teściowie postanowili, że przyjadą do Seulu, między innymi po to, aby je obejrzeć. Zapowiadało się na to, że to spotkanie w drugą niedzielę czerwca stanie się ważnym wydarzeniem rodzinnym, jakie trafia się być może raz na kilka lat. Chociaż nikt o tym otwarcie nie mówił, wydawało się oczywiste, że to właśnie w tym dniu bliscy przemówią mojej żonie do rozumu.
Nie wiem, czy Yŏng-hye zdawała sobie sprawę z tego, co się wokół niej dzieje, ale dni mijały jej spokojnie. Chociaż w dalszym ciągu unikała seksu – wolała już raczej spać w dżinsach – nadal mogliśmy uchodzić za w miarę normalne małżeństwo. Dziwne było tylko to, że coraz bardziej chudnie i że kiedy ja po omacku wyłączam o świcie budzik i podnoszę się z łóżka, ona leży w ciemności: wyprostowana, z szeroko otwartymi oczyma. Po tamtej firmowej kolacji przez jakiś czas traktowano mnie dosyć podejrzliwie, ale po tym, jak wykonany przeze mnie projekt przyniósł spore zyski, wszystko rozeszło się po kościach.
Czasem przychodziło mi do głowy, że chociaż żyję pod jednym dachem z dziwaczną osobą, to nie powinno z tego wyniknąć nic złego. Czułem się po prostu tak, jak gdybym mieszkał z kimś obcym. Albo raczej z siostrą czy też etatową gosposią, która gotuje i sprząta mieszkanie. Niemniej byłem mężczyzną w kwiecie wieku, który już zakosztował życia w małżeństwie, trudno mi było więc znieść abstynencję seksualną. Zdarzało się, że gdy wracałem nocą z firmowych kolacji, odurzony alkoholem, próbowałem wziąć ją siłą. Czułem nieoczekiwane podniecenie, kiedy ściągałem jej spodnie, przytrzymując stawiające opór ramiona. Chociaż zaciekle się broniła, cicho przeklinając ten upór, nie dawałem za wygraną i raz na trzy razy udawało mi się w nią wejść. Zawsze leżała wtedy w ciemności, spoglądając w sufit nieobecnym wzrokiem, jak gdyby była jedną z kobiet wciągniętych siłą do korpusu pocieszycielek. Kiedy było już po wszystkim, odwracała się na bok i przykrywała twarz kołdrą. Gdy brałem prysznic, przywracała siebie i posłanie do porządku, a kiedy wracałem do sypialni, leżała tam na plecach z zamkniętymi oczyma, jakby nic się nie stało.
Za każdym razem ogarniało mnie wówczas dziwne i złowrogie przeczucie. Chociaż z natury nie jestem człowiekiem, który ulega podszeptom intuicji, przerażały mnie cisza i ciemność panujące w sypialni. Następnego dnia rano, jedząc śniadanie, spoglądałem z nieukrywaną odrazą na mocno zaciśnięte usta i profil żony, która siedziała obok mnie przy stole, zupełnie ignorując to, co do niej mówię. Czułem się nieswojo, patrząc na jej twarz człowieka surowo doświadczonego przez życie.
Zdarzyło się to wieczorem, trzy dni przed planowanym spotkaniem rodzinnym. W Seulu było wówczas wyjątkowo gorąco i wilgotno, dlatego też w dużych budynkach i sklepach włączono klimatyzację. Po dniu spędzonym w biurze, gdzie byłem wystawiony na działanie zimnego powietrza, wróciłem do domu wyczerpany. Gdy tylko zobaczyłem moją żonę, szybko wskoczyłem do mieszkania i zatrzasnąłem za sobą drzwi wejściowe. Bałem się, że ktoś ją zauważy, przechodząc korytarzem. Moja żona, na wpół naga, ubrana jedynie w jasnoszare bawełniane spodnie, siedziała oparta o komodę RTV i obierała ziemniaki. Pod wyraźnie zarysowanymi obojczykami uwypuklały się nieznacznie jej wychudłe piersi.
– Dlaczego się rozebrałaś? – zapytałem, siląc się na uśmiech.
Nie zadała sobie nawet trudu, by na mnie spojrzeć.
– Gorąco mi – odpowiedziała, w dalszym ciągu obierając ziemniaki.
„Popatrz na mnie! – powiedziałem do siebie w duchu, zaciskając zęby. – Spójrz na mnie i uśmiechnij się. Pokaż mi, że to tylko żart”. Ale się do mnie nie uśmiechnęła. Była ósma wieczorem, drzwi przeszklonej loggii pozostawały otwarte, a w mieszkaniu wcale nie było gorąco. Na ramionach mojej żony widać było gęsią skórkę przypominającą ziarenka sezamu. Na gazecie leżała sterta ziemniaczanych obierek. Ponad trzydzieści obranych ziemniaków tworzyło maleńki pagórek.
– Po co ci tyle ziemniaków? – spytałem z udawanym spokojem.
– Chcę je ugotować.
– Wszystkie?
– Uhm.
Zaśmiałem się nerwowo, oczekując, że ona również wybuchnie śmiechem, ale tak się nie stało. Nawet na mnie nie spojrzała.
– Po prostu trochę zgłodniałam.
