To, można powiedzieć, twój bar, to bar, w którym, można powiedzieć, jesteś bywalcem. Tam zacząłeś. Tam zaczynasz i tam też kończysz, zaczynasz, wyłazisz, kręcisz się po śródmiejskich wyszynkach jak ta czarna bila po warszawskim bilardowym stole, by w końcu wrócić Pod Blachę jak ten syn marnotrawny, by wbić się do macierzystej łuzy. Bo Pod Blachą to jest świetny bar na zakończenie, bo długo jest otwarty, bo do rana właściwie, bo wódkę leją szczodrze i barmaństwo oraz kelnerostwo zaprzyjaźnione, swoje, przyjemne, i towarzystwo, kapitał przybarowy, też własny, więc jest gdzie się dosiąść, jest czego posłuchać, jest o czym pogadać. Stary klimat, jeszcze z lat sześćdziesiątych chyba wystrój, te ściany w brązowych boazeriach, te stoliki, również brązowe, z zaokrąglonymi rogami, te dziodki z nosami głęboko w gazetach w dzień i ryczące wódczane warszawskie klasyki o apaszach, Frankach, Staszkach i Hankach w nocy.