Gucio, jak wielu szlagonków, w dodatku ze środowisk, które bardzo lubią określać się jako „kreatywne” (bo szlagon Gucio był dziennikarzem kulturalnym „Gońca Warszawskiego”), miał swojego przydupasa, Sancho Pansę, który włóczył się za nim jak wierny giermek za swoim panem. Oni – to znaczy zarówno szlagonkowie, jak i przedstawiciele „środowisk kreatywnych” – zawsze dobierają sobie przydupasów tak, żeby wyglądać przy nich godniej.
W tym konkretnym przypadku przydupasem był Maciej, o nazwisku, którego nie byłeś sobie w stanie przypomnieć, w każdym razie szeroko zwany z jakiegoś powodu Tolem. Tolo był, jak na Sancho Pansę przystało, niski i perkaty. Również uważał się za arystokratę, czego miał dowodzić noszony na palcu serdecznym sygnet z herbem Radwan (który zresztą w ogóle do Tola nie pasował, bo sam Tolo był jak z mąki zrobiony, mączny był, bułeczny, a sygnet – stary, zaśniedziały, nawet jakby cięty czymś przez herb), tylko nie bardzo umiał podjąć decyzję, na kogo chce pozować. Na arystokratę, artystę czy fetniaka. Na szyi więc Tolo herbu Radwan nosił jakieś kolorowe chusteczki mające go, jak rozumiał Kary, upodobnić do człowieka bohemy.