*
Kiedy we śnie podcinam komuś szyję, kiedy chwytam za niespokojne włosy i próbuję odkroić głowę nożem, kiedy kładę na dłoni śliskie gałki oczne, a potem się budzę… Kiedy na jawie nachodzi mnie ochota, żeby zabić niezdarnego gołębia albo udusić kota sąsiada, kiedy drżą mi nogi i oblewa mnie zimny pot, kiedy wydaje mi się, że staję się zupełnie innym człowiekiem i że ten inny człowiek wyłania się ze mnie i mnie pożera…
W moich ustach gromadzi się wtedy ślina. Gdy przechodzę obok sklepu mięsnego, zasłaniam usta. U podstawy języka zbiera się ślina i napływa mi do ust. Moje wargi są wilgotne od cieknącej śliny.
*
Gdybym tak mogła zasnąć! Gdybym tak mogła zaznać spokoju choćby na jedną godzinę! Nocami spaceruję boso po wyziębionym domu. Jest wychłodzony jak ostygły ryż, jak zimna zupa. Za oknami panuje ciemność. Od czasu do czasu od strony ukrytych w mroku drzwi wejściowych dobiega niepokojący dźwięk, ale po drugiej stronie nikogo nie ma. Kiedy wracam do sypialni i wkładam dłonie pod kołdrę, czuję, jak wyziębione jest moje łóżko.
*
Ostatnimi czasy nie potrafię zasnąć na dłużej niż pięć minut. Gdy tylko tracę świadomość, śni mi się ten sen. Chociaż nie, trudno powiedzieć, że jest to sen. To krótkie sceny, które bez ustanku nakładają się na siebie w mojej głowie. Błyszczące oczy bestii, ślady krwi, wykopana z ziemi czaszka i znowu oczy bestii. Oczy, które zdają się wyłaniać z mojego brzucha. Kiedy drżąc, otwieram oczy, przyglądam się najpierw moim dłoniom. Moje paznokcie są jeszcze miękkie, moje zęby mają w dalszym ciągu delikatny kształt.
Ufam tylko moim piersiom. Lubię je. Nie można przecież nikogo zabić za pomocą piersi. Ręce, nogi, zęby i język, a nawet wzrok to narzędzia, którymi można kogoś zabić albo zranić. Ale piersi są zupełnie inne. Tylko moje krągłe piersi mi nie przeszkadzają. Jeszcze mi nie przeszkadzają. Czemu jednak tak chudną? Nie są już krągłe. Dlaczego? Czemu tak tracę na wadze? Czemu robię się taka spiczasta, jak gdybym chciała coś przeszyć na wskroś?
*
Mieszkanie szwagierki znajdowało się na szesnastym piętrze i było położone od dobrze nasłonecznionej, południowej strony. Chociaż sąsiedni blok nieco przysłaniał widok, w dali za oknami rozpościerały się góry.
– Nie muszę już się o was martwić. Wszystko się wam w życiu ułożyło – orzekł teść, podnosząc łyżkę do ust.
In-hye kupiła to mieszkanie za dochody ze sklepu z kosmetykami, który zaczęła prowadzić, zanim jeszcze wyszła za mąż. Pracowała do późnych miesięcy ciąży i zdołała zmienić lokal na trzykrotnie większy. Po urodzeniu dziecka zaglądała do sklepu jedynie w nocy, jednak teraz oznajmiła, że po tym, jak Chi-u skończył trzy latka i poszedł do przedszkola, znowu zaczęła pracować w sklepie od rana do wieczora.
Zazdrościłem jej mężowi. Ukończył akademię sztuk pięknych i kreował się na artystę, ale miał niewielki wkład w domowy budżet. Wprawdzie odziedziczył jakiś majątek, ale przecież gdy człowiek tylko wydaje, prędzej czy później wszystko traci. Będzie mógł jednak żyć beztrosko, przez całe życie tworząc tę swoją sztukę, skoro szwagierka zakasała rękawy i ciężko pracuje. W dodatku była tak samo dobrą kucharką jak niegdyś moja żona. Poczułem, jak ogarnia mnie nagły głód na widok stołu uginającego się od przygotowanych przez nią potraw. Jej krągłe ciało, przyjemny głos i wyraziste, duże oczy uświadamiały mi, jak wiele w życiu straciłem.
Yŏng-hye darowała sobie wszelkie grzeczności: nie pochwaliła ani nowego mieszkania, ani też wysiłku siostry włożonego w przygotowanie dań. W ciszy jadła ryż, zagryzając go kimchi. Nie tknęła niczego poza tym. Nie chciała nawet spróbować apetycznej sałatki, bo zawierała majonez jajeczny.
Jej twarz poczerniała z braku snu. Ktoś nieznajomy pomyślałby z pewnością, że cierpi na jakąś poważną chorobę. Jak zwykle nie włożyła biustonosza. Gdy się patrzyło na nią uważnie, można było dostrzec jasnobrązowe sutki niczym plamy przebijające przez białą koszulkę. Kiedy weszliśmy do mieszkania, szwagierka zawołała ją do sypialni, ale po krótkiej chwili wyszła z niej pierwsza z wyrazem osłupienia na twarzy. Byłem pewny, że Yŏng-hye odmówiła włożenia stanika.
– Ile zapłaciliście za to mieszkanie u dewelopera?
