Wyrośnięte chłopisko, nieogolone, ubrane byle jak, w wypłowiałą kurtkę i toporne trzewiki, prawdopodobnie nie wywarło wielkiego wrażenia na Bernaysie, noszącym się elegancko, wysławiającym starannie, pachnącym yardleyem, o manierach arystokraty.
– Zabrałem się za pańską książkę o propagandzie i niewiele z niej pojąłem – oznajmił Zemurray w ramach prezentacji. Mówił po angielsku z pewnym trudem, jakby wahając się przy każdym słowie.
– A przecież została napisana językiem bardzo prostym, zrozumiałym dla każdego, kto potrafi czytać – darował mu życie Bernays.
– To może i moja wina – przyznał olbrzym, nie speszony ani odrobinę. – Fakt, marny ze mnie czytelnik. Do szkoły chodziłem jako dzieciak, w Rosji, i nigdy nie nauczyłem się do końca angielskiego, jak pan pewnie słyszy. A już najgorzej, jak mam napisać list, pełno w nim byków ortograficznych. Od filozofowania wolę działanie.
– Cóż, skoro tak, to doprawdy nie wiem, w czym mógłbym być panu pomocny, panie Zemurray. – Bernays nachylił się, jak gdyby zamierzał wstać.
– Nie zabiorę panu dużo czasu – powstrzymał go rozmówca. – Kieruję firmą sprowadzającą banany z Ameryki Centralnej do Stanów Zjednoczonych.