Tak nawiązała się relacja między tymi dwoma jakże różnymi mężczyznami, wyrafinowanym publicystą, uważającym się za akademika i intelektualistę, i grubo ciosanym Samem Zemurrayem, człowiekiem, który doszedł do wszystkiego własnymi siłami, zuchwałym przedsiębiorcą, co z oszczędności wynoszących sto pięćdziesiąt dolarów zbudował firmę, która uczyniła go – choć wcale na to nie wyglądał – milionerem. Nie odkrył on banana, rzecz jasna, lecz dzięki niemu ten egzotyczny owoc, znany niegdyś zaledwie garstce mieszkańców Stanów Zjednoczonych, wchodził teraz w skład codziennego pożywienia milionów ludzi i zyskiwał coraz większą popularność w Europie oraz innych regionach świata. Jak to osiągnął? Niełatwo to stwierdzić z całkowitą pewnością, ponieważ życie Sama Zemurraya obrosło legendami i mitami. Ten prymitywny przedsiębiorca wydawał się wyjęty raczej z kart powieści przygodowej niż z przemysłowego światka USA. A on sam, któremu, w odróżnieniu od Bernaysa, można było zarzucić wszystko oprócz próżności, nie opowiadał nigdy o swoim życiu.