Cały ten błękit
Mélissa Da Costa — Literatura

– Kurwa… – Renaud przesuwa dłonią po twarzy. Wygląda, jakby się postarzał. Wiadomość o chorobie Émile’a była dla niego cholernym szokiem. – Jak się tego nabawiłeś?

– Niczego się nie nabawiłem. Chodzi o rzadką chorobę genetyczną, to wszystko.

– Tak, ale dlaczego ty?

– Dlaczego ja? Dlaczego nie ja? To wielka loteria wszechświata i tyle.

– Jak ci się udaje zachowywać dobre samopoczucie? Jak to robisz, że nie jesteś załamany?

– Mam beczeć? Użalać się nad swoim losem?

Renaud już nie wie, co odpowiedzieć.

– Pogodziłem się z tym, to wszystko.

– Zawsze taki byłeś.

– To znaczy jaki?

– Przebojowy, silny… Z naszej dwójki to ja byłem mięczakiem. Zawsze podnosiłeś mnie na duchu.

– Sam się podnosiłeś, Renaud. Odniosłeś sukces całkiem sam. Nie potrzebowałeś mnie.

Renaud się uśmiecha. Już nie potrafi zapanować nad mimiką. Z kącika jego oka wymyka się łza. Głos mu się łamie:

– Będzie mi ciebie cholernie brakowało, stary.

Émile nie może już dłużej wytrzymać. Ma w gardle gulę, której nie chce czuć, ale łzy Renauda to zbyt wiele. Porzuca dotychczasową powściągliwość. Nieczęsto się do siebie przytulali, ale w tej chwili wydaje im się to oczywiste.

– Przestań. Jeszcze nic się nie stało.

– Przepraszam… Beczę jak baba.