– Naprawdę? Wczoraj zajrzałem na stronę jakiejś agencji nieruchomości. Podobno te lokale podrożały o pięćdziesiąt milionów wonów! Mówią też, że w przyszłym roku w pobliżu otworzą stację metra.
– Jesteś naprawdę zaradny!
– To przecież nie moja zasługa. In-hye się o wszystko postarała.
Gdy dorośli prowadzili grzecznościową, uprzejmą rozmowę o konkretach, dzieci jadły, aż im się uszy trzęsły, hałasując i poszturchując się wzajemnie.
– Powiedz, jak dałaś radę to wszystko ugotować – zwróciłem się do szwagierki.
Uśmiechnęła się delikatnie.
– Już przedwczoraj zaczęłam. Yŏng-hye uwielbia sałatkę z ostryg, więc specjalnie wybrałam się po nie na targ… Ale ona nawet ich nie tknęła!
Wstrzymałem oddech. Zaczęło się.
– Poczekaj no, In-hye. Yŏng-hye, ile razy mam ci powtarzać?! Jak ty się zachowujesz?! – huknął teść.
– Jak ty to sobie właściwie wyobrażasz? – zawtórowała mu In-hye. – Człowiek potrzebuje różnych składników odżywczych… Jeśli chcesz zrezygnować z jedzenia mięsa, powinnaś odpowiednio wzbogacić swoją dietę. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak wyglądasz?
– Fakt – przyznała żona Yŏng-ho, mojego szwagra. – Zupełnie cię nie poznałam. Słyszałam, że nie jesz mięsa, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tak podupadłaś na zdrowiu.
– Koniec z tym wegetarianizmem czy jak to zwą! Jedz! Raz, dwa, trzy! To, to i to! Przecież to nie są czasy głodu, jak możesz tak wyglądać?! – krzyczała teściowa, podsuwając mojej żonie smażoną wołowinę, wieprzowinę t’angsuyuk, duszonego kurczaka i smażone ośmiorniczki z makaronem.
– Na co czekasz?! Jedz! – ponaglał ją teść głosem przypominającym odgłos parowozu.
– Jedz, Yŏng-hye! Nabierzesz sił. Człowiek potrzebuje energii, żeby żyć. Mnisi w świątyniach buddyjskich żyją w ascezie, ale oni prowadzą pustelniczy tryb życia – napominała ją łagodnie, ale wytrwale szwagierka.
Dzieci spoglądały na moją żonę szeroko otwartymi oczyma. Ona sama w osłupieniu patrzyła na swoich krewnych, jak gdyby nie rozumiała, co się do niej mówi.
Nastała pełna napięcia cisza. Popatrzyłem kolejno na ogorzałą od słońca twarz teścia, na twarz teściowej pomarszczoną jak jabłko do tego stopnia, że trudno było uwierzyć, że była kiedyś młodą kobietą, i na kryjące się w jej oczach zmartwienie, na podniesione brwi zatroskanej In-hye, na jej męża, który przybrał rolę biernego obserwatora, na obojętny, choć nieco zniesmaczony wyraz twarzy Yŏng-ho i jego żony. Myślałem, że Yŏng-hye jakoś zareaguje na to niewerbalne przesłanie, które kierowały do niej twarze jej krewnych, ale ona po prostu odłożyła na stolik pałeczki.
Nastąpiło niewielkie poruszenie. Teściowa chwyciła pałeczkami kawałek wieprzowiny t’angsuyuk i podsunęła go mojej żonie do ust.
– Masz, zrób aaa… Jedz, no już!
Zacisnąwszy usta, moja żona popatrzyła na matkę, jakby nie miała pojęcia, co się dzieje.
– Otwieraj usta! Nie masz na to ochoty? To spróbuj tego! – Tym razem teściowa podniosła kawałek smażonej wołowiny, ale widząc, że Yŏng-hye zaciska usta, położyła go z powrotem na talerz i chwyciła pałeczkami porcję sałatki z ostryg. – Przecież od dziecka uwielbiałaś ostrygi! Powiedziałaś kiedyś, że chciałabyś raz najeść się nimi do syta…
– Ja też to pamiętam. Dlatego zawsze, kiedy widzę ostrygi, przychodzi mi na myśl Yŏng-hye – poparła teściową szwagierka, jak gdyby przede wszystkim niepokoił ją fakt, że siostra nie chce jeść nawet tego.
Moja żona, widząc ostrygę zbliżającą się do jej ust, z całej siły wywinęła się do tyłu.
– Zjedz coś wreszcie, ręka mnie boli… – Uniesiona w powietrzu dłoń teściowej faktycznie drżała.
Yŏng-hye podniosła się nareszcie z miejsca.
– Ja nie jem mięsa – odezwała się w końcu głośno i wyraźnie.
– Co takiego?! – wykrzyknęli jednocześnie teść i Yŏng-ho, tak samo impulsywny jak jego ojciec.
Żona szwagra szybko złapała go za ramię.
– Serce mi pęka, gdy na to patrzę! Nie rozumiesz, co do ciebie mówię?! Skoro każę ci jeść, to jedz!
Myślałem, że moja żona odpowie coś w rodzaju: „Przepraszam cię, tato, ale nie mogę tego zrobić”. Jednak ona zwróciła się do niego spokojnym tonem, jakby zupełnie nie miała za co przepraszać:
– Ja nie jem mięsa.
