Twój daleki rasowy znajomy, jeden z tych młodych szlagonków, Gucio, przypominałeś sobie, czy tam Bodzio. Arystokratów, którzy poprzenosili się do Warszawy z upadających wiejskich majątków. W których pośród rdzewiejących dziadowych szabelek i rozpadających się obór, zagród, stajni, stróżowek, kredensów zajmowali się polowaniem po okolicznych lasach, coraz częściej noszącym cechy kłusownictwa, bo młodym już nie zawsze się chciało przestrzegać form i formuł i coraz częściej wybierali się nagazowani jak małpy z flintą do lasu i walili, do czego (a czasem kogo) popadło. Albo molestowaniem służby obojga płci, piciem z lokalnym księdzem, nauczycielem, aptekarzem, lekarzem, biznesmenem, bogatszym postchłopstwem i kim tam jeszcze. Więc nic dziwnego, że z tych dworków, w których dostawali ciężkiej kurwicy, przenosili się coraz bardziej masowo do miast. Nie że wszyscy są jeszcze w Polszcze naszej rasowi ziemianie, że za skarby świata dziedziny swej pradziadowej nie opuszczą i nie porzucą cmentarzy, na których w eksponowanych miejscach leżą i odpadają od własnych kości ich praszczurowie. Wcale nie tak równi z plebsem po śmierci, klasistowcy i w grobie, chujże im na herby rodowe i pierścienie.