– Powariowały te kundle od tego upału – mówiła. – U nas w kamienicy jest jeden pan Stanisław, co jeździ do Kobyłki, do brata. Więc, rozumiecie, leci pan Stanisław na podmiejski na Wileński, siada, jedzie, a widzi, że wszyscy pasażerowie, mówi, kije mają ze sobą, niektórzy ciupagi, co sobie pokupowali na wywczasie w Zakopanem, ale takie naostrzone fest, a on jedyny – nic. Pyta ludzi, na co im to wszystko, a oni: „To coś pan, nie wiesz? To coś pan, głupi? Psy!”.