Ciemno, prawie noc
Joanna Bator — Literatura

W miarę jak zbliżałam się do domu, ogarniała mnie coraz większa senność i wysiadłam w stanie nieomal transu, szumiało mi w uszach i bolała mnie głowa. Po chwili, która wydała mi się nienaturalnie rozciągnięta w czasie, łada ruszyła i znikła w uśpionej uliczce. Dom mojego dzieciństwa stał przede mną ciemny i opuszczony. Przypomniałam sobie niedawną wizytę w podwarszawskim schronisku dla zwierząt. Mój kolega z redakcji wybierał psa i w końcu zatrzymał się przy kilkuletniej suce, melancholijnym mieszańcu rottweilera i Bóg wie czego, sądząc po uszach, nietoperza, a ja potem nie mogłam przestać myśleć o tych niewybranych zwierzętach, na próżno oczekujących za kratami boksów. Tego poniemieckiego domu o małych wstydliwych oknach, przygniecionego czapą dachu z pokrytych mchem dachówek, nie wybrałabym nigdy, a jednak należał do mnie i nic na to nie mogłam poradzić. Wyjęłam klucz. W ostatnim wysiłku, do jakiego byłam zdolna tej nocy, weszłam po schodach do pokoju, który przed laty dzieliłam z siostrą, a zanim zapadłam w twardy sen, zdążyłam tylko zauważyć, że pan Albert posłał moje łóżko.