Kiedyś dużo pracowała. Była zootechnikiem w PGR-ze, recepcjonistką w Hotelu Pomorskim, kierowniczką w zakładzie pracy chronionej Słowianka. A po osiemdziesiątym dziewiątym handlowała stalą. Robiła to naprawdę dobrze. Założyła własną firmę. Zbankrutowała. Próbowała sama utrzymać córki z roboty na czarno w Reichu. Wyjechała. Trafiła do obozu pracy. Wróciła z połamanymi żebrami. Nie mogłam się do niej przytulać, bo ją bolało. Szukała pracy. Nie znalazła. Szukała. Namalowała kilkaset wielkoformatowych obrazów. Malowała olejnymi. Ze skrawków starych skórzanych ubrań szyła artystyczne torebki. Sprzedawałam je koleżankom ze studiów. Zbierała ze mną kamienie nad morzem i robiła z nich broszki. Tworzyła na nich miniaturowe sceny rodzajowe. Najlepsze były płaskie kamienie: najlepsze do puszczania kaczek, najlepsze do zarabiania pieniędzy. Chociaż nie zarobiła wiele.
– Najważniejsze to nie być od nikogo zależną, pamiętaj. To najohydniejsze, co może spotkać kobietę – powtarzała.
I jeszcze:
– Musisz mieć jakąś pasję i przede wszystkim dużo się uczyć. Czego się nauczysz, tego nikt ci nie zabierze.
Matka wstydziła się kilku rzeczy. Zębów, kuchni i tego, że przerwała studia, a nie ciążę.