– No tak. – Pokiwałeś, Kary, głową. – Jak się myśli, że się przychodzi do zoo, to się widzi małpy, a nie ferajny kwiat.
Gucio albo cię nie usłyszał, albo usłyszał, ale nie przydał temu znaczenia, i twoje chłopskie, chamskie słowa przeleciały przez niego jak kula przez prezydenta Wieniawę. Możesz wyciągnąć panka z folwarku, ale nie wyciągniesz folwarku z panka, Kary.
– Patrz na tamtych fetów. – Gucio pokazał ci jakichś siedzących w kącie typów o twarzach jasełkowych łotrów, którzy za parawanem kufli piw i kieliszków wódki chylili ku sobie głowy i naradzali się szeptem. – Jak to mówią sowieciarze, ljeto, wsje pry kastietach. Patrz, jacy zakonspirowani. Pewnie mają tę, no, dintojrę. – Słowo „dintojra” wypowiedział z zabawnym naciskiem i namaszczeniem.
Roześmiałeś się.
– No. Wendettę – odpowiedziałeś, zaznaczając to podwójne „t”.
– „Krwawą rozprawę”, jakby to napisał „Kurier”.
– Albo „apaszowską rozprawę nożową”, jakby powiedzieli varsavianiści.
Gucio też zachichotał.
– Wy, szlagonki, byście mieli „sprawę honorową” – dorzuciłeś, a Gucio znów się uśmiechnął.
– Honorowo-gardłową. A wy, chłopi, cepową.
– My byśmy mieli mordobicie.