A później zdejmowały te spodenki. Nosiły skąpe bikini. Ich pocałunki były słodkie i wilgotne. Usta smakowały tanim błyszczykiem. Skóra była nagrzana od sierpniowego słońca. Włosy targał wiatr. Miały ziarna piasku na płaskich brzuchach, na udach i na stopach. Gdy się uśmiechały, lśniły ich białe zęby. Ta biel odcinała się od opalonych twarzy. Kiedy o tym myślę, czuję w lędźwiach tęsknotę za tym, co było. Za tym, czego już nie będzie.
Ta kobieta była kiedyś taką dziewczyną na piasku.
Blondynka, która chce, aby nazywać ją Martą, mówi, że kiedy kobieta ma więcej niż dwadzieścia pięć lat, to żadne słowa faceta nie są w stanie jej zaskoczyć.
Pije swojego drinka i cedzi nagle udawanym basem:
– „Chodź, pokażę ci małe kotki”. „Zerżnąłbym cię nawet na trzeźwo”. „Byłaś kiedyś na Kubie?” „Nie”. „Cześć, Kuba jestem”. I moje ulubione: „Widzę, że lubisz wpierdalać. Coś nas łączy”. Akurat jadłam hamburgera z frytkami – wyjaśnia.
– Ładne – przyznaję. – Podoba mi się. Jest w tym pewna szczerość.
Kobieta umiera, kiedy odchodzi jej młodość. Ile czasu ci jeszcze zostało, Marto? Piętnaście lat? Może nawet dwadzieścia. Ma typ urody, który bardzo wolno się starzeje.