No a jak już pokruszyliście grudy amfetaminy sygnetem z tym herbem Radwan (zapamiętałeś, Kary, był to bowiem taki sam herb, jaki miała rodzina Lasotów, której przodkom twoi z kolei przodkowie musieli służyć jako chłopi pańszczyźniani we wsi o dziwnie klasycznej nazwie Kalwaria. I który to herb wisiał nad wejściem do kalwaryjskiego kościoła), gdy Tolo zlizał z sygnetu obrzydliwym, tłustym jęzorem to, co się do niego przykleiło, wróciliście pić kontuszówkę, a potem przypomniał sobie Gucio, że ma przecież jeszcze kokainę. Walić kokę po amfie i wódce nie miało już sensu prawie wcale, ale jak tak się zastanowić, to generalnie wszystko w życiu jest bez sensu, więc co tam.
Kokaina gryzła w nos, sprawiała, że drętwiały ci, Kary, wargi, pachniała swojsko chrzanem, ale głównie rozdrażniała. I chyba właśnie to cię uratowało przed jeszcze większym kacem, bo wyszedłeś, Kary, w końcu z knajpy, znudzony tym własnym rozdrażnieniem, gadaniną Gucia (czy Bodzia) i bezsensownym waleniem kolejnych kontuszówek.