Cały ten błękit
Mélissa Da Costa — Literatura

Wykorzystał małą sztuczkę swoich rodziców i siostry: ukryć straszną prawdę za bezsensowną nadzieją. Starał się wypaść wiarygodnie i to chyba działa, bo Renaud nieco się rozchmurza i znów zaczyna walczyć z wózkiem.

– Chcesz, żebym ci pomógł?

– Nie, nie trzeba.

– Więc jak się ma mój ulubiony smarkacz?

Niemowlę na kolanach Émile’a głośno się śmieje. Renaud i Laëtitia dali mu na imię Tivan. Sami je wymyślili. Émile podejrzewa, że w tej kwestii Renaud dał się omamić Laëtitii. Nie potrafi jej niczego odmówić. Tivan… Co za imię! Woli go nazywać „smarkaczem”. Nawet to brzmi lepiej.

Renaud w końcu rozłożył wózek. Wstaje, podnosi synka i kładzie go w środku jak bardzo cenny przedmiot. Ułożywszy dziecko, siada na łóżku obok Émile’a. Przygląda mu się jakoś dziwnie.

– Dobra… Jak… Jak się masz?

– Jakoś leci. A u was? Co u Laëtitii? Oglądaliście jakieś nowe domy?

Ten wybieg nie działa. Renaud mówi dalej:

– Natknąłem się na twoją matkę w holu szpitala.

– Kiedy? Teraz?

– Tak. Ona jest… – Nie ma odwagi kontynuować.

Émile kończy zdanie za niego:

– Jest zdruzgotana, wiem.

– Na szczęście jest to badanie eksperymentalne…

– Tak… Na szczęście…