Zrezygnowana teściowa opuściła rękę. Miałem wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Znowu zapadła cisza i wydawało się, że wszystko eksploduje z napięcia. Teść złapał pałeczki, chwycił nimi kawałek wieprzowiny, okrążył stół i zbliżył się do mojej żony.
Jego ciało było silne i krzepkie od codziennej pracy, ale starość przygniatała go już do ziemi. Usiłował włożyć Yŏng-hye mięso do ust.
– Jedz! No jedz! Słuchaj, co ojciec do ciebie mówi. To przecież dla twojego dobra. Nie chcesz się przecież rozchorować?
Jego ojcowska troska wzruszyła mnie do łez. Wszyscy tam obecni chyba czuli wówczas to samo. Yŏng-hye krótkim ruchem odepchnęła drżące w ręku ojca pałeczki.
– Tato, ja nie jem mięsa.
Twarda dłoń teścia ze świstem przeszyła powietrze. Moja żona złapała się za policzek.
– Tato! – krzyknęła szwagierka, chwytając ojca za ramię.
Usta teścia drgały, jak gdyby emocje jeszcze z niego nie uszły. Słyszałem, że ma porywczy charakter, ale nigdy wcześniej nie widziałem, żeby kogoś uderzył.
– Chŏng, Yŏng-ho, chodźcie no tu!
Z wahaniem podszedłem do Yŏng-hye. Uderzył ją tak mocno, że krew nabiegła jej do policzka. W końcu puściły jej nerwy, bo głośno oddychała.
– Przytrzymajcie ją.
– ???
– Niech zje kawałek, to przejdą jej te fanaberie. Na miłość boską, jak można nie jeść mięsa?!
Yŏng-ho wstał z miejsca. Na jego twarzy malowało się niezadowolenie.
– Yŏng-hye, co ci szkodzi, zjedz. Wystarczyłoby, żebyś przytaknęła ojcu i udała, że jesz. Czy musisz się tak przy nim zachowywać?
– O czym ty opowiadasz?! – krzyknął teść. – Przytrzymajcie ją! Ty też, Chŏng!
– Tato, nie denerwuj się! – Szwagierka ujęła ojca za prawe ramię.
Ten rzucił pałeczki na podłogę, chwycił wieprzowinę palcami i zbliżył się do Yŏng-hye. Próbowała się wycofać, ale Yŏng-ho ją przytrzymał.
– Zjedz po dobroci. Weź, co ci ojciec daje.
– Tato, przestań! – błagała In-hye.
Próbowała powstrzymać ojca, ale nie była tak silna jak Yŏng-ho, który trzymał moją żonę. Teść strzepnął więc jej rękę i przytknął wieprzowinę do ust Yŏng-hye. Zajęczała, mocno zaciskając usta. Prawdopodobnie bała się odezwać, słusznie przypuszczając, że ojciec wepchnie jej mięso do ust, gdy tylko je otworzy.
– Tato! – krzyknął Yŏng-ho, jak gdyby chciał go od tego odwieść, ale w dalszym ciągu przytrzymywał siostrę.
– Eemmm…!
Teść rozgniatał mięso na ustach wijącej się boleśnie córki. Chociaż zdołał rozewrzeć jej wargi, nie był w stanie pokonać oporu mocno zaciśniętych zębów. Rozwścieczony do szpiku kości jeszcze raz uderzył ją w twarz.
– Tato! – Chociaż In-hye przyskoczyła i złapała go za plecy, próbując go powstrzymać, zdążył w końcu wepchnąć Yŏng-hye mięso do rozchylonych ust.
Zaskoczony Yŏng-ho rozluźnił uchwyt, a Yŏng-hye, warcząc, wypluła mięso na podłogę. Z jej ust wydobył się ryk przypominający głos dzikiej bestii.
– Z drogi! – Kuląc się w sobie, zdawała się uciekać do wyjścia, ale po chwili obróciła się i chwyciła leżący na stole nóż do obierania owoców.
– Yŏng-hye… – Zamierający głos teściowej nakreślił rysę na tafli srogiej ciszy.
Dzieci wybuchnęły powstrzymywanym płaczem.
Zaciskając zęby, moja żona po kolei spojrzała w oczy obserwującym ją członkom rodziny i podniosła nóż.
– Niech ktoś ją powstrzyma…
– Uważajcie na nią!
Z jej nadgarstka, niczym z fontanny, wytrysnęła krew. Jak deszcz zrosiła białe talerze. Yŏng-hye ugięła kolana i opadła na ziemię. To mąż szwagierki, który przez cały czas jedynie obserwował całą sytuację, wyciągnął jej wtedy nóż z ręki.
– Na co się gapicie?! Niech ktoś przyniesie jakiś ręcznik! – Zatamował krwotok ze zręcznością godną komandosa i zarzucił Yŏng-hye na plecy. – Chŏng, zbiegnij na dół, uruchom silnik!
Po omacku szukałem swoich butów. Dwa razy włożyłem but nie do pary, ale w końcu mi się udało: dopiero wtedy otworzyłem drzwi i wybiegłem na zewnątrz.
