– Czytałem wszystkie twoje reportaże.
Poczułam dumę jak wtedy, gdy bezbłędnie wymieniałam nazwy roślin z palmiarni, a pan Albert chwalił mnie, „zuch-dziewczyna”.
– Araukaria, cantedeskia, euforbia – powtórzyłam więc, a moje słowa wsiąkły w zimne powietrze. Araukaria, cantedeskia, euforbia, niczym imiona z włoskich oper, zawsze budziły we mnie delikatny smutek, jaki rodzi się w obliczu pewności, że żadna nazwa, nawet najpiękniejsza, nie oddaje do końca istoty rzeczy.
– Jabłka z twojego ogrodu – powiedział pan Albert i podał mi foliowy worek. Zapach był tak mocny i świeży, że zakręciło mi się w głowie. – Nazbierałem dwie skrzynki. Stara jabłoń przy studni zaczęła rodzić. Pamiętasz która? – Pokiwałam głową. – Trzeba ją zaszczepić na wiosnę. Pomogę ci. To dobre drzewo.
– Nie będzie mnie tu wiosną.
– Nigdy nic nie wiadomo.
– Ja wolę wiedzieć.
Pan Albert poprawił pilotkę i uśmiechnął się, a ja poczułam, że upieram się przy swoim, dlatego że się boję. Tego domu, listopada i ciężkich snów, które tu mocniej łączą mnie z przeszłością.