Bajki robotów
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Uj­rzał w dali po­stać nad­cią­ga­ją­cą ogrom­ną. Był to Al­bu­cyd Bia­ły, Je­ne­rał-Mi­ne­rał, któ­re­go roz­ło­ży­stą pierś rzę­dy or­de­ro­wych so­pli prze­ci­na­ły, z wiel­ką gwiaz­dą Szro­nu na wstę­dze gla­cjal­nej; ów straż­nik skarb­ców kró­lew­skich bro­nił do­stę­pu Kwar­co­we­mu, któ­ry ru­nął nań jak bu­rza i zdru­zgo­tał z grzmo­tem lo­do­wym. Przy­biegł Al­bu­cy­do­wi z po­mo­cą ksią­żę Astro­uch, pan na lo­dach czar­nych; temu elek­try­cerz nie dał rady, bo ksią­żę miał na so­bie kosz­tow­ną zbro­ję azo­to­wą, w helu har­to­wa­ną. Mróz od niej szedł taki, że Kwar­co­we­mu od­ję­ła im­pet i ru­chy jego osła­bły, a zo­rze po­lar­ne aż przy­bla­dły, taki się wiew Zera Ab­so­lut­ne­go roz­szedł wo­ko­ło. Ze­rwał się Kwar­co­wy, my­śląc: – Rety! Co, też to się zno­wu dzie­je ta­kie­go? – a z wiel­kie­go zdu­mie­nia mózg mu się roz­grzał, Zero Ab­so­lut­ne sta­ło się let­nie i na jego oczach Astro­uch sam jął się roz­pa­dać na dzwo­na, z gro­ma­mi, któ­re wtó­ro­wa­ły jego ago­nii, aż tyl­ko kupa czar­ne­go lodu, wodą jak łza­mi ocie­ka­ją­ca, w ka­łu­ży zo­sta­ła na po­bo­jo­wi­sku.