I faktycznie: na dworcu podmiejskim ludzie wyszli, szybko powsiadali w samochody, kto tam na nich czekał i podjechał, po kogo nikt nie podjechał – to w autobusy, ale Stanisław na piechotę, bo niedaleko ma do brata, co się będę, mówi, wygłupiał, idzie dalej, w stronę kościoła, a tu – mówi – jak nie wyskoczy stado i z ujadaniem na niego! Psia partyzantka, kurwa ich mać! I do pana Stanisława! Nogawki szarpać, a potem to już i żywe mięso! Padł pan Stanisław na ziemię, na szczęście jeden chłop jakiś, mówi, przybiegł z szablą, kurwa, oficerską, po cywilu był, ale w rogatywce, i krzyczy: ja żołnierz, krzyczy, co prawda rezerwy! Osłaniaj się pan! I ten Stanisław, przerażony, głowę pod ręce, psy mu palce szarpią! A ten żołnierz ciach! Kundelka jednego, drugiego szablą przez kark, tylko jucha poszła! Piszczą kundle i do swoich! A tam zza rogu wybiega tak jeszcze ze dwunastu chłopa, ten z kijem, ten z ciupagą, inny z maczetą fernandyńską, i na te psy! A psy na nich! Rozgorzał bój na ulicach Kobyłki, aż w końcu, pogryzieni, psy odparli i ten w rogatywce mówi: „Panie, teraz po prowincji bez broni to ani rusz! My tu mamy obywatelskie ruszenie obronne! Bunt psów, to pan nie wiesz?”.