Ciemno, prawie noc
Joanna Bator — Literatura

Jak to możliwe, że te ramiona podnosiły mnie aż w korony egzotycznych drzew? Pan Albert skurczył się, był teraz niższy ode mnie. Jego twarz pełna rys i wgłębień wyglądała jak zjadana od środka przez żarłocznego pasożyta, brwi mu zdziczały. Tylko skórzana pilotka była taka sama. Pociemniała od potu, połatana niezdarnie skrawkami niepasujących do siebie materiałów, wyglądała jak zrośnięta ze skórą jego głowy. Nigdy nie widziałam pana Alberta bez tej czapki i gdy byłam mała, myślałam, że taki się urodził, a pilotka rosła wraz z nim. Stał we mgle, która unosiła się nad ogrodem, tak że drzewa wydawały się płynąć, pozbawione korzeni, w mlecznym morzu za jego plecami. Przestało padać, ale powietrze było przesycone lodowatą wilgocią.

– Wróciłaś.

To nie było pytanie, ale postanowiłam odpowiedzieć.

– Przyjechałam do pracy. Mówiłam panu przez telefon. Mam napisać reportaż o zaginionych dzieciach. Potem wracam do Warszawy.

Pan Albert popatrzył na mnie i pod tymi strasznymi brwiami starego Miłosza jego oczy były wciąż takie, jak pamiętałam. Smutne oczy basseta.

– Urosłaś.

– Miałam dużo czasu na rośnięcie.

– Przyjechałaś sama.

To na pewno nie było pytanie, ale potwierdziłam.

– Wszędzie jeżdżę sama.