Bajki robotów
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Kwar­co­wy my­ślał i my­ślał, co też by te mil­czą­ce ge­sty mia­ły wy­ra­żać, i otwar­ła mu się pust­ka pod no­ga­mi, chlu­snę­ło z niej czar­ną wodą, a on sam po­le­ciał w głąb jak ka­mień i nim zdą­żył so­bie jesz­cze po­wie­dzieć: – Nic to, byle nie my­śleć! – już go na świe­cie nie było. Py­ta­li po­tem ura­to­wa­ni Kry­oni­dzi, wdzięcz­ni Ba­ry­ono­wi za ra­tu­nek, co chciał wy­ja­wić zna­ka­mi, któ­re strasz­li­we­mu elek­try­ce­rzo­wi-przy­błę­dzie po­ka­zy­wał.

– To rzecz cał­kiem pro­sta – od­parł mę­drzec. – Dwa pal­ce zna­czy­ły, że jest nas dwóch, ra­zem z nim. Je­den, że za­raz ja sam tyl­ko zo­sta­nę. Po­tem po­ka­za­łem mu kół­ko na znak, że się wko­ło nie­go lód otwo­rzy i ot­chłań czar­na oce­anu po­chło­nie go na wie­ki. Jed­ne­go nie po­jął, tak samo jak dru­gie­go i trze­cie­go.

– Wiel­ki mę­dr­cze! – za­wo­ła­li zdu­mie­ni Kry­oni­dzi. – Jak­że mo­głeś da­wać ta­kie zna­ki strasz­li­we­mu na­past­ni­ko­wi?! Po­myśl, pa­nie, co by­ło­by, gdy­by cię zro­zu­miał i zdzi­wie­nia za­nie­chał?! Prze­cież nie roz­grzał­by go wów­czas na­mysł i nie ru­nął­by w bez­den­ną ot­chłań…