Brud
Piotr C — Literatura

Na stopach mam czarne, gładkie oxfordy od warszawskiego szewca Kielmana z ulicy Chmielnej. Drugie, takie same, leżą na górze w prawidłach. Buty muszą odpoczywać przez dwadzieścia cztery godziny po każdym użyciu. Ludzie nie. Ludzie są widać bardziej wytrzymali.

Jestem w barze, siedzę przy stoliku, mam przy sobie „Gazetę Wyborczą”, ale nie czytam. Gazeta jest na wypadek, gdyby ktoś chciał ze mną rozmawiać. Nie lubię, kiedy ludzie chcą ze mną rozmawiać.

Zamiast żołądka mam napięty do granic możliwości bukłak, w którym chlupocze kawa z mlekiem ze stacji Orlen, jeden red bull, zjedzony w pośpiechu schabowy z ziemniakami w gospodzie krytej strzechą przy drodze krajowej. Na szczęście nie zjadłem żurku, za żurek podziękowałem. Nie lubię zup z torebki. Czy to taki problem wziąć trochę razowej mąki żytniej i zrobić zakwas? Czy w tym świecie wszystko musi być w wersji instant?

Oczy mam czerwone, a pod nimi wory kończące się na pierwszy rzut oka mniej więcej w połowie twarzy. I to tylko dlatego, że dalej zasłaniała je broda.

Wyglądam jak nieboszczyk. Jestem nieboszczykiem? Szczypię się w rękę. Boli. Jeśli boli, to żyję.