Prolog
Betoniarka ryknęła niczym monstrum z piekielnych czeluści.
Bęben powoli zaczął się obracać. Rytmicznie, mozolnie, wytrwale. Echo jej ryku poniosło się po przestronnej piwnicy i wsiąkło w wilgotne mury. W zastałym powietrzu unosiły się drobinki cementu i woń drewna cedrowego, a wokół walały się pozostałości po odbytym rytuale. Fiolki z wonnymi olejkami, kawałki bandaży, pędzle, skalpel, palce, uszy. Podłoże było rozmokłe i grząskie, tak że kalosze, które miał na nogach, zapadały się w przesiąkniętej krwią ziemi. Jej specyficzny zapach nieustannie drażnił mu nozdrza.
Mężczyzna przeniósł wzrok na szczelnie owiniętą bandażami ofiarę. Wciąż żyła. Wiła się niczym robal pochwycony w pajęczą sieć, wydając z siebie nieokreślone, bulgoczące dźwięki. Wyglądała obrzydliwie, odrażająco. Nie było w niej nic ludzkiego.
Ale czy kiedykolwiek było? Czy nie zasłużyła sobie na taki los?