Wykorzystał małą sztuczkę swoich rodziców i siostry: ukryć straszną prawdę za bezsensowną nadzieją. Starał się wypaść wiarygodnie i to chyba działa, bo Renaud nieco się rozchmurza i znów zaczyna walczyć z wózkiem.
– Chcesz, żebym ci pomógł?
– Nie, nie trzeba.
– Więc jak się ma mój ulubiony smarkacz?
Niemowlę na kolanach Émile’a głośno się śmieje. Renaud i Laëtitia dali mu na imię Tivan. Sami je wymyślili. Émile podejrzewa, że w tej kwestii Renaud dał się omamić Laëtitii. Nie potrafi jej niczego odmówić. Tivan… Co za imię! Woli go nazywać „smarkaczem”. Nawet to brzmi lepiej.
Renaud w końcu rozłożył wózek. Wstaje, podnosi synka i kładzie go w środku jak bardzo cenny przedmiot. Ułożywszy dziecko, siada na łóżku obok Émile’a. Przygląda mu się jakoś dziwnie.
– Dobra… Jak… Jak się masz?
– Jakoś leci. A u was? Co u Laëtitii? Oglądaliście jakieś nowe domy?
Ten wybieg nie działa. Renaud mówi dalej:
– Natknąłem się na twoją matkę w holu szpitala.
– Kiedy? Teraz?
– Tak. Ona jest… – Nie ma odwagi kontynuować.
Émile kończy zdanie za niego:
– Jest zdruzgotana, wiem.
– Na szczęście jest to badanie eksperymentalne…
– Tak… Na szczęście…