– Które prasa opisałaby jako rękoczyny, a wy byście się śmiali, bo tu takie uczone słowa, a wy po prostu przecież daliście sobie po ryjach.
I tak sobie gadaliście. Lubiłeś szlagona Bodzia, mimo wszystko, Kary. Znaczy Gucia. I miałeś nawet do siebie o to niejakie pretensje. Niewielkie, ale zawsze.
Po drugiej wódce zaczął ci Gucio opowiadać o Farudze. O jego dziwnej okultystycznej sekcie, o której w Warszawie było głośno, bo ten Faruga wziął się nie wiadomo skąd, niektórzy mówili nawet, że nie jest człowiekiem. Że z kosmosu. Ale najczęściej mówiło się, że po prostu z Sowiecji, jako jeden z tych dziwnych humanoidów, które gdzieś tam pod tym sinym niebem, zmieszanym z dymami i smogiem wiecznej i diabelskiej industrializacji, powstają. Synów mistycznego komunizmu, z matki Rosji i z ojca Związku Radzieckiego, gdzie nauka poszła w parę z okultyzmem, czarną magią i słowiańską mistyką, i teraz już sam czort nie ma zielonego pojęcia, co tam się może wyprawiać, bo kraj zamknięty od dekad na trzy spusty.