Zanim przytyła i zrobiła się „szczęśliwa”, nawet w natapirowanej grzywce z początku lat dziewięćdziesiątych wyglądała naprawdę dobrze. Mało kto tak potrafił. I jeszcze w czarnych cienkich rajstopach. W tamtych czasach chodziły w nich tylko prezenterki z losowania Lotto, a ich ufokształtne kolana straszyły grzeczne dzieci przed telewizorami. Podczas gdy nogi mojej matki wciąż wyglądały ludzko, miło, zgrabnie i przytulnie.
„Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady. I rozpoczynamy losowanie sześciu liczb”.
Myślała, że kiedyś wygra w totka. Nigdy nie wygrała.
– Dziewczynki! Podajcie mamie kozaki! Idziemy na wielkie zakupy.
– Jak to?
– Coś czuję, że dziś nam się poszczęści.
– Gdzie?
– Przerzuć na Polsat i pogłośnij!
– Ale tam są reklamy.
– Zaraz! Będzie losowanie. A wy w tym czasie przygotujcie największe torby, jakie mamy.
– Naprawdę? Co sobie kupisz? Wezmę też mój tornister.
Albo to był jakiś przelew, który nigdy nie dotarł. Pamiętam ten spacer z walizkami po wielkie zakupy. Pamiętam, jak na mnie patrzy smutna przy okienku na poczcie. Wracałyśmy z pustymi, sflaczałymi torbami. Imponowało mi, że pozwalała nam marzyć.