Guciowi ewidentnie było trochę wstyd, i za gadaninę Tola, i za jego ogólną prezencję, i za zachowanie, próbował więc to wszystko zatuszować. Zgasił Tola paroma cierpkimi uwagami, sam się wziął za dzielenie kresek w kiblu, odsuwając Tola biodrem (rasowym – pomyślał Kary), i zaczął opowiadać o amerykańskim, hipsiarskim rytemblusie, że uwielbia jego murzyńską uczuciowość i „swego rodzaju antyintelektualizm”, bo, według niego, „niszczącym ją wszechintelektualizmem przesiąknięta jest Europa od dawna i bardzo od niego potrzebuje oddechu”, „takiego wiesz, Kary, bez myślenia, żeby, kurwa mać, odpocząć, żeby dać mózgowi odetchnąć”. Mówił, że widzi tutaj, „między tymi uduchowionymi murzynami i hipsami”, paralele z polskim chłopstwem, które też, wywodził, czapkę na ziem ciśnie, krzyknie „ech!” i rzuci się tańcować albo się bić. I, mówił, może dlatego, wywodził, na wsi polskiej tak dobrze się przyjęły rytemblus, kantry i tak dalej.
A Tolo, ewidentnie po to, żeby zrobić mu przyjemność, zaczął śpiewać: „Łoj dana, łoj dana, Jezus cierpiał łod rana, łoooj, taki smutny dżajw”, ludowego blusmena Józa Zarychty. Miałeś ochotę kazać mu się zamknąć. No ale amfetamina była jego, cóż poradzić.