– I to przy swoim smarkaczu, wstydu nie masz!
Renaud uśmiecha się przez łzy. Pociąga nosem. Z kolei Émile jakoś się trzyma. Gardło mu płonie, ale nie będzie płakał. Tak postanowił. Renaud ma rację. Zawsze był silny i przebojowy. Będzie taki do samego końca.
– Kiedy przyjedzie Laëtitia? Będziesz musiał osuszyć łzy, zanim się zjawi i zobaczy cię w takim stanie. Mogłaby cię rzucić.
– Nie odważyłaby się pozbawić ojca naszego małego.
– Mam taką nadzieję, dla twojego dobra.
Renaud patrzy na niego dziwnie. Ma wilgotne oczy.
– Naprawdę wierzysz w to badanie eksperymentalne?
Émile nie ma ochoty go okłamywać.
– Nie.
Renaud garbi się jeszcze bardziej.
– Więc dlaczego powiedziałeś…
– Coś przecież trzeba mówić.
– Co zrobisz?
– Jak to: co zrobię?
Z wózka Tivana rozlega się krzyk, ale ani jeden, ani drugi się nie rusza. Mierzą się wzrokiem. Każdy z nich czyha na jakąś reakcję w spojrzeniu drugiego.
– Nie zostaniesz tutaj, żeby się poddać temu badaniu eksperymentalnemu. – To nie jest pytanie. To stwierdzenie, jasne i wyraźne. Renaud dodaje: – Stary, znam cię na wylot. Nie ty.