„Tato”, wołałam go, „tatotato”, mój oddech unosił drobinki kurzu duszno kurzupełno ciężki kurz ziemiaugóry jakbym była gdzieindziejniż niżej niesa ma jakbym zaglądała tańczące przez dziurkę drobiny kurzu mała ma ciemnocie niebójsięniebójsię które tańczyły w smudze światła jakby ktoś obok mnie był blisko bliżejschowajtwarz trzymał mnie niemnie niewidaćnie cichocicho nieoddychanienie usłyszyboskakuranioska ona ale nie widziałam kto tam jeszcze jest strach jakbym już miała siędowiedzieć gdziejestemkto kołomnie cojazro biłam biła z drugiej stronyciemności onakto nas nie chcę „tato tato”, krzyczałam, „jestemta togdziejes teśtatota, tato!”, krzyknęłam, „tato, słyszę cię!”, zawołałam jeszcze raz albo chciałam zawołać, bo ciszę przerwało moje imię. Obudziłam się mokra od potu i przerażona, ale to nie był głos ojca.