PROLOG
Wisiała na żyrandolu.
Jej twarz nie przypominała tej, którą znał przed laty. Blada, spuchnięta, martwa jak cała reszta. Wytrzeszczone oczy wpatrywały się w niego obojętnie, z lekko rozchylonych ust wylatywały muchy, które zapewne zdążyły już złożyć w jej wnętrzu jaja. Z nich wkrótce wylęgną się czerwie i zaczną ucztować. Czy powinien na to pozwolić?
Patrzył na nią wyprany z emocji. Nie miał ich w sobie. Po prostu stał i patrzył, jak muchy wchodzą do jej ust, by po chwili z nich wyjść, jak jej długie blond włosy i fałdy sięgającej do kolan sukienki delikatnie falują na wietrze, który wślizgiwał się przez uchylone drzwi balkonowe. Na zewnątrz ćwierkały ptaki i dokazywały dzieci, sądząc po okrzykach grały w piłkę nożną.
„Podaj, podaj! Mały, tu jestem! Hej! Nie sam, nie sam! Tutaj! Kuźwa! Musiałeś znowu sam?!”
Ona się nie poruszała. Nie wydawała żadnych dźwięków. Po prostu wisiała, a na dworze życie toczyło się dalej. Czy ktoś po niej zapłacze? Wątpił w to. Ojciec nie żył od prawie dwudziestu lat, matka zmarła z goryczy po tym, co wydarzyło się miesiąc wcześniej. Przynajmniej tak powtarzała, bo doktor twierdził, że z powodu wylewu krwi do mózgu. Ale to ona mogła mieć rację. Teraz też już nie żyła. Wisiała na żyrandolu.
Spuścił wzrok na kartkę. Leżała na podłodze obok przewróconego taboretu, splamiona moczem, którego spora kałuża zebrała się pod zwłokami. Przykucnął i chwycił ją czubkami palców. Uniósł i przeczytał. To było jej pismo. Znał je doskonale, bo kiedyś pisali do siebie wiele listów, może nawet setki. Wszystkie jednak gdzieś przepadły. W odmętach przeszłości. Spaliła je? Ta myśl sprawiła, że poczuł ucisk w żołądku. Zdawała mu się irracjonalna.
Czy to była jego wina? Czy mógł temu zapobiec? Czy gdyby wtedy postąpił inaczej, oni by żyli?
Odłożył kartkę na miejsce. Podniósł się i zamknął powieki. Z kącików oczu oderwały się niechciane łzy. Wytarł je poirytowany własną słabością. Tacy jak on nie mogli okazywać słabości. W tym fachu słabość oznaczała śmierć.
– Albo jesteś wilkiem, albo owcą – powiedział mu kiedyś jego nauczyciel. – Kim więc jesteś? Zdecyduj się.
– Wilkiem.
– Jesteś tego pewny?
– Jestem pewny.
– Więc zrób, co trzeba.
Zrobił i stał się wilkiem. Wilkiem pośród owiec. Chciał tego i był z siebie dumny. Wilk brzmiał dumnie, ale wilk musiał żyć wśród wilków. W sforze nie było miejsca dla owiec. To była cena, którą zapłacił świadomie.
Teraz, stojąc w pokoju naprzeciwko niej, wiszącej na żyrandolu, cuchnącej moczem, obrzękniętej i zimnej, utwierdził się w przekonaniu, że wtedy popełnił błąd. A może nigdy nie był prawdziwym wilkiem? Może był tylko owcą w skórze wilka?
Przed oczami stanęły mu twarze wszystkich winnych. Jako jeden z nielicznych widział ich prawdziwe oblicza. Wredne, nikczemne, podłe ryje, które na co dzień uśmiechały się zdradziecko do kamer, aby w zaciszu knuć i szczerzyć kły. Ludzie nie mieli pojęcia, co kryje się pod tymi wypacykowanymi maskami, za wzniosłymi hasłami, które tak namiętnie głoszą, aby tylko nasycić niepohamowany głód władzy.
Władza.
Jedyny głód, którego nie da się zaspokoić. Władza jest gorsza niż najbardziej uzależniający narkotyk. Posmakowanie z koryta zmienia ludzi, łamie kręgosłupy jak zapałki, a moralność przestaje istnieć.
Skrzywił się na tę myśl. O moralności zawsze najwięcej mówili ci, którzy nie mieli o niej zielonego pojęcia.
Poczuł w kieszeni wibrację telefonu. Musiał odebrać.
– Jesteś potrzebny – usłyszał.
– Za godzinę. Tam gdzie ostatnio – odparł i się rozłączył.
Spojrzał na zegarek i schował smartfon do kieszeni. Raz jeszcze przyjrzał się wiszącej na żyrandolu kobiecie. Jej sukienka znów zafalowała przy podmuchu wiatru, a z ust wylazła kolejna mucha, która przespacerowała się po policzku i zniknęła w uchu. Drgnęła mu powieka, poczuł, jakby jakaś żywa istota wykluła mu się w żołądku i teraz drapała pazurami w poszukiwaniu wyjścia z pułapki. Znów zamknął powieki. Stanęły mu przed oczami oblicza wszystkich winnych. I dwa groby.
Zacisnął pięść z taką siłą, że zatrzeszczały wszystkie ścięgna, a w trzymanej reklamówce zagrzechotały znicze. Z dworu poniósł się sygnał policyjnych syren i odgłos śmieciarki opróżniającej kosze. Głosy pracowników, krzyki grających w piłkę dzieci. Ćwierkanie ptaków. Stukot obcasów jakiejś bezimiennej kobiety.
Istota w jego wnętrzu coraz gwałtowniej zaczęła szarpać jego trzewia. Czuł jej ostre jak brzytwa pazury. Wpijały się w ścianki jego żołądka. Wiedział, że pragnie wydostać się na wolność. I jest piekielnie głodna.
Mężczyzna zacisnął zęby i po raz ostatni spojrzał w martwe oczy kobiety. Wytarł łzę, która spłynęła mu po policzku, a potem założył kaptur, odwrócił się na pięcie i wyszedł z mieszkania.
Schodząc po schodach, wiedział, że tym razem nie zdoła opanować tego, co zalęgło się w jego wnętrzu. Musiał to nakarmić, inaczej to coś rozerwie go na strzępy. Nie sądził, że będzie musiał sycić potwora aż siedem lat.
Siedem lat minęło nader szybko…
Teraz był już gotowy, aby utopić ten kraj w morzu krwi.
Bagno
A co jeśli sprawiedliwość postanowi wymierzyć ktoś inny? Audycję radiową przerywa telefon od tajemniczego człowieka, który przedstawia się jako Sędzia. Jednocześnie w internecie pojawia się transmisja, w trakcie której mężczyzna w katowskim kapturze torturuje bliskiego współpracownika władzy. Przed egzekucją wyjawia wszystkie grzechy i przewinienia swojej ofiary. Służby zos...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book · audio
e-book · audio