*
Ojciec przywiązał do motoru psa, który ugryzł mnie w nogę. Ja, ośmioletnia, stoję przed główną bramą. Ranę po ugryzieniu opatrzono mi spaloną sierścią z psiego ogona i owinięto bandażem. Upalny i duszny, letni dzień. Chociaż tkwię nieruchomo, spływa po mnie pot. Pies także głośno dyszy, a czerwony język zwisa mu po brodę. Piękny biały pies, większy niż ja sama. Zanim ugryzł córkę właściciela, wszyscy drania chwalili, że jest mądry.
Ojciec oznajmił, że nie będzie go wieszał na drzewie, aby przypalać go ogniem i tłuc kijem. Słyszał gdzieś, że o wiele bardziej delikatne jest mięso psa, który zabiega się na śmierć. Przekręca więc kluczyk w stacyjce i rusza motorem przed siebie. Pies biegnie tuż za nim. Okrążają okolicę tą samą drogą: dwa, trzy razy. Stoję w bezruchu przy bramie i wpatruję się w coraz bardziej wyczerpanego Białego, który dyszy i wytrzeszcza ślepia. Za każdym razem, gdy napotykam jego spojrzenie, w moich oczach jest coraz więcej złości.
„Wstrętne psisko, jak śmiałeś mnie ugryźć?!”.
Za piątym okrążeniem z pyska psa toczy się piana. Z szyi, do której przywiązany jest sznur, leje się krew. Pies wyje z bólu, z trudnością biegnąc za motorem. Szóste okrążenie – pies wymiotuje ciemnoczerwoną krwią, krew leje się z jego szyi i pyska. Stoję jak słup soli i patrzę na spienioną krew, na parę błyszczących ślepi. Na próżno czekam, aż zrobi siódme okrążenie. Wraca jedynie jego ciało, załadowane przez ojca na bagażnik. Patrzę na dyndające cztery łapy, na rozwarte ślepia nabiegłe krwią.
Wieczorem tego dnia w naszym domu odbyło się przyjęcie. Zebrali się wszyscy znajomi panowie z okolicy. Zjadłam łyżkę zupy, bo mi powiedzieli, że trzeba zjeść, aby rana się dobrze zagoiła. Nie! Tak naprawdę zjadłam całą miskę zupy z psa zmieszanej z ryżem. W nozdrza wdarł mi się nieprzyjemny odór mięsa, którego nie zdołał stłumić aromat mielonych ziaren pachnotki. Pamiętam migotające w zupie oczy, oczy drania, który patrzył na mnie, biegnąc przed siebie i wymiotując spienioną krwią. Wcale mnie to nie obeszło. Naprawdę wcale mnie to nie obeszło.
*
Kobiety zostały w domu, aby uspokoić dzieci, a Yŏng-ho zajął się teściową, która straciła przytomność. Ja i mąż In-hye zawieźliśmy moją żonę na oddział ratunkowy do pobliskiego szpitala. Dopiero gdy sytuacja kryzysowa została opanowana, a żonę umieszczono w dwuosobowej sali, zauważyliśmy ślady krwi na naszych ubraniach.
Yŏng-hye spała podłączona do kroplówki. W prawej ręce miała wenflon. Patrzyliśmy w milczeniu na jej pogrążoną we śnie twarz, jak gdyby wypisane było na niej rozwiązanie. Jak gdyby można było znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, uporczywie się w nią wpatrując.
– Powinieneś chyba już iść.
– Chyba tak. – Mąż In-hye, zdaje się, miał ochotę coś dodać, ale ugryzł się w język.
Wyciągnąłem dwadzieścia tysięcy wonów, które miałem w kieszeni, i włożyłem mu do ręki.
– Nie idź tak do domu. Kup sobie jakieś ubranie w szpitalnym sklepiku.
– A ty?… Poproszę później In-hye, żeby przyniosła ci coś mojego.
Wieczorem do szpitala zawitała In-hye oraz Yŏng-ho z żoną. Powiedzieli, że teść nadal jest wzburzony. Yŏng-ho dodał, że teściowa chciała koniecznie przyjść z wizytą, ale kazał jej zostać w domu.
– Jak ona mogła to zrobić?! Przy małych dzieciach… – Żona Yŏng-ho miała spuchnięte oczy i rozmazany makijaż, jak gdyby wcześniej płakała pod wpływem szoku. – Teść też się strasznie zachował. Jak można uderzyć córkę przy zięciu? Czy wcześniej też mu się to zdarzało?
– Jest przecież bardzo porywczy… Tak samo zresztą jak Yŏng-ho, więc powinnaś się domyślić. Ale z wiekiem złagodniał.
– Czemu się mnie czepiasz?
– Dodatkowo musiał się czuć zaskoczony, bo Yŏng-hye nigdy mu się nie sprzeciwiała.
– Niepotrzebnie ją zmuszał do jedzenia mięsa. Ale w zasadzie ona też nie powinna mu się tak stawiać. Mogła ustąpić. I od razu tak z nożem?! W życiu czegoś podobnego nie widziałam. Naprawdę nie wiem, jak będę mogła po tym wszystkim spojrzeć jej prosto w oczy!
Podczas gdy szwagierka czuwała przy Yŏng-hye, ja przebrałem się w koszulkę jej męża i udałem do pobliskiej łaźni, żeby wziąć prysznic. W strumieniu letniej wody spłukałem zakrzepłą krew. Ludzie przyglądali mi się z ukosa podejrzliwym wzrokiem. Chciało mi się rzygać od tego wszystkiego. Cała ta sytuacja wydawała mi się odrażająca. Miałem wrażenie, że to nie wydarzyło się naprawdę. Bardziej niż zaskoczenie czy konsternację odczuwałem silną niechęć do własnej żony.
