Pociągnąłem solidny łyk ze szklanki. Nie miałem ochoty na rozmowę. Nawet z ładną blondynką. Jakoś sobie poradzi, prawda? Są na świecie większe problemy niż sraczka. Jej stolik jest tuż przy barze. Jakiś metr dwadzieścia ode mnie.
– Dobry wieczór – mówię do niej i sam się sobie dziwię.
Ona nie. Statystycznie rzecz biorąc, samotna kobieta w barze przyzwyczajona jest do tego, że zaczepiają ją obcy mężczyźni.
– Dobry wieczór – odpowiada.
– Jest pani głodna – stwierdzam.
– Trochę.
Przekrzywia nieco głowę na bok, traktując mnie widać jak ciekawego chrząszcza.
– Nie jadłbym z rybą – radzę. Wydaje mi się, że uprzejmie. Tak, jak na mnie to uprzejmie.
Blondynka patrzy na mnie badawczo.
– Dlaczego? – pyta.
Zastanawiam się chwilę, co jej odpowiedzieć i nadal pozostać kulturalnym mężczyzną, w dobrym garniturze, w wypastowanych starannie butach.
– Tuńczyk będzie się pani odbijał przez pół nocy – wyjaśniam w końcu.
Chyba chwyciło, bo kiwa głową ze zrozumieniem.
– Kurczak? – próbuje.
– Resztki z obiadu. Kucharzowi udaje się uzyskać coś, co jest gumowe i suche jednocześnie. Ratują to majonezem. Ale to nie jest dobry majonez.
– Widzę, że często tu pan bywa.
– Za często.