PROLOG
Wisiała na żyrandolu.
Jej twarz nie przypominała tej, którą znał przed laty. Blada, spuchnięta, martwa jak cała reszta. Wytrzeszczone oczy wpatrywały się w niego obojętnie, z lekko rozchylonych ust wylatywały muchy, które zapewne zdążyły już złożyć w jej wnętrzu jaja. Z nich wkrótce wylęgną się czerwie i zaczną ucztować. Czy powinien na to pozwolić?
Patrzył na nią wyprany z emocji. Nie miał ich w sobie. Po prostu stał i patrzył, jak muchy wchodzą do jej ust, by po chwili z nich wyjść, jak jej długie blond włosy i fałdy sięgającej do kolan sukienki delikatnie falują na wietrze, który wślizgiwał się przez uchylone drzwi balkonowe. Na zewnątrz ćwierkały ptaki i dokazywały dzieci, sądząc po okrzykach grały w piłkę nożną.
„Podaj, podaj! Mały, tu jestem! Hej! Nie sam, nie sam! Tutaj! Kuźwa! Musiałeś znowu sam?!”