– Kurwa… – Renaud przesuwa dłonią po twarzy. Wygląda, jakby się postarzał. Wiadomość o chorobie Émile’a była dla niego cholernym szokiem. – Jak się tego nabawiłeś?
– Niczego się nie nabawiłem. Chodzi o rzadką chorobę genetyczną, to wszystko.
– Tak, ale dlaczego ty?
– Dlaczego ja? Dlaczego nie ja? To wielka loteria wszechświata i tyle.
– Jak ci się udaje zachowywać dobre samopoczucie? Jak to robisz, że nie jesteś załamany?
– Mam beczeć? Użalać się nad swoim losem?
Renaud już nie wie, co odpowiedzieć.
– Pogodziłem się z tym, to wszystko.
– Zawsze taki byłeś.
– To znaczy jaki?
– Przebojowy, silny… Z naszej dwójki to ja byłem mięczakiem. Zawsze podnosiłeś mnie na duchu.
– Sam się podnosiłeś, Renaud. Odniosłeś sukces całkiem sam. Nie potrzebowałeś mnie.
Renaud się uśmiecha. Już nie potrafi zapanować nad mimiką. Z kącika jego oka wymyka się łza. Głos mu się łamie:
– Będzie mi ciebie cholernie brakowało, stary.
Émile nie może już dłużej wytrzymać. Ma w gardle gulę, której nie chce czuć, ale łzy Renauda to zbyt wiele. Porzuca dotychczasową powściągliwość. Nieczęsto się do siebie przytulali, ale w tej chwili wydaje im się to oczywiste.
– Przestań. Jeszcze nic się nie stało.
– Przepraszam… Beczę jak baba.