Szwagierka wróciła do domu. W dwuosobowej szpitalnej sali oprócz mnie i mojej żony pozostała jeszcze licealistka hospitalizowana ze względu na pęknięcie jelita oraz jej rodzice. Siedziałem u wezgłowia Yŏng-hye, świadomy, że szepczą coś do siebie, spoglądając w moim kierunku. Wkrótce skończy się ta długa niedziela i zacznie poniedziałek. Nie będę musiał na nią patrzeć. Jutro zajmie się nią In-hye, a pojutrze wypuszczą ją do domu. Oznacza to, że będę musiał mieszkać pod jednym dachem z tą dziwną, przerażającą osobą. Nie potrafiłem tego zaakceptować.
Następnego dnia o dziewiątej wieczorem odwiedziłem żonę w szpitalu. Szwagierka przywitała mnie uśmiechem.
– Musisz być zmęczony, prawda?
– Gdzie zostawiłaś Chi-u?
– Mój mąż się nim opiekuje.
Na pewno nie byłoby mnie w szpitalu o tej porze, gdyby w firmie organizowano biznesową kolację, ale był poniedziałek i w pracy nie działo się nic szczególnego. Nieco wcześniej doprowadziliśmy do końca ważny projekt i nie musiałem tyrać po nocach.
– Co z Yŏng-hye? Jak się czuje?
– Ciągle śpi. Próbowałam z nią porozmawiać, ale się nie odzywała. Zjadła kolację… Chyba będzie dobrze.
Jej wyjątkowy, pełen troski głos, który zawsze przyprawiał mnie o bicie serca, sprawił, że trochę zeszło ze mnie napięcie. Mniej więcej pół godziny po tym, jak wyszła, rozluźniłem krawat i miałem iść do łazienki, żeby się trochę umyć. Nagle usłyszałem stukanie do drzwi.
Z niespodziewaną wizytą przyszła teściowa.
– Tak mi wstyd za to, co się stało – oznajmiła, gdy tylko podeszła bliżej.
– Ależ nie ma o czym mówić! Jak się mama dzisiaj miewa?
– Co też nam przyszło na stare lata… – westchnęła z żalem i podała mi torbę.
– Co to takiego?
– Przygotowałam to, zanim jeszcze przyjechaliśmy do Seulu. Kiedy dowiedziałam się, że od kilku miesięcy nie je mięsa, martwiłam się, że pewnie jest bardzo osłabiona… Ty też powinieneś spróbować. To ekstrakt z mięsa czarnej kozy. Przyniosłam w sekrecie, bo bałam się, że In-hye będzie się sprzeciwiać. Powiedz Yŏng-hye, że to tradycyjne lekarstwo na wzmocnienie. Dodałam różne zioła, żeby stłumić zapach. Chude to jak szkielet, a w dodatku straciła tyle krwi…
Poczułem, jak zbiera mi się na mdłości od tej przesadnej matczynej troski.
– Nie wiesz, czy mają tu mikrofalówkę? Pójdę do dyżurki, zapytam pielęgniarki. – Wyciągnęła jedną z saszetek z torby i wyszła z pokoju.
Znowu zaczęło we mnie narastać rozdrażnienie, które wcześniej udało się złagodzić szwagierce, więc nawinąwszy krawat na rękę, mocno go ścisnąłem. Chwilę później moja żona się obudziła. Pomyślałem wówczas, że to lepiej, że nie jestem z nią sam na sam w tej sytuacji, i dopiero wtedy ucieszyłem się z wizyty teściowej.
Siedziałem przy nogach Yŏng-hye, ale pierwszą osobą, którą dostrzegła po obudzeniu, była jej matka. Teściowa otworzyła drzwi na oścież i wydała z siebie okrzyk radości, ale trudno było zinterpretować emocje mojej żony. Ponieważ przespała cały dzień, wydawała się spokojna, a jej twarz była nieco zaróżowiona, czy to ze względu na otrzymaną kroplówkę, czy też z powodu opuchlizny.
Teściowa jedną ręką uniosła papierowy kubeczek, z którego wydobywała się para, a drugą chwyciła dłoń Yŏng-hye.
– Moje biedactwo… – W jej oczach zakręciły się łzy. – To dla ciebie, proszę, zjedz. Tak zmizerniałaś!
Yŏng-hye posłusznie przyjęła kubek.
– To tradycyjne lekarstwo. Zamówiłam je dla ciebie, żebyś się wzmocniła. Już ci kiedyś dałam podobny lek przed twoim ślubem.
Yŏng-hye powąchała zawartość kubka i pokręciwszy głową, oddała go matce.
– To żaden lek. – Na twarzy mojej żony malowało się opanowanie, a zarazem poczucie osamotnienia, ale w jej oczach można było dostrzec współczucie.
– To lek. Zatkaj nos, będzie ci łatwiej połknąć.
– Nie chcę.
– Zjedz. Mama tak bardzo cię prosi. Mam cię błagać na kolanach?! – Teściowa przytknęła córce kubek do ust.
– To naprawdę lek?
– No przecież.
