Patrzyłam na uśpione miasto, a każde miejsce, które pozostało niezmienione, budziło we mnie jednocześnie niechęć i satysfakcję, jaką daje rozpoznanie po latach pejzażu nieszczęśliwego dzieciństwa: kino Apollo z obdrapaną fasadą w jagodowym kolorze, cukiernia Oleńka wciąż oferująca pączki i torty okolicznościowe, resztką sił trzymające się w pionie romskie kamienice przy ulicy Pocztowej. Matka Boska pod lusterkiem kierowcy hipnotyzowała mnie miarowym ruchem, jej twarz na odpustowym obrazku w złotej ramce była żółta, oczy dziwnie skośne. Kierowca czknął i wytłumaczył: zgaga. Matka Boska Japońska z Wałbrzycha, opiekunka nocnych taksówkarzy cierpiących na niestrawność, patrzyła na mnie koso. Obok niej wisiało coś jeszcze, kawałek drewna albo kości zawiązany biało-czerwoną wstążką. Kierowca znów złapał moje spojrzenie w lusterku.
– Wierzy pani w cuda?
– Nie.
– Ha! – ucieszył się, jakbym udzieliła właściwej odpowiedzi. – Ja też nie wierzyłem. Ale cuda, proszę panią, się zdarzają. Wystarczy, że się uwierzy.
– W co?
– W to, co trzeba, proszę panią. W jakąś siłę wyższą, która tym kieruje, daje nam, Polakom, znaki. Jak ten opłatek, co się zamienił w ciało parę lat temu w Sokółce. Słyszała pani?