Jest to tak zwany interwencjonizm państwowy w pożal się Boże wersji „późny Snardz”, bowiem „Żołnierz” musi być wystawiany na najlepszych miejscach, przy innych gazetach za grubą kasę wykładanych, czerwonakach najczęściej, ryczących wielkim zdjęciem i tytułem WCIĄGNĄŁ W KRZAKI I BIŁ, BIŁ, BIŁ, AŻ ZABIŁ albo CZY OWIANE TRUJĄCYM OPAREM TAJEMNICY SOWIETY SZYKUJĄ ARMIĘ ZMUTOWANYCH BOLSZEWIKO-GORYLI, BY ZEMŚCIĆ SIĘ ZA ROK 1920-TY?, ewentualnie RITA SZPILKA POKAZAŁA WALORY. A obok tego dumnie się pręży z okładki „Żołnierza Rzeczpospolitej” rzeczony żołnierz, a to na Nowej Polsce, między palmami, a to upierdolony czarnoziemem niby nieboskie stworzenie gdzieś w okopie na Ukrainie, a to w pyle i brudzie, wynoszący zakrwawione członki współobywateli gdzieś z gruzów po zamachu zorganizowanym przez UPA w samym środku Polski. Zawsze się zastanawiałeś, Kary, jak to jest: wynosi taki żołnierz za urwane ręce chłopa z zawalonego budynku, a tu podchodzi fotoreporter „Żołnierza” i mówi: „Uśmich! Ja jestem fotoreporter «Żołnierza Rzeplitej», masz pan sierżant szansę na okładkę”, i wtedy pan sierżant błysk białym zębem, prezentuj trup! I cyk!