Moja żona z wahaniem zatkała nos i wypiła łyk ciemnej cieczy. Teściowa podskoczyła z radości, namawiając ją, żeby się jeszcze napiła. Jej oczy, przysłonięte pomarszczonymi powiekami, błyszczały z zadowolenia.
– Wystarczy. Resztę wypiję potem. – Yŏng-hye położyła się na łóżku.
– Masz na coś ochotę? Kupić ci coś słodkiego na zabicie smaku?
– Nie trzeba.
Mimo to teściowa zapytała mnie, gdzie znajduje się kiosk, i pospiesznie wybiegła z sali. Zaraz potem moja żona odrzuciła kołdrę i podniosła się z łóżka.
– Dokąd idziesz?
– Do łazienki.
Podniosłem worek kroplówki i pomogłem jej dojść na miejsce. Powiesiła worek w środku i zamknęła drzwi. Następnie, jęcząc, zwymiotowała całą treść żołądka.
Chybotliwym krokiem wyszła z łazienki. Czuć było od niej odrażający zapach soków żołądkowych, kwaskowatą woń przetrawionych częściowo potraw. W zabandażowanej lewej ręce niosła worek kroplówki, ale nie potrafiła go podnieść tak samo wysoko jak ja, więc zaczęła do niego napływać krew. Chwiejąc się, Yŏng-hye podeszła do torby z ekstraktem z koźliny, którą teściowa zostawiła na podłodze. Podniosła ją prawą ręką, nie przejmując się wcale tym, że ma w nią wbity wenflon. Nie miałem ochoty przekonywać się, co zamierza zrobić po opuszczeniu sali.
Chwilę później do środka wbiegła teściowa, trzaskając drzwiami tak głośno, że licealistka i jej matka zmarszczyły brwi. W jednej ręce trzymała opakowanie ciastek, a w drugiej papierową torbę, z której wypłynęła ciemna substancja.
– Chŏng! Dlaczego jej nie powstrzymałeś? Przecież wiedziałeś, co chce zrobić!
Miałem coraz większą ochotę opuścić szpital i pójść do domu.
– Czy wiesz, ile to wszystko kosztuje? Jak mogłaś to wyrzucić?! Nic cię nie obchodzi, że rodzice wypruwają sobie dla ciebie żyły?! Co za wyrodna córka!
Spojrzałem na przygarbioną Yŏng-hye, która stanęła w drzwiach, na krew spływającą przez wenflon do kroplówki.
– Spójrz na siebie! Jak nie będziesz jeść mięsa, to ludzie cię zjedzą! Spójrz w lustro! Czy zdajesz sobie sprawę, jak wyglądasz? – Przenikliwy krzyk teściowej przeszedł stopniowo w cichy szloch.
Yŏng-hye nie zwracała na nią uwagi. Usiadła z powrotem na łóżku, jak gdyby był to płacz zupełnie obcej osoby. Wsunęła się pod kołdrę i zamknęła oczy. Dopiero wtedy podniosłem worek kroplówki do połowy wypełniony szkarłatną krwią.
*
Nie wiem, dlaczego tamta kobieta płacze. Nie wiem, dlaczego patrzy na mnie, jak gdyby chciała mnie połknąć. Nie wiem, dlaczego drżącą dłonią głaszcze mój zabandażowany nadgarstek.
Mój nadgarstek wcale mnie nie boli. Boli mnie w piersi. Coś mnie tam uciska. Nie wiem co. Zawsze czułam, że coś się tam gromadzi. Teraz czuję ten ciężar, nawet kiedy nie noszę biustonosza. Coś mnie uciska, nawet kiedy głęboko oddycham.
Jakieś krzyki i łkania nawarstwiają się we mnie, tworząc gęstą masę, która tkwi w mojej piersi. Wszystko z powodu mięsa. Jadłam za dużo mięsa. To dusze zabitych istot gromadzą się we mnie. Bez wątpienia. Mięso zostało przetrawione i rozproszyło się po moim ciele, a resztki wydaliłam, ale dusze martwych istot trwają wczepione w mojej piersi.
Chcę wydać z siebie krzyk, choćby tylko raz. Chcę wybiec za ciemną taflę szyby. Czy będę wówczas mogła się uwolnić od tej bolesnej masy? Czy mi się uda?
Nikt nie potrafi mi pomóc.
Nikt nie potrafi mnie ocalić.
Nikt nie potrafi tchnąć we mnie życia.
*
Kiedy wsadziłem teściową do taksówki i wróciłem do szpitala, w sali było już ciemno. Licealistka i jej matka – rozdrażnione hałasem – wcześniej niż zwykle wyłączyły telewizor, zgasiły światło i zaciągnęły zasłony. Moja żona spała. Ja też próbowałem zasnąć, leżąc skurczony na dostawce. Nie miałem zielonego pojęcia, jak to wszystko rozwiązać. Jednego tylko byłem pewny: to wszystko nie miało prawa mi się przydarzyć.
Gdy tylko zasnąłem, przyśnił mi się sen. Zabiłem kogoś. Wbiłem nóż w brzuch ofiary, z całej siły go rozkroiłem i wyciągnąłem długie, zakręcone jelita. Zdarłem tkankę mięśniową, obnażając kości jak u ryby. Jednak kiedy się obudziłem, nie pamiętałem już, kim była ofiara.
