– Nic. Udało mi się wyśledzić miejsce, w którym się spotykali i urządzali te swoje seanse, z ożywianiem trupów, oświecaniem, kontaktami z duchami przodków i tak dalej, ale nakryli mnie jacyś cerberowie, a oni, powiem ci. – Roześmiałeś się. – Faktycznie nie wyglądali na ludzi, tylko na jakieś cybergoryle spod czerwonego Uralu. Czy skąd tam. Udało mi się im wyrwać, z ledwością, a wiesz, mnie – co by nie mówić – niezbyt łatwo położyć…
Szlagonek Gucio z szacunkiem kiwnął głową. Widział cię kiedyś, Kary, w akcji, jak kładłeś, pijany, kilku fetów naraz. Szkoła spadochroniarska, Kary, mistrzostwo w PSWB korona. Przy czym to, co widział Gucio i co zrobiło na nim tak wielkie wrażenie, dla ciebie, Kary, zdrajcy, bo zdrajcy, ale jednak komandosie Rzeczpospolitej, wyszkolonym w pieswybie, było rzeczą, którą mógłbyś zrobić jedną ręką i przez sen.
– I co dalej? – pytał szlagonek Gucio.
– Nic. Nie udało im się mnie rozwalić, uciekłem im, to się gdzieś przenieśli, bo się pewnie bali, że polecę na policję i im wjedziemy na kwadrat z adamami burymi. Naraziłem ich na koszty, więc mnie pewnie nie lubią. – Roześmiałeś się.
– A potem już ich nie szukałeś?