Przed chwilą oddałem do hotelowego sejfu paczkę zapakowaną w brązowy papier i starannie oklejoną brązową taśmą. Wygląda niepozornie. Jak przesyłka ekonomiczna Poczty Polskiej. Nie chciałem jej trzymać w hotelowym pokoju. Paczka waży cztery i pół kilograma. W środku jest dwa tysiące dwieście pięćdziesiąt banknotów po dwieście złotych. Jeszcze godzinę temu miałem drugą, niemal identyczną paczkę. Obie trzymałem w skórzanej, staromodnej torbie, która przypomina te używane kiedyś przez lekarzy jeżdżących do pacjentów z domowymi wizytami.
Za tę torbę dałem półtora tysiąca złotych. Lubię ją. Jest zapinana skórzanymi krótkimi pasami. Wygląda staroświecko i elegancko.
Rano wracam do Warszawy. Powinienem wrócić do pokoju i się położyć. Rozłożyć hotelowe zasłony. Zdjąć sztywny gors koszuli, zdjąć swój luksusowy garnitur, wsadzić buty w prawidła, stanąć pod prysznicem, zdjąć narzutę, na którą onanizowały się setki osób. Widziałem to na kanale National Geographic. W ultrafiolecie pokazywali ślady nasienia na rzadko pranych narzutach hotelowych. Przykryć się kołdrą okrywającą wcześniej setki osób. I zasnąć.
Bez snów.