Był ciemny świt. Powodowany dziwnym impulsem podniosłem kołdrę, którą była przykryta moja żona, i wsunąłem rękę, próbując po omacku zbadać, czy coś się nie stało. Nie było tam ani lepkiej krwi, ani wyrwanych jelit. Leżąca na sąsiednim łóżku pacjentka głośno oddychała przez sen, ale moja żona była podejrzanie cicho. Czując, jak po plecach przebiegają mi ciarki, przyłożyłem palec wskazujący do jej nozdrzy. Żyła.
Znowu zapadłem w sen. Gdy ponownie się obudziłem, w pokoju było już jasno.
– Ależ pan mocno zasnął… Nawet pan nie zauważył, że przynieśli śniadanie – powiedziała młoda matka licealistki. Jej głos był pełen współczucia.
Spojrzałem na tacę z jedzeniem stojącą na łóżku. Dokąd też wyszła moja żona, nie tknąwszy ani kęsa? W dodatku wyrwała sobie wenflon. Na końcu plastikowej rurki wisiała zakrwawiona igła.
– Nie wie pani, gdzie jest moja żona? – zapytałem, ocierając strużkę śliny, która wyciekła mi z ust w czasie snu.
– Już jej nie było, gdy wstałyśmy.
– Co takiego?! Trzeba mnie było obudzić!
– Spał pan tak głęboko… Uznaliśmy, że jest ku temu powód. – Młoda matka licealistki zaczerwieniła się czy to z zakłopotania, czy to ze złości.
Poprawiłem na sobie ubranie i wybiegłem na zewnątrz. Przebiegłem przez długi korytarz, mijając po drodze windę. W pośpiechu rozejrzałem się, ale nigdzie nie było widać mojej żony. Czułem rozdrażnienie. Zgłosiłem wcześniej w firmie, że tamtego dnia rano spóźnię się dwie godziny, ponieważ chciałem w tym czasie załatwić formalności związane z wypisem ze szpitala. Pomyślałem, że w drodze powrotnej do domu spróbuję najpierw przekonać Yŏng-hye i siebie samego, że to był tylko sen.
Wsiadłem do windy i zjechałem na parter. W poczekalni też jej nie było. Rozejrzałem się na wszystkie strony i w pośpiechu wybiegłem na dziedziniec szpitala. Wielu pacjentów wyszło tam po śniadaniu, aby zażyć chłodnego rannego powietrza. Przewlekle chorzy wyglądali na zmęczonych i osowiałych, ale jednocześnie pogodzonych z losem. Kiedy zbliżyłem się do nieczynnej fontanny, zauważyłem głośną grupę gapiów. Przepchałem się między nimi do przodu.
Moja żona siedziała na ławce przy fontannie. Górną część szpitalnej piżamy położyła na kolanach, zupełnie odsłaniając swe chude obojczyki, wychudzone piersi i jasnobrązowe sutki. Odwinęła bandaż i wolno lizała szwy na lewym nadgarstku, jak gdyby wyciekała z niego krew. Promienie słońca otulały jej półnagie ciało i twarz.
– Długo tak tutaj siedzi?
– Na miłość boską… Pewnie uciekła z psychiatryka, taka młoda kobieta!
– Co ona trzyma w ręku?
– Chyba nic tam nie ma?
– Nie, chyba coś ściska.
– Patrzcie! Przyszli w końcu!
Spojrzałem w tył. W naszą stronę biegli z poważnym wyrazem twarzy pielęgniarz i ochroniarz w średnim wieku.
Patrzyłem na nią, jakbym był kimś obcym, jak gdybym był jednym z gapiów. Patrzyłem na jej wymęczoną twarz, na jej usta mokre od krwi, jakby rozmazała na nich szminkę. Kiedy pustym wzrokiem spoglądała na otaczający ją tłum, jej błyszczące jak tafla wody oczy napotkały moje spojrzenie.
Pomyślałem, że wcale nie znam tej kobiety. I była to prawda. Nie kłamałem. Jednak podszedłem do niej na przekór sobie, wiedziony poczuciem odpowiedzialności.
– Kochanie, co ty tu robisz? – wyszeptałem.
Podniosłem górę piżamy i przykryłem jej mało atrakcyjne piersi.
– Było mi gorąco… – Uśmiechnęła się niewyraźnie.
Kiedyś wydawało mi się, że dobrze znam ten charakterystyczny dla niej, całkiem zwyczajny uśmiech.
– Rozebrałam się, bo mi było gorąco. – Przysłoniła czoło lewą ręką, na której widniał wyraźny ślad noża. – Nie powinnam?
Rozprostowałem zaciśnięte palce jej prawej dłoni. Wysunął się z niej martwy ptak. Był to mały szlarnik, któremu tu i ówdzie powypadały pióra. Na jego ciele, pod śladem zębów przypominającym ugryzienie drapieżnika, widniały wyraźne ślady krwi.
Wegetarianka
Głośna powieść Han Kang, jednej z najwybitniejszych koreańskich pisarek, za którą zdobyła międzynarodową nagrodę The Man Booker Prize w 2016 roku. Historia kobiety, która chciała wyrazić swój bunt i zmienić swoją codzienność. Yong-hye i jej mąż prowadzą zwykłe życie. Gdy jednak makabryczne obrazy senne zaczynają nękać Yong-hye, niespodziewanie kobieta postanawia zrezygnować...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio