Matka Boska powieszona pod lusterkiem drgnęła, gdy włączył silnik. W domu, do którego jechałam, był jeden maryjny wizerunek, pocztówka z Matką Boską Bolesną z wałbrzyskiego kościoła pod jej wezwaniem, i mimo że nigdy nie chodziłyśmy na msze i lekcje religii, to Ewa wymyślała rymowane modlitwy, których uczyła mnie wieczorami. Ich adresatką była właśnie Matka Boska Bolesna, patronka naszego miasta. Klękałyśmy, a siostra mówiła: „powtarzaj za mną, Wielbłądko, matka boska kura nioska co ma skrzydła dwa pod skrzydłami pod kołdrami niech pochowa nas”. Co było dalej?
– Ciulu jeden! Pani ciula widziała? – Taksówkarza zdenerwował klakson innego samochodu. – W dupę sobie, ciulu, potrąb, w dupę! W dupę! – powtórzył z satysfakcją, odbiło mu się i chyba odczuł ulgę, bo zamilkł.
Jego twarz w kolorze żuru ze szkolnej stołówki poczerwieniała, miał duży okrągły nos, tak porowaty, że można by na nim sadzić ziemniaki. Nasze spojrzenia spotkały się w lusterku.
– Pani chyba z daleka. Do rodzinki?
Przytaknęłam bezgłośnie.
– Z rodziną to najlepiej się wychodzi na zdjęciu! – Taksówkarz zaśmiał się, jakby sam wymyślił to powiedzenie.