Bezmatek
Mira Marcinów — Powieść obyczajowa i romans

Zanim przytyła i zrobiła się „szczęśliwa”, nawet w natapirowanej grzywce z początku lat dziewięćdziesiątych wyglądała naprawdę dobrze. Mało kto tak potrafił. I jeszcze w czarnych cienkich rajstopach. W tamtych czasach chodziły w nich tylko prezenterki z losowania Lotto, a ich ufokształtne kolana straszyły grzeczne dzieci przed telewizorami. Podczas gdy nogi mojej matki wciąż wyglądały ludzko, miło, zgrabnie i przytulnie.

„Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady. I rozpoczynamy losowanie sześciu liczb”.

Myślała, że kiedyś wygra w totka. Nigdy nie wygrała.

– Dziewczynki! Podajcie mamie kozaki! Idziemy na wielkie zakupy.

– Jak to?

– Coś czuję, że dziś nam się poszczęści.

– Gdzie?

– Przerzuć na Polsat i pogłośnij!

– Ale tam są reklamy.

– Zaraz! Będzie losowanie. A wy w tym czasie przygotujcie największe torby, jakie mamy.

– Naprawdę? Co sobie kupisz? Wezmę też mój tornister.

Albo to był jakiś przelew, który nigdy nie dotarł. Pamiętam ten spacer z walizkami po wielkie zakupy. Pamiętam, jak na mnie patrzy smutna przy okienku na poczcie. Wracałyśmy z pustymi, sflaczałymi torbami. Imponowało mi, że pozwalała nam marzyć.