Opowieść o dzieciństwie rozpoczynała od historii, że zaczęła palić w wieku pięciu lat. Ale wtedy to raczej popalała. Śmiesznie tak wcześnie. Za wcześnie. To miało być zabawne. Znałam wielu, którzy śmiali się z jej żartów.
Paliła jak smok. Kiedy się budziłam, wypalone było już kilka, czasami nawet kilkanaście papierosów. Odmierzała tak czas. Poznawałam po popielniczce, o której wstała. Piąty papieros. Może siódmy. A może dziesiąty. Nie wiem, dwa razy wysypywałam pety do śmieci. W lepszych czasach paliła czerwone marlboro. Albo żółte camele. Nawet te w twardym opakowaniu. Hard cover – wyższa półka. Gromadziła te twarde pudełeczka. Przekładała do nich papierosy z miękkich paczek. W czasach przeciętnych paliła czerwone caro. W gorszych klubowe. Mówiła, że mocnych bez filtra nigdy by nie włożyła do ust. Ale wkładała, kiedy nie miała na lepsze. Gdy w ogóle nie miała pieniędzy, to wysyłała mnie do babci po kilka fajek. Biegałam też po sąsiadach. W tamtych czasach sześciolatka z papierosami w dłoni to był normalny widok. Tak myślałam.