W pierwszej chwili nie wiedziałam, gdzie jestem, dlaczego zamiast kojącego mroku i ciepła mojej warszawskiej sypialni budzi mnie światło i chłód. Wałbrzych, stary dom, w którym wychowywałam się u stóp Zamku Książ. Kaflowe piece, podwójne okna, uszczelniane na zimę watą, i drewniane podłogi pełne szpar, z których wydłubywałam poniemieckie igły, guziki, paznokcie i włosy. Przechowywałam te znaleziska w pudełkach po zapałkach, nie mając pojęcia, dlaczego to robię. Ewa krzywiła się, „znów wygrzebałaś Niemca z podłogi, Wielbłądko”. Szpary jak groby, kto tak mówił? Szpara, grób, brud, w mojej nie do końca jeszcze przytomnej głowie błysnęły trzy słowa i umknęły pod spód dnia, gdy zerwałam się z łóżka. Potknęłam się o szal, zbiegając po schodach, by otworzyć drzwi, nie mogłam uwierzyć, że nie rozebrałam się do snu i zasnęłam bez kąpieli.
– Alicja – powiedział pan Albert, a ja zobaczyłam staruszka zamiast potężnego mężczyzny, którego obraz miałam w pamięci.