I tam więc zaczynałeś, siedząc z grandą starych lokalnych bywalców, pocąc się w tym cholernym upale, bo choć Pod Blachą szerokoskrzydłe wentylatory mieliły gęsty papierosowy dym i żółte, jak się wydawało, upalne powietrze, robiły to z taką warszawkowatą nonszalancją, że wydawało się, że ruszają się tylko na odpieprz.
No więc siedziałeś w białym biciarskim podkoszulku z podwiniętymi dodatkowo krótkimi rękawami, siedziałeś, bracie, pośród przykurzonych dawnych aspirujących artystów i artystek, którzy niczego specjalnego się nie doaspirowali, i ciem oraz trutni barowych, również uroczo przykurzonych. Niektóre z tych artystek czy barowych ciem patrzą na ciebie, Kary, okiem łapczywym, bo chłop z ciebie niczego, niby czterdziestka na karku, ale pod twoim przegrywaczowskim, biciarskim onturażem czuć dawnego żołnierza, żołnierza Rzeczpospolitej, jak z okładki tejże gazety właśnie: „Żołnierz Rzeczpospolitej”, co to kioski i trafiki mają od państwa przykazane, żeby je wystawiać na stojaki.