Boją się, że dłonie ich mężów będą ostatnimi, które je dotkną. Chcą się czuć pożądane. Jeszcze raz, jeszcze przez moment, jeszcze przez piętnaście minut, jeszcze uciekając przed czymś, co jest dla kobiety gorsze niż śmierć, czyli starością. Rzucają resztki swojej urody, zakładając krótkie spódniczki, pokazując uda wyćwiczone w drogim fitness clubie z trenerem personalnym, błyskając biustem i karminową szminką po to, aby wabić do siebie młodych mężczyzn z prekariatu.
Ich czas miał nastąpić, kiedy zrobi się ciemno, kiedy zmierzch ukryje to, co już do pokazania się nie nadaje, kiedy w półmroku hotelowego światła będą mogły zrzucić z siebie drogą bieliznę.
Tyle że kelner jest jeden, a one trzy. Więc gadają, ale od czasu do czasu każda łypie w jego kierunku, wypina piersi, poprawia ręką włosy, gapi mu się na krocze i chichocze zachęcająco, usiłując przebić koleżankę.
Były razem, ale grały solo. Wybierz mnie, wybierz mnie, WYBIERZ MNIE.